Lubię cyfrę siedem. Jest w niej coś magicznego - mówi Janusz Głowacki, który zamieścił w wydanym właśnie zbiorze siedem krótkich i siedem długich opowiadań.
Pański najnowszy zbiór opowiadań to wybór tekstów, które ukazały się wcześniej w różnych tomach. Poza jednym - tytułową „Sonią, która za dużo chciała” opublikowaną do tej pory jedynie w jubileuszowym numerze „Playboya”.
„Sonię...” napisałem w tonacji powieści „Z głowy”. To prawie prawdziwa historia ślicznej, inteligentnej dziewczyny, która nie dała sobie rady z życiem. Wyemigrowała i źle skończyła... Kiedyś zrobiła wywiad z Lechem Wałęsą do „Playboya”, a mnie w Nowym Jorku namawiała żebyśmy wspólnie przeprowadzili wywiad z Papieżem. Też do „Playboya”! (śmiech). Tłumaczyłem, że Papież ma wspaniałe poczucie humoru, ale trochę inne. Rzuciłem: „Może Havel?” - akurat wtedy został prezydentem. Pokręciła głową: „Nie, za Papieża płacą 70 tysięcy dolarów, a za Havla tylko 30. Nie warto”. Kiedy ostatni raz ją widziałem w biedniutkim nowojorskim mieszkaniu, dwóch bezdomnych grało na jej gołym brzuchu w karty. Smutno-śmieszna historia o ambicjach i marzeniach, blaskach i nędzach. Very New York.
Jaki był klucz przy dobieraniu tych opowiadań? Jest siedem krótkich i siedem długich. Siedem chudych, siedem tłustych? Siedem szybkich, siedem głębszych?
(śmiech) Siedem pieczęci, siedem dni tygodnia, siedem grzechów głównych. Lubię cyfrę siedem. Jest w niej coś magicznego. Kiedyś chciałem wydać „Siedem opowiadań”, nie wyszło, a teraz przygotowałem taką właśnie kombinację. Siedem krótkich, siedem długich, wymieszałem Nowy Jork z PRL-em. Kiedy je ostatnio przeczytałem, bardzo mi się podobały, a sporo od siebie wymagam.
Czyli the best of Janusz Głowacki?
Coś tak jakby. Zastanawiałem się, czy nie dodać "Ostatniego Ciecia" i "Skrzeka", ale były dłuższe, po sto kilkadziesiąt stron, no i by złamały magiczną siódemkę. Shorty mają po pięć- sześć stron, a te dłuższe po trzydzieści-czterdzieści. Z dłuższych jest na przykład „Ból gardła na dwóch”, którego dawno nie drukowałem w żadnym zbiorze. Historia chłopaka z Żyrardowa, który jednej nocy, kompletnie bez sensu, zabił nożem jakiegoś faceta. Okazało się, że zamordował ORMO-wca, więc go powiesili. Pojechałem tam. I to było niesamowite, bo rozmawiałem z majorem z warszawskiej dochodzeniówki, który też tam przyjechał. Miał bardzo zimne oczy. „Jak go złapaliśmy? Nie było problemu” - powiedział. „Jak śledztwem interesuje się Warszawa, zwykle prowadzone jest bardzo energicznie. Kiedy przyjeżdżamy, już kilkunastu się przyznało. Więc nie o to chodzi, żeby złapać, tylko żeby wybrać”. „I co?” - pytam. „Tego właściwego wybieracie?”. „No czasem się zdarza”. Jezu! - pomyślałem - trzeba o tym napisać opowiadanie. Żyrardów to robotnicze miasto. Wtedy jeszcze prawie nie było tam kanalizacji. Faceci wyskakiwali wieczorem z wiadrami po wodę. To był sposób, żeby wyrwać się z domu. Ale najpierw szli do knajpy. I te wiadra wieszali na numerkach, jak palta. Wisiały takie rzędy wiader. I napisałem opowiadanie o dwóch facetach - „Ból gardła na dwóch”. Jednego bolało gardło, a drugiego powiesili.
Jest też słynne „Polowanie na muchy” przeniesione na ekran przez Wajdę.
No właśnie, to moje „firmowe” opowiadanie, ale dawno go nie było w druku.
Opowiadania ułożyły się w tym zbiorze od najmłodszego do najstarszego - od „Soni...” do „Wirówki nonsensu”.
Jest też opowiadanie „Wizyta” - pierwsze, jakie w ogóle napisałem, debiut. Jakby zupełnie nie w moim stylu. Ale pomyślałem, że jednak warto je ocalić. A „Wirówka nonsensu” to też początek, ale bardzo głośny i dojrzały.
Ukazało się w pańskim debiucie książkowym.
I dało mu tytuł. To tekst o peerelowskim zidioceniu, gdzie wszystkie wartości są wymieszane, przechodzą w fazę cynizmu, gdzie krążą pogubieni ludzie młodsi i starsi i próbują się jakoś w tym połapać, o ich zwątpieniach, marzeniach i klęskach (śmiech). „Wirówka nonsensu” - fajny tytuł., ale źle się tłumaczy na inne języki.
Jak czują się obok siebie tak różnorodne teksty: nowojorskie historie i epitafia obok groteski i opowiadań klasycznie obyczajowych?
Jest też opowiadanie z Los Angeles - „Rose Café”.
Również rodzaj epitafium...
Rodzaj tragi-farsy, chyba udało mi się w nim coś złapać z Hollywood. Wsadziłem tam zdanie prawdziwe, które usłyszałem od pewnego irlandzkiego pisarza, że Hollywood to takie miejsce, do którego się przyjeżdża, wchodzi do basenu, wypija szklankę whisky, a potem już ma się 80 lat. To opowiadanie o rozpaczliwym czekaniu na sukces i paru odcieniach sukcesu.
Czy te opowiadania zestawione po raz pierwszy w takiej konfiguracji nabierają nowych znaczeń?
To moje notatki z moich podróży po życiu. Może z nich wynika, że Warszawa, Nowy Jork, czy Los Angeles to tylko dekorację, między którymi chodzą ludzie z zaskakująco podobnymi problemami.
... że tu i tam można na przykład dostać maszyną do szycia po głowie...
No właśnie. I tu i tam manipulacja, hipokryzja, straszna walka o miłość, o sukces i o przetrwanie. Jak w takiej piosence o kobiecie, która w męce i bardzo długo wdrapywała się na szczyt, a jak wreszcie wlazła, to zobaczyła, że nic tam nie ma.
Czy wprowadza pan czasem zmiany w opowiadaniach, które już się ukazały, czy są to dzieci, które całkowicie odcięły się od rodzica?
Jedyne zmiany polegają na przywróceniu wersji sprzed ingerencji PRL-owskiej cenzury. Na przykład w „Bólu gardła na dwóch” bohaterowie oglądają w kinie „Popiół i diament”, a z tyłu jakiś żołnierz rzyga do hełmu. Cenzura zamieniła mi go na strażaka (śmiech). Bo żołnierz Ludowego Wojska nie ma prawa rzygać w ogóle, a już na pewno nie do hełmu, który jest własnością państwa! Czyli niejako przywróciłem tej postaci właściwe umundurowanie.
A co z nowymi opowiadaniami? Ma pan w planach jakieś shorty?
Na razie skończyłem pisać scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy. Może coś kiedyś o tym „pisaniu“ napiszę. Pojawiła się też propozycja zrobienia filmu poza Polską na podstawie powieści "Good night Dżerzi". A opowiadania? Coś mi cały czas lata po głowie, nie ma życia bez pisania. I odwrotnie (śmiech).
fot. Mieczysław Włodarski
Rozmawiała Magdalena Walusiak
Wywiady
Wywiad z Januszem Głowackim
Lubię cyfrę siedem. Jest w niej coś magicznego - mówi Janusz Głowacki, który zamieścił w wydanym właśnie zbiorze siedem krótkich i siedem długich opowiadań.
Komentarze (0)