Światową karierę rozpoczął przed ośmioma laty albumem "Parachutes", a po kolejnych dwóch krążkach stał się na dobre jednym z ważniejszych, brytyjskich bandów. Nowa, czwarta płyta grupy "Viva La Vida" powaliła mnie znowu urokliwymi melodiami i zwiewnymi, melancholijnymi klimatami. Ale to przecież nic nowego w przypadku Coldplaya.


Przełomowym, ale i odważnym zabiegiem drużyny Chrisa Martina, okazała się jej otwartość na wydarzenia z historii muzyki popularnej i delikatne eksperymenty. Na płycie możemy doszukać się inspiracji Marvinem Gaye’m i Radiohead, Rammsteinem i U2, ale pojawiają się także drobne cytaty z flamenco, celtyckiego folku, czy nawet Gershwina. Ten swoisty eklektyzm ustawia dramaturgię albumu, z każdym kolejnym utworem nadając mu coraz bardziej intrygujący charakter. Odpowiedzialni za produkcję – legendarny Brian Eno i Marcus Dravs (ten od Arcade Fire) zadbali po mistrzowsku o brzmienie – nie rzadko duże i orkiestrowe, z wykorzystaniem np. instrumentów afrykańskich, tabli, lub organów kościelnych. Proszę się jednak nie obawiać, Coldplay pozostał pełnokrwistą kapelą rockową, a kawałki w rodzaju "Cemeteries Of London", "Violet Hill" albo numer tytułowy, nieźle w najbliższych tygodniach nas zakręcą.


Marek Wiernik