„Boże Ciało” - recenzja filmu

Głośno ostatnio o polskich artystach. Literacki świat ma na ustach noblistkę Olgę Tokarczuk, filmowy - Jana Komasę, którego „Boże Ciało” wzbudza dyskusję gdziekolwiek się pojawi. Polski kandydat do Oscara zalicza triumfalny pochód przez festiwale filmowe i zaskarbia sobie sympatię międzynarodowej widowni. Trudno się dziwić, bo to jeden z najlepszych filmów polskich w tym roku, świetnie diagnozujący nasze potrzeby: duchowe i przynależności do grupy.

Grają go na najważniejszych imprezach - film debiutował na najstarszym festiwalu filmowym w Wenecji, skąd pojechał prosto do Toronto, by potem narobić zamieszania w egipskiej Al Dżunie. Niezależnie od kręgu kulturowego, obraz trafia do widowni i kradnie serca jurorów - z Włoch wyjechał z dwoma nagrodami, w tym dla filmu szerzącego wartości humanistyczne, a z El Gouna Film Festival - ze Srebrną Gwiazdą dla najlepszego filmu i El Gouna Star dla aktora Bartosza Bieleni. To naprawdę ogromny sukces.

„Boże Ciało” (DVD)

„Boże Ciało” - na czym polega sukces tego filmu?

Co takiego jest w tym filmie, że budzi powszechne uznanie? Przede wszystkim znakomity warsztat reżysera – Jana Komasy, doskonała gra aktorów i niemal zupełne oderwanie od polskiego kontekstu, choć scenariusz z Polski mocno wyrasta. Na początku był przecież reportaż Mateusza Pacewicza w „Dużym Formacie” o chłopaku, który podszywał się pod księdza. To nic nadzwyczajnego. Takich historii nad Wisłą jest kilkanaście rocznie. Tym razem jednak nie chodziło o to, by wyłudzić od wiernych pieniądze. Chłopak pragnął stanąć za ołtarzem z powodów duchownych. Z jakiejś przyczyny nie mógł iść do seminarium. Przez kilka tygodni udało mu się jednak zwodzić wiernych.

Krzysztof Rak, scenarzysta świetnie przyjętych „Bogów”, nie chciał przenosić tej historii jeden do jednego. Gdy z Pacewiczem przerabiali reportaż na język filmu, odpowiedź na pytanie, jak uwiarygodnić to, że chłopak znikąd przybywa do miejscowości na odludziu i nagle wszyscy biorą go za duchownego, okazała się najtrudniejsza. Kiedy do projektu dołączył reżyser Jan Komasa, udało się im wybrnąć. Filmowy Daniel (gra go wspomniany Bartosz Bielenia) to chłopak z marginesu. Właśnie wychodzi z zakładu poprawczego. Ma pracować w stolarni w jednej z podkarpackich wsi, ale zamiast tam, trafia do kościoła, gdzie w wyniku zbiegu okoliczności biorą go za młodego absolwenta seminarium.

I wtedy zaczyna się filmowa magia. Swojski Daniel, który grzech zna bardzo dobrze z własnego doświadczenia, wyjątkowo łatwo trafia do sumień wiernych. Komasa niespiesznie zarysowuje jego relacje z wiernymi, początkowo nieufnymi, zdziwionymi podejściem księdza, odbiegającym od tego, co dotąd znali. Zamiast mówić im, co dobre, a co złe, Daniel przemawia z serca, mówi o tym, co go boli, siebie nazywa grzesznym i wątpiącym. Tak jakby był równy z tymi, którzy stoją po drugiej stronie ołtarza.

„Boże Ciało” (Blu-ray Disc)

Chłopak, przy całym swoim skomplikowaniu, niejednoznaczności intencji ani zachowania, ma w sobie moc. Potrafi pomóc uporać się z bólem po stracie kogoś bliskiego, daje nadzieję na uwolnienie się od grzechu. A nie ma przecież żadnego teologicznego ani psychologicznego wykształcenia. Nie jest też przebiegłym cynikiem, który „ma gadane, to jakoś wybrnie”. Jest po prostu ciekawy drugiej osoby, współczujący, empatyczny, nieobojętny. Taki przeklęty święty. Czyżby Komasie udało się uchwycić i pokazać nam to, co powszechnie nazywa się powołaniem? Nie wiem, czy Daniel ma powołanie kapłańskie. Na pewno ma natomiast powołanie do posługi wobec innych, którzy z racji jego przeszłości w poprawczaku, odrzucali go.

Chłopak nigdy nie czuł się częścią grupy - ani w środku zakładu, gdzie zemsty za śmierć brata szuka dryblas o aparycji recydywisty, ani na zewnątrz, gdzie - jak się okazuje - nikt na niego nie czeka. Niezainteresowany Danielem jest też Kościół, instytucja, której fundamentem miało być wybaczenie i odpuszczenie. Prawo stanowi jasno: z wyrokiem na karku księdzem być nie można. Daniel na seminarium nie ma czas.

Komasa jednak w kreśleniu portretu chłopaka nie popada w dydaktyzm ani w moralizowanie. Nie ciska kamieniami w Kościół, nie ideologizuje. Mało tego, gdy trzeba rozładować napięcie albo patos, posługuje się nawet humorem. Jak w scenie spowiedzi, w której matka zwierza się podstawionemu księdzu, że zdarza jej się uderzyć dziecko, gdy przyłapie go na paleniu papierosów. Gdy Daniel zamiast zdrowasiek daje jej za pokutę wyjazd z synem na rower, kobieta robi wielkie oczy. To z Bogiem można tak na rowerze? - pyta jej spojrzenie.

 

„Boże Ciało” - popis aktorski nie tylko Bartosza Bieleni

Daniel, kabotyn i hedonista, pozwala wiernym na więcej. Uwalnia ich emocje. Zezwala im, by powiedzieli Bogu, że jest im źle, wykrzyczeli mu, że nie rozumieją, dlaczego spotkało ich to, co na nich zesłał. Zamiast zaciskać zęby, każe im się otworzyć, zamiast chować emocje jak najgłębiej, każe im je rozgrzebać. Daniel to psycholog, terapeuta, Niebieska Linia, przyjaciel. Kiedy zjawia się w pogrążonej w żałobie wspólnocie, chce naprawić rozluźnione więzi społeczne. Sam bardzo dobrze zna smak wykluczenia. Jednak zamiast życzyć innym tego, co jego samego spotkało, na swój naiwny sposób walczy o poprawę.

Oglądanie, jak pod jego wpływem zmieniają się kolejne postacie, to czysta przyjemność. Bo to nie są przemiany następujące nagle, nikt tu nie idzie na ilość, tylko na jakość. Niektórzy pozostaną w swoich skorupach, inni spróbują wyjść na powierzchnię. Ale nie każdemu się uda, bo filmowa rzeczywistość to świat wyjątkowo skomplikowany. Niektórzy zamienili się w nim nawet na rolę, jak bohaterki znakomitego duetu: Elizy Rycembel (nagroda w Gdyni) i Aleksandry Koniecznej. Która z nich jest matką, a którą córką, niewiadomo. Każda stara się jak może opiekować drugą, każda jest trochę zdziecinniała i jednocześnie aż nazbyt dorosła. Komasie udaje się te wszystkie sprzeczności wyjątkowo przekonująco połączyć.

I właśnie podejściem do bohaterów „Boże Ciało” urzeka najbardziej. Gdy kamera Piotra Sobocińskiego juniora zbliża się do Bartosza Bieleni, podkreśla jego kocie, niebieskie oczy, które przyciągają niezależnie od tego, czy jest w sutannie, czy po cywilu. Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Kiedy patrzymy na filmowego Daniela, widać w nich, jak wiele słabości, pragnień, niepewności, chęci i potrzeb się w środku kryje. W tym księdzu kryje się człowiek.

 

 

Empik jest patronem filmu. Jak wam podobała się ta historia?

A o tym kto jeszcze walczył o Oscara przeczytacie w artykule Pełna lista nominacji do Oscara