Nie trzeba tęgiej głowy, żeby odpowiedzieć na te pytania. W patriarchalnym kapitalizmie (innego na razie nie wynaleziono) troska i związana z nią blisko praca opiekuńcza stanowią od pokoleń domenę kobiet, tkaczek codzienności. Autorka pochodząca z Żyrardowa, stanowiącego niegdyś włókienniczą potęgę, konsekwentnie posługuje się w „Szyjąc” figurami mowy i wyobraźni związanymi z wytwarzaniem materii. Jest to zabieg ładny, pojemny i znaczący. Gitkiewicz pisze, że tkanie od zarania dziejów było zajęciem typowo kobiecym – przypomina chociażby Penelopę, która opóźnia kolejne zamążpójście, w dzień tkając, a w nocy prując, całun dla teścia.
Zatrzymajmy się na chwilę przy tym obrazie: w „Odysei” jest tyle cudów i zwrotów akcji, że podstęp żony Odysa zazwyczaj nie stanowi przyczynku do większego namysłu, a i sama Penelopa interpretowana jest dość pobieżnie, jako wzór małżeńskiej wierności (tuż obok psa, który umiera dopiero po powrocie pana). To właśnie niewidzialność pozwala kobiecie na skuteczne zachowanie królestwa dla męża (o ile się pojawi) lub syna (kiedy urośnie na tyle, żeby rozpędzić zalotników). Żaden z kandydatów do tronu Itaki nie zawraca sobie głowy tkaniem i jego mechaniką. Tka to tka, to właśnie robią kobiety. Długo? Widocznie tyle to trwa, hej, polejcie wina. A jednak to właśnie tkanie Penelopy pozwala Itace Odysa przetrwać okres bezkrólewia.
Co więcej, tworzenie w dzień i prucie w nocy stanowi idealną metaforę pracy kobiet, zaczynającej się co rano od nowa i wiecznie nieskończonej, a jednocześnie, jak pisze autorka „reprodukującej rzeczywistość”. Wstać, rozpalić w piecu, przynieść wodę, nakarmić, sprzątnąć, obszyć, pocieszyć, prześcielić, zawieźć dzieci do szkoły, udać się do pracy zarobkowej, zrobić zakupy, wpaść do apteki, zadzwonić do babci, zajrzeć do rodziców, sprawdzić lekcje, zaśpiewać kołysankę, przygotować na jutro, przeprać, przeprasować, paść na twarz.
Rewolucja przemysłowa rozpoczęła się od wynalezienia maszyny dziewiarskiej, dzięki której tradycyjne rzemiosło kobiet stało się dochodowym biznesem, zaczynem gigantycznych fortun rodzin i państw. Jednak nie wyzwoliła kobiet.
Nie ma żadnego badania pokazującego, że w zaawansowanym już XXI wieku zbliżyliśmy się chociażby do równego podziału prac zwanych domowymi. Kobiety pracują zawodowo, a po pracy nadal ogarniają, organizują, rodzą, wychowują, pocieszają i wspierają. Są kraje (skandynawskie), które próbują za pomocą prawnych regulacji przyspieszyć ewolucję mentalności (głównie za pomocą wyrównania długości urlopów rodzicielskich dla obu płci), są też państwa, w których nadal słyszymy padające z najwyższych stopni władzy argumenty o tym, że kobiety są z natury bardziej ciepłe, troskliwe, empatyczne, więc to one powinny nadal zajmować się dziećmi i wykonywać pracę emocjonalną wokół mężczyzn. Przy czym jest to praca-niepraca. Nieoskładkowana, bezpłatna, bez prawa do urlopu czy złożenia wymówienia, nieszanowana, wręcz pogardzana („siedzi w domu i nic nie robi”). A społeczeństwo się starzeje, ktoś już teraz musi zająć się pokoleniem naszych dziadków, rodziców, za chwilę nami, bezdzietnymi albo z jednym, wychuchanym potomkiem/potomkinią. Na czyje barki zepchniemy ten obowiązek troski i miłości? Nasz całun tka się nieustannie.
Gitkiewicz pisze o artystkach, chłopkach, robotnicach, o filantropach, żłobkach, feminizmie różnicy, o obieraniu ziemniaków, o Brach-Czainie i internetowych grupach wsparcia, w których kobiety mówią innym kobietom „rozumiem, że jest ci ciężko” zamiast „nie marudź, inne mają gorzej”. Pisze wreszcie o mężczyznach, broniących więzienia patriarchatu, rozpaczających nad bardzo miękkimi nadal wezwaniami do podzielenia się przywilejem. Gwałtu rety, wyniesienie śmieci już nie wystarczy!
Mogła z tego wyjść plątanina wątków, powstał smutny, przekonujący esej o pracy opiekuńczej, w którego zakończeniu autorka bierze pod lupę siebie i warunki, w jakich tworzy.
Więcej książkowych rekomendacji znajdziecie na Empik Pasje w dziale Czytam.




Komentarze (0)