Z okazji premiery książki Piotra Morawskiego "Zostają góry", rozmawiamy o jej autorze z żoną Olgą oraz partnerem wspinaczkowym i przyjacielem, znanym polskim himalaistą Piotrem Pustelnikiem.

Piotr Morawski – wybitny polski himalaista. W górach wysokich odnosił sukcesy na miarę światową. Jako pierwszy człowiek w historii stanął zimą, wraz z Włochem Simone Moro, na szczycie ośmiotysięcznika Shisha Pangma. W świetnym stylu zdobył sześć ośmiotysięczników. Zginął tragicznie 8 kwietnia 2009 roku, w wieku 32 lat, podczas swojej ostatniej himalajskiej wyprawy.


Rozmowa z Olgą Morawską

Olga, masz przed sobą książkę o swoim mężu, który tragicznie zginął w górach. Dodatkowo sama współtworzyłaś tę książkę. Zapamiętaliśmy twoją opowieść o Piotrze na jednym z festiwali górskich. Opowiedz nam o tym, jak się poznaliście.



Olga Morawska:
Poznaliśmy się na urodzinach naszego wspólnego kolegi, w grudniu 1999 roku. Dobrze się razem bawiliśmy i tak nam zostało. Byliśmy wtedy na studiach. Myślę, że połączyły nas wspólne pasje: podróże i góry.

Czy decydując się na wspólne życie, wiedziałaś, że Piotr będzie dzielił miłość między rodzinę i góry?


Nie! Jak się poznaliśmy nawet się nie wspinał, miał zrobiony kurs skałkowy i taternicki, ale z braku czasu i funduszy – nie wspinał się. Ja jako człowiek o wielkiej wierze w pasje i spełnianie marzeń bardzo go na powrót do wspinaczki namawiałam. No i mi się udało.

Są przy Tobie dwaj wasi synowie – Gustaw i Ignacy. W dobie powszechnego dostępu do informacji nietrudno będzie chłopcom dowiedzieć się więcej o ich ojcu. A co Ty im powiesz, jak Cię zapytają: jaki był tata?

Ignacy będzie pamiętał Piotrka. Ma znakomitą pamięć. Zatem będzie miał wspólne wspomnienia z tatą. Gustaw był za mały. Tydzień przed śmiercią Piotrka skończył dwa lata. Chciałabym, żeby Piotrek nie był dla Ignaśka i Gutka tylko pomnikiem, ideałem nie do dogonienia. Chciałabym, żeby był dla nich człowiekiem, z sukcesami – to jasne, ale także ze słabościami. Często rozmawiamy o Piotrku. Co im powiem? Często im mówię: Tata był fajnym tatą, szkoda, że nie żyje.

Wracając do książki – dlaczego zdecydowałaś się nad nią pracować? Czy traktowałaś to jak pracę dla innych, realizację marzenia Piotrka, czy raczej coś w stylu osobistego pożegnania z mężem?

Zdecydowałam się, bo wy mi to zaproponowaliście (śmiech). Tak szczerze? Chciałam zrealizować jedno z marzeń Piotrka. Po drugie – dla synów, żeby mieli pamiątkę. W książce jest moje bardzo osobiste wspomnienie o Piotrku, które jest w jakimś stopniu moim pożegnaniem. Ogólnie to jest to, co teraz robię: zamykam, wspominam i próbuję się pożegnać. Bardzo mnie zdziwiło, że po tych kilku miesiącach, jakie minęły od śmierci Piotrka, praca nad książką była dla mnie przyjemnością.

Wielokrotnie słyszeliśmy od osób wspinających się z Piotrem, że jest to absolutnie wyjątkowy partner w górach, niewiele jednak wiemy o tym, jak człowiek o tak silnej osobowości i wielkiej charyzmie funkcjonował w życiu rodzinnym. Możesz uchylić rąbka tajemnicy?


Często wyjeżdżał w góry. Oboje mamy silną osobowość. Piotrek był bardzo dobrym człowiekiem, bardzo kochał dzieci i lubił być w domu, było w nim także wielkie rozdarcie. Często pisał o tym, że w górach tęskni do domu, a w domu – do gór. Spokój znalazł pod koniec życia, napisał o pogodzeniu tych dwóch światów w swoim przedostatnim felietonie, który też jest w książce. Życie z człowiekiem, który ma wielką pasję, to trudne życie. Zwyczajnie dlatego, że niestety często przegrywa się z pasją.

Olga, czy zechciałabyś podzielić się z nami jakimiś wspomnieniami, które pokażą Piotrka nie jako wybitną jednostkę, ale jako normalnego „faceta” i fajnego kumpla?

Wiesz, ja ogólnie uważałam, że Piotrek to normalny człowiek. Dla mnie on był moim domowym facetem, ta jego kariera i sukcesy – to wszystko było na zewnątrz, w domu był mój Piotrek. Taki, co czasem zrobi obiad, odbierze dzieciaki z przedszkola, zostawi sto kubków po herbacie w najdziwniejszych miejscach i takie tam. Wybitni ludzie w domu zazwyczaj są zwykłymi ludźmi (śmiech). Myślę, że łatwo się było z nim kumplować, bo był otwarty, ciekawy ludzi i świata, przyjaźniło się z nim tak naprawdę niewielu.



Rozmowa z Piotrem Pustelnikiem

Znane jest Twoje powiedzenie – które pada także w napisanym przez Ciebie wspomnieniu na łamach książki – że działalność górska z Piotrkiem spełniła Twoje marzenia o wspinaniu z synem w górach wysokich. Możesz rozwinąć tę myśl?


Piotr Pustelnik: Nie ma chyba takiego ojca, który nie chciałby, chociaż raz, żeby jego dziecko spróbowało robić to, co on tak kocha i co w dużej mierze jest sensem jego życia. Moi synowie wspinają się, ale nigdy nie marzyli o działalności w Himalajach. Kiedy więc spotkałem Piotra, który był prawie rówieśnikiem mojego najstarszego syna, pomyślałem sobie, że właśnie realizuje się moje marzenie. Długo rozmawialiśmy w namiocie. Jak ojciec z synem. Ufałem mu tak jak sobie…

Jakim człowiekiem, a jakim partnerem w górach był Piotrek?


Piotrek był przede wszystkim bardzo pogodnym i wesołym człowiekiem. Lubił dużo mówić. Był otwarty i szczery. W górach był odważny i miał tzw. „ciąg do przodu”. Cechowała go śmiałość w podejmowaniu wyzwań. Tego mu zazdrościłem.

Masz za sobą długą karierę w górach wysokich, toteż niejednokrotnie, siłą rzeczy, zetknąłeś się z górską śmiercią, sam też nieraz się o nią otarłeś. Jak to jest w Twojej ocenie: czy większość himalaistów odsuwa od siebie myśl o możliwości śmierci, czy też – jak radził chociażby Doug Scott – akceptują i oswajają się z możliwością tragicznego wypadku. Jak to było w przypadku Piotrka? Rozmawialiście o śmierci?

Nigdy nie myślałem, że mogę zginąć w górach. Traktowałem śmierć w górach jako normalną rzecz. Tak jak w życiu. Ale będąc niej bardzo blisko, naturalna kolej rzeczy jest taka, że zaczynasz o tym myśleć i bać się. Tak było w moim przypadku na wschodniej grani Annapurny. Ale Piotrek nie bał się. I nie pozwolił mi, by myśl o odejściu zatruła moją głowę. Imponujące.


Rozmowy przeprowadzili redaktorzy miesięcznika GÓRY