Anthony Kiedis nigdy nie twierdził, że umie śpiewać. Wręcz przeciwnie: w autobiografii „Blizna” (tytuł odnoszący się do utworu „Scar Tissue” z „Californication”) z 2005 roku wyznaje wprost, iż kiedy zaczynał swoją przygodę z muzyką, był pełnym złości i energii nastolatkiem, skaczącym po scenie i wykrzykującym swoje prawdy każdemu, kto chciał (albo i nie) go słuchać. Nie przypuszczał, iż kiedykolwiek będzie tworzyć utwory, w których umiejętność „prawdziwego” śpiewania będzie mu naprawdę potrzebna. Kiedy jednak podczas prac nad „Blood Sugar Sex Magik” okazało się, że ma w głowie pomysł na balladę (późniejsze „Under the Bridge”, jeden z największych hitów zespołu) nie obeszło się bez pomocy trenera wokalnego. Kiedis korzysta z takiej pomocy do dzisiaj, co, wraz z niesamowitą wręcz sceniczną energią oraz nieustającą od ponad 30 lat chemią między Kiedisem, Fleą, Smithem i kimkolwiek, kto jest w danym momencie gitarzystą Red Hot Chili Peppers, zapewnia formacji miano jednego z najpopularniejszych zespołów świata.

 

 

Młodość, funk i MTV

Zaczynali od koncertu dla około 30 osób w Rythm Lounge Club w Los Angeles w 1983 roku. Czterech około dwudziestoletnich chłopaków: wokalista Anthony Kiedis, basista Michael „Flea” Balzary, gitarzysta Hillel Slovak oraz perkusista Jack Irons, którzy poznali się w Fairfax High School i początkowo nazywali „Tony Flow and the Miraculously Majestic Masters of Mayhem”. Po sukcesie wspomnianego występu (który Slovak i Irons traktowali jako gościnny, gdyż obaj grali wówczas w kapeli What Is This?, co wywołało później pewne krótkie zawirowania kadrowe) postanowili zmienić nazwę na coś krótszego i łatwiejszego do zapamiętania. Padło na pseudonim, w którym w latach 20. XX wieku posługiwał się kwintet Louisa Armstronga: Red Hot Chili Peppers. Krótki, ale energetyczny i charakterystyczny koncert w Rythm Lounge Club sprawił, że jego właściciel zaproponował „Papryczkom” powrót za tydzień. Krótko później nagrali pierwsze demo i zostali dostrzeżeni przez skauta z wytwórni EMI. Debiutancki album, zatytułowany po prostu „Red Hot Chili Peppers”, trafił do sprzedaży już w 1984 roku.

 

„The Red Hot Chili Peppers” Red Hot Chili Peppers

 

Zdobywaniu rozpoznawalności i powiększaniu bazy fanów pomogły dwa fakty: podchwycenie płyty przez studenckie rozgłośnie radiowe oraz emisje teledysków przez wciąż raczkującą i chłonącą to, co nowe, w każdej możliwej ilości telewizję MTV. Ta krzykliwa kapela reprezentowała bowiem wszystko, czego ówczesne media łaknęły: bunt, bezkompromisowość, odwagę i młodość. Tym samym „Red Hot Chili Peppers” jest dziś jednym z pierwszych w historii albumów, które zaliczane są do gatunku funk-metalu.

Pierwsze komercyjne sukcesy i zawirowania kadrowe

Trzy pierwsze płyty Red Hotów nie były co prawda sukcesami w typowo komercyjnym ujęciu (chociaż „The Uplift Mofo Party Plan” z 1987 roku znalazła się na liście Billboard 200), ale pozwoliły im zbudować zadowalającą bazę fanów. Zadowalającą przede wszystkim z punktu widzenia wytwórni fonograficznej, która uznała, że w tych młodych, gniewnych i głośnych chłopaków wciąż warto inwestować. I wtedy też przyszedł przełom – jednak nie dlatego, że amerykańska widownia nagle pokochała punkowo-funkową stylistykę, wykrzykiwane refreny o osobliwej tematyce czy dziwaczne sceniczne przebrania. Na „Mother’s Milk” z 1989 roku, bo o tej płycie mowa, Peppersi pierwszy raz postawili bardziej na melodię, niż na rytm, co pozwoliło na, na razie jeszcze nieśmiałe, przebicie się do mainstreamu.

 

„Mother's Milk” Red Hot Chili Peppers

 

Single „Higher Ground” (cover… Steviego Wondera!), „Knock Me Down” oraz „Taste the Pain” zdecydowanie bardziej uderzały w bardziej masowe gusta, wciąż jednak zachowując charakterystyczny, zadziorny klimat i puszczanie oczka do słuchaczy. Była to też pierwsza płyta nagrana w nowym składzie: po śmierci Hillela Slovaka w 1988 roku, spowodowanej przedawkowaniem heroiny, z zespołu odszedł również Irons – zastąpił go wyłoniony w ramach przesłuchań Chad Smith. Dużą zmianą, nie tyle kadrową, co stylistyczną, było wejście do kapeli Johna Frusciante, będącego wówczas nastoletnim fanem Peppersów, który zachwycił starszych kolegów swoimi umiejętnościami. Frusciante miał wtedy zaledwie 18 lat i był prawie o dekadę młodszy od reszty zespołu, jednak odnalazł się w nim niemalże natychmiast. Zrobił też dużo więcej: to właśnie on nadał Papryczkom nieco bardziej „poważny”, ale też i melodyjny, muzyczny charakter.

 

 

Pojawiasz się i znikasz, i znikasz…

John Frusciante nie był więc ani pierwszym, ani jedynym, ani ostatnim (ale o tym za chwilę) gitarzystą Red Hot Chili Peppers – do dziś jest za to gitarzystą najlepiej oddającym ducha zespołu, gitarzystą „klasycznej ery” twórczości zespołu i gitarzystą, którego charakterystyczne solówki wbiły się w masową pamięć słuchaczy na całym świecie. Hillel Slovak odpowiedzialny był za wczesny (i mocno definiujący) styl grupy: żywy, energetyczny, ale i surowy jednocześnie; skupiał się bardziej na tzw. feelingu niż na prawdziwych, technicznych umiejętnościach. Jego śmierć stała się nie tylko punktem zwrotnym na drodze grupy do sławy, ale też punktem zwrotnym w kwestii brzmienia kapeli – brzmienia, które jest doskonale rozpoznawalne na całym świecie od ponad 30 lat i za które to brzmienie w lwiej części odpowiedzialny jest właśnie Frusciante. I nie chodzi tutaj tylko o jego styl jako gitarzysty, ale również i wokalisty: to właśnie za jego sprawą Red Hoci zyskali melodyjne refreny i łączniki, „marudzące” w tle chórki i wpadające w ucho „hooki” – czyli wszystkie te elementy, które konstytuują dzisiaj „podręcznikowe” brzmienie zespołu.

 

 

Niestety, Frusciante jest artystą tak płodnym i ambitnym, jak i ściganym przez własne demony, a zdobyta w bardzo młodym wieku sława (oraz dostęp do relatywnie dużych pieniędzy) przyczyniły się w dużej mierze do jego problemów z używkami (chociaż warto w tym momencie podkreślić, iż wszyscy członkowie RHCP walczyli z uzależnieniem od różnych substancji). John z kapeli odchodził dwa razy: w maju 1992 roku, w środku trasy koncertowej po występie w Tokio i w roku 2009, po dekadzie maistreamowego, niezwykle wyczerpującego emocjonalnie i fizycznie sukcesu. W pierwszym przypadku powodem było uzależnienie od heroiny, a w drugim zaś, jak tłumaczył sam Frusciante, chęć pracy nad solowymi projektami. W połowie lat 90. zastąpił go Dave Navarro (znany z Jane’s Adddiction oraz związku z modelką Carmen Electrą i reality show, w którym razem wystąpili), z którym nagrali jedną płytę, „One Hot Minute”. Do dziś postrzegana jako najbardziej „odstająca” od reszty twórczości Red Hot Chili Peppers; bardziej rockowa i hard rockowa niż funkowa, cięższa i mroczniejsza. Uzupełniona o równie mroczne i neurotyczne teksty Kiedisa (ballada „My Friends”, ale także „weselszy” w swoim brzmieniu, chociaż tak naprawdę mocno słodko-gorzki „Aeroplane”) była swoistym eksperymentem, który dał ciekawe efekty, ale którego chyba nie warto powtarzać. Powrót Frusciantego w 1998 roku był symbolicznym nowym początkiem w nowym-starym składzie – zaowocował powstaniem najbardziej charakterystycznego, najbardziej rozpoznawalnego i chyba najlepszego w historii albumu zespołu, czyli „Californication”.

 

„One Hot Minute” Red Hot Chili Peppers

 

Komercyjna nisza

Chociaż dyskografia Red Hotów to iście fascynująca podróż po miksie gatunków i brzmień, okraszona melodyjnymi refrenami i pulsującymi rapowo zwrotkami, gwarantująca świetne wyniki sprzedaży oraz utrzymująca popularność zespołu na poziomie super-gwiazd od ponad 30 lat, to dokładnie trzy ich studyjne płyty (z wydanych dotychczas jedenastu) były kluczowe i definiujące dla ich kariery oraz pozycji na światowym rynku muzycznym. Mowa o „Blood Sugar Sex Magik” z 1991 roku, „Californication” z 1999 roku oraz wydanej dwa lata później „By The Way”. Pierwsza z nich, „Blood Sugar Sex Magik” to ostra, funkowa bezkompromisowa i komercyjnie udana próba przebicia do głównego nurtu. Teledysk do „Give it Away”, w którym panowie biegali po pustyni pomalowani od stóp do głów złotą farbą (i bardziej rozebrani, niż ubrani) szokował i przyciągał uwagę. „Under the Bridge”, wypełniona osobistymi doświadczeniami Kiedisa, związanymi z uzależnieniem, konfliktami w zespole i miłością do Los Angeles, jest do dziś jedną z najbardziej rozpoznawalnych piosenek w dorobku kapeli. Sukces „Blood Sugar Sex Magik” to również duża zasługa producenta Ricka Rubina, który nadał Papryczkom bardziej komercyjnego, ale wciąż oryginalnego i zadziornego brzmienia, dbając o to, aby buntownicze hymny i ballady zyskały sznytu rodem z głównego nurtu. Była to misja bezsprzecznie zakończona sukcesem: album sprzedał się w ponad 12 milionach egzemplarzy.

 

„Blood Sugar Sex Magik” Red Hot Chili Peppers

 

Fabryka hitów

Wydaną w 1999 roku „Californication” trudno określić mianem innym, niż „eksplozja popularności” – wtedy o Papryczkach usłyszał dosłownie cały świat. Z Frusciantem znów na pokładzie oraz z Rickiem Rubinem w roli producenta byli nie do zatrzymania, a każdy singiel z płyty stawał się gigantycznym hitem. Zachwyceni byli nie tylko fani, ale i krytycy, chwalący zarówno dojrzałość muzyczną, jak i liryczną, „umelodyjnienie” kompozycji oraz odwagę głębszego eksplorowania różnych, nawet i filozoficznych tropów – co w przypadku niepokornych chłopaków, którzy zaczynali karierę od utworu o wdzięcznym tytule „True Man Don't Kill Coyotes”, należy postrzegać jako swojego rodzaju artystyczną woltę. To z tego krążka pochodzą piosenki, z których Peppersów kojarzy „przeciętny” fan muzyki: „Scar Tissue” (nagrodzona Grammy), „Otherside” oraz tytułowa „Californication”, okraszona jednym z najbardziej rozpoznawalnych teledysków przełomu lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych.

 

 

„Californication” to do dzisiaj największy komercyjny sukces Red Hot Chili Peppers z ponad 15 milionami sprzedanymi egzemplarzami na całym świecie. Wydana trzy lata później „By the Way” to utrzymanie korony i potwierdzenie statusu, a także kontynuacja stylistyczna; album będący jednocześnie nowym rozdziałem, ale i „młodszym bratem” Californication, momentami spokojniejszym, dojrzalszym, bardziej refleksyjnym. To jeszcze odważniejsze sięganie w głąb emocji przez Kiedisa, będącego przez cały czas głównym autorem tekstów – wówczas intensywnie walczącego z uzależnieniem od narkotyków. Bardzo znamienny w tym kontekście jest niesinglowy utwór, „Venice Queen” – Kiedis poświęcił go swojej terapeutce Glorii Scott, która zmarła w trakcie prac nad albumem. Pochodzą z niego kolejne najlepiej rozpoznawalne hity: „Can’t Stop”, „The Zephyr Song” czy tytułowy „By The Way”.

 

„Californication” Red Hot Chili Peppers

 

Powroty, odejścia i powroty

Wydany w 2006 roku podwójny album „Stadium Arcadium” to kolejna fabryka hitów: zadebiutował na szczycie Billboardu, był najlepiej sprzedającą się płytą tamtego roku i zdobył aż pięć nagród Grammy (w tym dla Ricka Rubina w kategorii Najlepszego Producenta). Single „Snow”, „Hump the Bump” oraz „Dani California” stały się międzynarodowymi przebojami. Była to ostatnia płyta, którą z Papryczkami nagrał Frusciante – w 2009 roku zastąpiony został przez młodszego od pozostałych członków o dwadzieścia lat Josha Klinghoffera. Wniósł on do stylistyki Red Hotów wiele eksperymentalnych brzmień i efektów, sporo z nich wyniesionych z jazzu i klasycznego funku, którego jest wielkim fanem. Klinghoffer stał się jednak nabytkiem nieco kontrowersyjnym, wręcz odstającym od krajobrazu malowanego latami przez doskonale zgranych i znających się jak łyse konie Kiedisa, Balzary’ego i Smitha. Najbardziej widoczne było to podczas koncertów na żywo, w trakcie których Klinghoffer wykonywać musiał solówki napisane i grane wcześniej przez Frusciantego – a chcąc odcisnąć na nich swoje piętno, niejednokrotnie wzbudzał konstatację nawet wśród najbardziej wyrozumiałych i otwartych fanów.

 

„Stadium Arcadium” Red Hot Chili Peppers

 

Ten swoisty rozdźwięk widać na dwóch ostatnich płytach: wszystko, co pojawiło się po „Stadium Arcadium” to cień dawnych Red Hotów – i przyznać muszą to nawet najwięksi miłośnicy ich twórczości (albo przede wszystkim właśnie oni). Ale nie ma się czemu dziwić: funk-rock, rock and roll czy nawet „czysty” rock to gatunki wymagające, zarówno „fizycznie” jak i ekspresyjnie; mocno zakorzenione w skrajnych wręcz emocjach, buncie, niezgodzie na zastany świat i chęci jego zmiany – niezależnie od kosztów, które trzeba będzie ponieść. A wobec czego mają się buntować panowie po pięćdziesiątce, bogaci, popularni i „życiowo” syci – i robić to wiarygodnie? „I’m With You” i „Gateway” to krążki technicznie przyzwoite, z kilkoma dobrymi momentami i ciekawymi tekstami, ale zdecydowanie pozbawione pierwiastka, który charakteryzował wspomniane trzy płyty – albo chociażby „Stadium Arcadium”, album mniej „głęboki” w swoim wyrazie, ale przecież przyjęty z ogromnym entuzjazmem zarówno przez fanów, jak i przez krytykę.

 

„The Getaway” Red Hot Chili Peppers

 

„Jeżeli nadal będziemy potrafili kochać muzykę i kochać siebie nawzajem, to nie ma możliwości, że się nam nie uda” – mówił w jednym z wywiadów pod koniec lat 80. Flea. Papryczkom od prawie 40 lat nie tylko „udaje się” na bazie niesamowitej, łączącej ich chemii tworzyć inspirującą i hipnotyzującą miliony fanów na całym świecie muzykę. „Udaje się” im to w sposób mistrzowski oraz gwarantujący stałe miejsce na liście „największych zespołów świata”. Powrót do formacji Johna Frusciante daje również nadzieję na powrót do najlepszych tradycji i klasycznego brzmienia – oraz na kilka hitów, które wejdą do tak pieczołowicie tworzonego przez Red Hotów kanonu.

Więcej wieści ze świata muzyki znajdziecie w dziale Słucham.

Autorka jest fanką Red Hot Chili Peppers od 11. roku życia.