„Day Trip” – Radość grania
Wywiad z Patem Metheny
Nowy album Pata Metheny’ego „Day Trip” to powrót do formuły jazzowego tria i zarazem nawiązanie do źródeł. Jego pierwszy album, nagrany ponad trzydzieści lat temu, „Bright Size Life”, także opierał się na tej konwencji. Wtedy grali z nim Jaco Pastorius i Bob Moses, dziś trio uzupełnili Antonio Sanchez i Christian McBride. Ten ostatni, powiedział niedawno, że granie kompozycji z „Day Trip” sprawia mu niezwykłą radość. Czy autor muzyki i lider formacji Pat Metheny Trio potwierdza tę opinię?
- W stu procentach! (śmiech) Udało nam się rozbudować i rozwinąć wzajemne porozumienie, relacje między nami zarówno jako ludźmi, jak i muzykami tworzącymi zespół. Dlatego bycie razem, tworzenie tego składu przez ten cały czas było naprawdę prawdziwą radością i dało nam masę dobrej zabawy…
A jak długi był ten okres wzajemnego poznawania? Ile czasu zajęło Wam osiągnięcie tego stopnia porozumienia, który słychać na „Day Trip” i kiedy tak naprawdę zaczeliście myśleć o nagraniu tego albumu?
- Granie w trio jest dla mnie doświadczeniem, które pogłębiam nieustannie od samego początku kariery. Mój pierwszy album nagrałem w trzyosobowym składzie i zawsze wierzyłem w niesamowite możliwości, jakie drzemią w tej formule. Czymś, co zawsze mnie fascynowało, jest także zestawianie ze sobą sekcji rytmicznej z muzyków, którzy nigdy wcześniej ze sobą nie grali. Widać to na przykładach: Jaco nigdy nie grał z Bobem Mosesem przed „Bright Size Life”, Dave Holland i Roy Haynes nigdy nie grali ze sobą przed „Question and Answer”, podobnie jest i tym razem, Christian i Antonio, nigdy nie grali razem przed tą edycją Tria. Przez wiele lat starałem się obserwować różnych muzyków i zastanawiać się jak zabrzmieliby grając ze sobą.
Wypada tylko pogratulować znakomitego wyczucia. Nigdy nie bałeś się, że wymyślona przez Ciebie kombinacja może się nie sprawdzić? Christian i Antonio mogli się przecież nie zrozumieć jako muzycy?
- Kiedy udało mi się „połączyć” Christiana i Antonio, musiałem przez chwilę szukać klucza do ich brzmienia, do natury zespołu, który właśnie się rodził. Tym kluczem okazała się muzyka, którą dla nas skomponowałem, znałem możliwości obu tych facetów, wiedziałem, że są wirtuozami na swoich instrumentach i postanowiłem napisać takie utwory, które wydobędą z nich tę energię. Zaczęliśmy koncertować razem gdzieś w 2003, albo 2004 roku, zaraz po naszej pierwszej trasie, skomponowałem większość materiału, który złożył się na „Day Trip”. Graliśmy te utwory wiele razy na żywo, zanim nagraliśmy je w studiu (zawsze staram się postępować w ten sposób) i końcowy efekt; to, czego możesz dziś posłuchać na płycie, to rzeczywiście prezentacja tego, czym jest ten zespół, to jego prawdziwa osobowość…
Mówisz, że skomponowałeś całą muzykę na „Day Trip”. Czy Christian i Antonio mają jakiś wkład w te kompozycje?
- Przede wszystkim obaj są muzykami, którzy potrafią odcisnąć swoje piętno na nutach, które napisałem. Christian to człowiek, który naprawdę kocha tę muzykę, ma ogromną wiedzę o całej historii jazzu, przy tym posiada niespotykany zmysł i wyczucie tego, z jakich składników, jakich elementów tworzy się jazz. Potrafi połączyć tradycję z wizją przyszłości. Z kolei Antonio, to perkusista, którego nie da się porównać z nikim innym, nigdy nie widziałem muzyka, który grałby równocześnie tak dbając o techniczną stronę muzyki i zarazem z taką swobodą i smakiem. Obaj są muzykami najwyższej próby, potrafią połączyć wirtuozerię z inteligencją, czy wręcz mądrością, która nieczęsto występuje u ludzi w tak młodym wieku…
A wracając do Twojego nowego albumu, jakie znaczenie ma jego tytuł, co w tym wypadku oznacza „Day Trip”?
- To termin, którego używamy, aby określić taki „krótki wypad”, sytuację kiedy wyjeżdżasz i wracasz tego samego dnia. Ta nazwa pasuje do tego zespołu w wielu różnych wymiarach, zdarzało nam się na przykład grywać w trzech różnych miejscach tego samego dnia (śmiech). Poza tym, cały ten album nagraliśmy w jeden dzień, w samym środku trasy, mieliśmy jeden wolny dzień więc wpadliśmy do studia i nagraliśmy całą muzykę. W tym sensie ten tytuł pasuje doskonale. Inne znaczenie to metafora podróży, poznawania nowych miejsc, robienia fajnych rzeczy, zabawy, czyli wszystkiego, o co tak naprawdę chodzi w tym zespole. Jak widać, tytuł „Day Trip” pasuje do płyty i do zespołu pod każdym względem…
Inaczej gra się w trio, a inaczej z dużym zespołem… to musi się jakoś odbijać w muzyce.
- Cóż, trio daje więcej możliwości, więcej swobody, jest jak biała kratka papieru. Czegoś takiego raczej nie da się uzyskać w dużym składzie. Można się bawić rytmem, harmoniami, melodią i to nie jest tak samo, jak kiedy gra się solo. Trio generuje zupełnie inne brzmienie, może być bardzo ciche i liryczne, ale może być także dynamiczne w niemal rockowy sposób…
A jaka historia kryje się za tytułem „Is This America”? Ten utwór wyróżnia się na tle całego albumu, musi być zainspirowany jakąś poważną sytuacją?
- W roku 2005 bardzo dużo razem jeździliśmy, graliśmy w wielu miejscach, mieliśmy także okazję zobaczyć na własne oczy straty i zniszczenia spowodowane przez huragan Karina. To było szokujące. Obrazy, które dane nam było oglądać, polepione z kartonów domy, chaos... pasowały raczej do najbiedniejszych krajów Ameryki Południowej czy Afryki, niż do najbardziej rozwiniętego kraju na świecie. Trudno jest zrozumieć, co mam na myśli, kiedy się tam nie było i widziało tych rzeczy. Trudno jest o tym opowiadać, ale po prostu musieliśmy jakoś na to zareagować…
Zacząłeś się już zastanawiać nad kolejnym albumem?
- Cały czas się zastanawiam! (śmiech). Prawdopodobnie nie będzie to już materiał nagrany w trio. Problem ze mną polega na tym, że mam wciąż za dużo pomysłów, zawsze muszę wybierać takie rzeczy, które są możliwe do zrealizowania, czy odpowiednie w danym momencie. Teraz nie jestem na sto procent pewien co wybiorę, ale krok po kroku zbliżam się do decyzji. Na mojej liście jest około dziesięciu projektów, które chciałbym zrealizować, po prostu muszę wybrać najlepszy (śmiech)…
Masz zaplanowane koncerty na rok 2008? Pojawisz się w Polsce?
- Tak, mam plany koncertów zarówno z triem, jak i innych, ale na dzień dzisiejszy nie jestem pewien żadnych terminów. Potrzebuję trochę wolnego, muszę napisać sporo nowej muzyki i nie mogę być cały czas w podróży. Do Polski uwielbiam przyjeżdżać, od czasu kiedy byłem u was pierwszy raz, jeszcze w latach osiemdziesiątych, wiem że to jedno z najlepszych miejsc do grania muzyki. Polscy fani to wspaniali ludzie, pełni dobrej energii i ducha, który niesamowicie się udziela. Z Anną Marią Jopek i jej mężem cały czas jestem w kontakcie, piszemy do siebie maile, mam jej ostatni album i naprawdę bardzo mi się podoba… Jak tylko będę miał możliwość, odwiedzę was z pewnością!
Rozmawiał
Piotr Miecznikowski
Komentarze (0)