Autor: Katarzyna Kazimierowska
Kiedy Olga Tokarczuk odebrała w maju tego roku Man Booker Prize - najbardziej prestiżową nagrodę literacką świata anglojęzycznego, polscy czytelnicy oszaleli z radości. Wreszcie nasza literatura doceniona na świecie! Ale warto pamiętać, że matki tego sukcesu są dwie. Bo gdyby nie doskonały przekład Jennifer Croft, „Bieguni” („Flights”) Tokarczuk nigdy nie znaleźliby się na konkursowej shortliście.
Fredzia czy Kubuś Puchatek?
Pisarz musi trafić na swojego tłumacza. W 2015 roku świat usłyszał o skromnej polskiej poetce mieszkającej na wyspie Wight dopiero gdy jej tomik został nominowany do prestiżowej Griffin Poetry Prize. Tą poetką jest Wioletta Grzegorzewska, a za jej sukcesem stał dobry znajomy na obczyźnie, tłumacz i wydawca Marek Kazmierski który dokonał przekładu wierszy. Chwilę później posypały się nominacje do Nagrody Literackiej Gdynia i do Nike.
Na wybitnych tłumaczy także polska literatura nie może narzekać. To Irena Tuwim zmieniła Fredzię Phi Phi na Kubusia Puchatka i tak powstała polska wersja książki o najsłynniejszym misiu (zamiast misi). Także dzięki Tuwim znamy baśnie braci Grimm czy „Mary Poppins”. Twórczość Trumana Capote i Hemingwaya przetłumaczył Bronisław Zieliński, a nie byłoby takiej „Alicji w Krainie Czarów”, jaką znamy, gdyby nie Robert Stiller. Borges, Cortazar, Marquez – za tymi pisarzami stoi jedna osoba, Zofia Chądzyńska. Do dziś mówiąc o nich, posługujemy się jej językiem. O wielkim dziele Stanisława Barańczaka, zwłaszcza jego przekładach sztuk Szekspira, wspominać chyba nie trzeba. „Wszystko, co wiemy dziś w Polsce o poezji angielskiej, irlandzkiej, czy amerykańskiej, to zasługa tłumaczy, a nie krytyków czy historyków literatury. Polscy filologowie śpią, praca wre w pracowniach tłumaczy” – powiedział trzy lata temu tłumacz i krytyk literacki Jerzy Jarniewicz, w wywiadzie dla „Dwutygodnika”.
Na fotografii Zofia Chądzyńska.
Tłumacz jak ambasador
Często to wyłącznie zasługa uporu i cierpliwości tłumacza, że książka pojawia się na polskim rynku. Takim przykładem jest choćby szwedzka pisarka Bea Uusma, której genialna „Ekspedycja” ukazała się po tym jak przez kilka lat tłumaczka Justyna Czechowska chodziła od wydawnictwa do wydawnictwa rekomendując niezwykłą opowieść o tajemniczej śmierci trójki podróżników. Czechowska w ogóle jest tłumaczką z misją, popularyzuje nie tylko literaturę skandynawską w Polsce, ale także poezję. Jest jedną z osób żywo zaangażowanych w liczne inicjatywy literackie, w tym w Wiersze w Metrze czy festiwal „Odnalezione w Tłumaczeniu”, który organizuje po raz dziesiąty. - Idealnie byłoby, gdyby rola tłumacza była oczywista dla wszystkich zainteresowanych stron, czyli dla wydawcy, recenzenta i czytelnika – mówi Czechowska. - Ale wystarczy, jeśli sytuacja choć trochę się poprawi. Jeśli nikt, w szczególności Ministerstwo Kultury, nie będzie miało wątpliwości, co do tego, że jesteśmy twórcami, na równi z autorami, czyli, że podlegamy prawu autorskiemu i wszelkim profitom, które za tym idą. Zdaje się, że wydawcy wciąż nie zdają sobie sprawy z tego, jak wielką pracę wykonujemy, wielu z nich rozmawia i negocjuje umowy z nami, jakby nie mieli bladego pojęcia, na czym ta praca polega – dodaje Czechowska, która na co dzień działa w Stowarzyszeniu Tłumaczy Literatury i walczy o to, żeby zawsze w recenzji książki obcojęzycznej obok autora pojawiło się nazwisko tłumacza.
Wyróżnić najlepszych
Środowisko coraz dobitniej upomina się o swoje prawa, ale też o należne uznanie. Coraz częściej też praca tłumaczy jest nagradzana. Nagroda Literacka Gdyni za przekład, gdańska Nagroda im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego czy Nagroda Literacka Europy Środkowej „Angelus” dla najlepszej prozy przetłumaczonej na język polski to tylko przykłady.
Dlatego dziesiąta już edycja Dnia Tłumacza to jedna z nielicznych okazji, kiedy tłumacze mogą zaprezentować się przed czytelnikami, a czytelnicy – docenić wartość ich pracy. - Na szczęście ten zryw środowiska czuję nie tylko 30 września, podczas wspólnego świętowania z czytelnikami, ale wręcz codziennie, bo w naszym środowisku naprawdę dzieje się wiele wspaniałych rzeczy – mówi Justyna Czechowska. – Po obchodach Międzynarodowego Dnia Tłumacza jedziemy do Czarnolasu, gdzie w ogrodzie Kochanowskiego będziemy sadzić lipy poświęcone wybitnym tłumaczom – dodaje.
Na fotografii Justyna Czechowska.
A gdy w najbliższym czasie sięgniemy po wydaną właśnie na polskim rynku genialną książkę George'a Saundersa „Lincoln w Bardo” - laureata Bookera z 2017 roku, pamiętajmy, że nasz zachwyt lekturą zawdzięczamy wybitnemu przekładowi Michała Kłobukowskiego. Tłumacz ma nazwisko i twarz, jak autor.
*
Międzynarodowy Dzień Tłumacza, to święto obchodzone na całym świecie 30 września. Jego patronem jest święty Hieronim, autor pierwszego łacińskiego przekładu Biblii. W Warszawie to już dziesiąta edycja tego wydarzenia, przygotowanego przez EUNIC Warszawa i STL. W tym roku obchody odbędą się w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski a tegoroczna edycja będzie krążyć wokół muzyki i piosenki. 30 września o godz. 18 odbędzie się panel pt. „Zaśpiewaj w tłumaczeniu! - Rozmowa z tłumaczami tekstów piosenek”, o pracy opowiedzą Carlos Marrodán Casas, Filip Łobodziński, Renata Putzlacher, Stanisław Waszak. A spotkanie poprowadzi Michał Nogaś.


Komentarze (0)