Kiedy w sklepach pojawił się pierwszy album Anity i Johna „Nieprzyzwoite Piosenki”, było to zjawisko absolutnie niezwykłe. Płyty sprzedawały się w zawrotnym tempie, a w mediach nie było innego tematu, niż duet rockowego weterana i młodej gwiazdy pop. Ich związek jak się niebawem okazało nie ograniczał się tylko do sceny, w życiu prywatnym stali się parą i trwają w tym związku do dziś. Wszystko wskazuje na to, że pozostaną razem, ale… nie będą już nagrywać ze sobą piosenek. Ich najnowsza płyta nie przypadkiem nosi tytuł „Goodbye”.
Dlaczego żegnacie się ze swoją publicznością?
Anita – Już nam się nie chce! (śmiech)
John – Doszliśmy do takiej sytuacji, kiedy trzeba powiedzieć stop. Nie jesteśmy ludźmi, którzy stoją w miejscu - ani w życiu prywatnym, ani artystycznym. Chcemy robić coś innego, może rozwijać się to nie do końca dobre słowo, ale po prostu robić nowe rzeczy. Będziemy dalej zajmować się muzyką i każde z nas spróbuje przemycić coś nowego do swojej twórczości. Ta decyzja to wynik całkowicie naturalnej ewolucji, chociaż dla niektórych może wyglądać dramatycznie. Ale w końcu jesteśmy artystami, musimy być dramatyczni (śmiech).
Czyli „Goodbye” jest jedynie pożegnaniem z formułą duetu Lipnicka - Porter, ale nie Waszym pożegnaniem z muzyką?
Anita – Absolutnie nie! Dla mnie i dla Johna to i tak dość szczególna sytuacja, ponieważ w założeniu to miał być projekt jednopłytowy, a przedłużył się do pięciu lat współpracy. Poczuliśmy w końcu, że pora na zmiany, że żyjemy jednak w małym kraju, który bardzo szybko wyczerpuje możliwości grania w jednej konwencji. Rynek koncertowy się kurczy, więcej niż osiągnęliśmy w duecie już nie osiągniemy. Prywatnie wszystko pozostaje po staremu, bez obaw, dbamy o ciągłość rodziny (śmiech). Jednak prawdą jest, że coraz trudniej było nam pogodzić życie domowe z uprawianiem zawodu, który wymaga od nas wspólnych wyjazdów. Musimy też odseparować się od siebie artystycznie, aby nabrać dystansu do własnej twórczości. John ma teraz zupełnie nowe pomysły, planuje już następne ruchy. Ja też chcę poeksperymentować w wersji „solo”, sprawdzić jak sobie poradzę…
Życie rodzinne przekładało się na sztukę? Kiedy, na przykład, pokłóciliście się w domu, był problem także na scenie?
John – Czasami bywało trudno, chociaż na tle artystycznym nie przypominam sobie jakiś szczególnych kłopotów. W domu tak. Były rozbieżności zdań i sprzeczki o to, co ma być na obiad, albo czego wolno a czego nie naszej córce! (śmiech). Jednak w pracy oboje wiedzieliśmy, o co nam chodzi - o to, że piosenka ma być dobra bez względu na to, jaka jest nasza opinia na ten temat. Pewnie, że czasami jakieś rzeczy podobały się któremuś z nas bardziej albo mniej, ale nie było na tym tle żadnych konfliktów, jeśli już to tylko twórcze dysputy…
A jak na nowym albumie wyglądał „układ sił”? Kto był za co odpowiedzialny?
Anita – Większość piosenek, jak zwykle zresztą, napisał John. On ma większe doświadczenie w tej materii. Ja dopiero zaczynam rozwijać skrzydła. Za to w sytuacji studyjnej John się wycisza, a mi przypada rola egzekutora aranżacyjnych idei. W początkowej fazie zawsze jednak pracujemy osobno nad swoimi pomysłami i potem prezentujemy to sobie nawzajem, szlifujemy wszystko wspólnie i… nagrywamy!
John – Albo nie! (śmiech). Zdarza się, że ktoś powie „O, nie! Ja tego nie zaśpiewam!”
Anita – Ale tak się tym razem złożyło, że to właśnie piosenka napisana przeze mnie będzie promować nasze „Goodbye”. Zaproponowaliśmy fanom, aby sami zdecydowali na stronie internetowej, która piosenka ich zdaniem powinna być pierwszym singlem i to oni wybrali „Old Time Radio”. Ta kompozycja jest zdecydowanie najbardziej dynamiczna na całej płycie i chyba rzeczywiście nadaje się do radia lepiej niż inne… Reszta płyty jest bardziej refleksyjna, wyciszona – podobnych rzeczy się nie słyszy w eterze… Nagrywaliśmy ją w bardzo „old schoolowy” sposób, używając instrumentów akustycznych, często autentycznych raliktów z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych jak Hammond czy piano Rohdsa. Czasami pojawia się nawet sekcja dęta. Ogólnie najważniejsze jest to, że tym razem nagraliśmy wszystko z polskimi muzykami, którzy od lat towarzyszą nam na koncertach, co pozwoliło nam osiągnąć pełnię wyrazu, bo świetnie się razem zgraliśmy. Dzięki temu ta płyta jest najbardziej dojrzała ze wszystkich, jakie do tej pory nagraliśmy…
John – Nasz zespół, może to brzydkie słowo, jest dobrze „wytrenowany”. Wszyscy wiedzą, kiedy dać jakiś dźwięk, a kiedy się powstrzymać. A to bardzo ważne, bo my z Anitą jesteśmy zwolennikami minimalizmu, cenimy sobie ciszę w muzyce, co jest łatwo zaburzyć, kiedy ktoś chce koniecznie grać jakieś niesamowite solówki w środku utworu…
Kiedyś mówiliście, że nie chcecie nagrywać w Polsce…
John – w ciągu pięciu lat udało nam się wyszkolić kilka osób… (śmiech)
Anita – Jednak i tak nie wszystko zrobili Polacy. Zaprosiliśmy do współpracy paru gości ze świata. Realizacją nagrań zajął się Rafał Paczkowski, produkcją - Chris Eckman, a którym zetknęliśmy się już przy poprzednim projekcie. W mistrzowski sposób zmiksował załość Phill Brown – legendarna postać brytyjskiej sceny muzycznej…
John – Tak, Phill Brown to duże nazwisko w światowej branży. Współpracował, jeszcze jako młody człowiek, z takimi nazwiskami jak Traffic, Roxy Music czy The Rolling Stones. Dziś nagrywa między innymi z Dido, czy Katheryn Williams – ulubioną wokalistkę Anity. Ale trzeba też pamiętać, że Rafał Paczkowski to najlepszy fachowiec w Polsce w dziedzinie rejestracji akustycznych dźwięków - jak masz nagranie wyjściowe do kitu, to nawet Phill Brown nic z niego nie zrobi (śmiech)
Anita – Wszystko poszło bardzo sprawnie i szybko. Miesiąc nagrań i tydzień miksów. Nasz pierwszy wolny dzień to był dokładnie dwudziesty trzeci grudnia, tuż przed świętami.
Pojawienie się córki wpłynęło jakoś na Wasz system pracy, na nastawienie, nastrój?
John – Tylko tak, że wszystko musieliśmy robić szybciej, wykorzystywać wolny czas w stu procentach. W sensie podejścia do sztuki, filozofii, nic się nie zmieniło… Wszystkie piosenki powstały mniej więcej w ciągu ostatniego roku, czasami mieliśmy jakieś pochowane diamenty, ale każdy chciał je zachować na później, na projekty solowe (śmiech). W każdym razie większość piosenek powstała w tym samym roku, w którym nagrywaliśmy płytę i to jest bardzo dobre, bo te kompozycje obrazują jakiś konkretny czas w naszym życiu…
Rozmawiał Piotr Miecznikowski
Komentarze (0)