Zacznijmy od tytułu płyty i trasy. Symfonizacja („Symphonicity”) czy też symfonizacje („Symphonicities”) to zgrabna gra słów, kalambur przypuszczalnie świadomie odnoszący się do tytułu ostatniej płyty The Police „Synchronicity”. Odnosi się również do przebytej przez Pana artystycznej drogi. Czy było to zamierzone?

Nie, to raczej rodzaj żartu. Oczywiście jest tu powiązanie z „Synchronicity”, która przecież została tak nazwana od tytułu rozprawy Carla Junga opublikowanej w 1951 roku...

Intryga się gmatwa...

Nie. Tytuł „Symphonicities” po prostu dobrze opisuje cały ten projekt. Gramy z orkiestrą symfoniczną (symphony), odwiedzamy wiele miast (cities). I tu rzeczywiście, mamy do czynienia z grą słów. Z niczym więcej. To nie jest aż tak poważne. Nie zagłębiałbym się w to.

„Symphonicities” to przearanżowane na orkiestrę symfoniczną Pana klasyczne utwory. Czy rozpoczynając pracę nad tym projektem miał Pan wyobrażenie, jak będą brzmiały poszczególne piosenki w takich opracowaniach, w jaki sposób należałoby je zorkiestrować, i czy sugerował Pan jakieś rozwiązania, pomysły ich aranżerom?

Miałem świadomość, że moje kompozycje są na tyle skomplikowane harmonicznie, że same funkcje w nich użyte upoważniają je do tego, by były grane przez orkiestrę symfoniczną. Są skomplikowane pod względem struktury muzycznej, więc instynktownie czułem, że sprawdzą się w nowej szacie. Ale sam nie będąc zawodowym aranżerem, nie byłem tego tak do końca pewny. Właściwie cały projekt zrodził się trochę przypadkiem. Chicago Symphony poprosiło mnie bym wystąpił z nimi na dobroczynnym koncercie. I podjąłem to wyzwanie. Już wcześniej występowałem z orkiestrami – na rozdaniu nagród Grammy i Oskarów, ale to były tylko pojedyncze utwory. Podobało mi się, ale nigdy nie zagrałem z orkiestrą całego koncertu. Wynająłem więc gromadę aranżerów – jakieś dziesięć osób – i poprosiłem, by sami wybrali utwory z mojego repertuaru, i zobaczyli co uda się z nimi zrobić.

Czy trudno utrzymać tę delikatną równowagę? Nie przytłoczyć piosenki masą orkiestrowych brzmień, a jednocześnie wzbogacić ją, uczynić z niej coś odmiennego...

To trochę tak, jakby ubierać je w zupełnie nowe szaty. Samo rusztowanie, szkielet pozostaje ten sam. Podstawowa struktura pozostaje taka sama. Powiedziałem aranżerom: „Poszalejcie z nimi. Zabawcie się. Chcę, by grający je muzycy – również wykształceni klasycznie muzycy orkiestry – musieli zmagać się z tym materiałem, by były dla nich wyzwaniem. By nie siedzieli nieruchomo, piłując sztampowo na skrzypcach banalne partie dopisane do popowej ballady – jakby to była jakaś muzyczna tapeta. Nudziłoby to ich, nudziłoby to mnie i nudziłoby to publiczność. Napiszcie takie aranże, które będą dla muzyków ciekawe. Niech pot zalewa im oczy i uszy. Niech orkiestra brzmi jak jeden wielki rytmiczny instrument.”

Zawsze byłem zainteresowany muzykowaniem poza wszelkimi barierami, z ludźmi, którzy jednocześnie są zdolni grać muzykę klasyczną, rock and roll czy jazz. Bo to jest właśnie to, co mi się najbardziej podoba. Wszystkie te muzyczne hybrydy. Myślę, że innym muzykom również – nowe pokolenie muzyków klasycznych zna również muzykę pop. Nie tak jak dawniej, gdy muzycy klasyczni nie zniżali się do słuchania muzyki pop, bo była ona dla nich banalna i głupia. Teraz nowe, młode pokolenie po prostu dorasta z „MUZYKĄ” - w taki sam sposób jak dorastałem ja. Dlatego rozumieją takie podejście.

Piosenki wybrane do nowego projektu są dla Pana bardzo osobiste. Można by je nawet nazwać swego rodzaju kamieniami milowymi. Które były dla Pana największym zaskoczeniem, gdy usłyszał je Pan w nowych aranżacjach? O których pomyślał Pan, że przeszły największą transformację?

Rob Mathes, jeden z aranżerów, powiedział: Chcę zrobić „Next To You”. Odparłem: „Ale przecież to pierwszy kawałek na pierwszej płycie The Police. To cztero-akordowa punkowa młócka. Chyba oszalałeś. Nie zmusisz orkiestry, by coś takiego zagrała. Przecież to będzie brzmiało śmiesznie.” Odpowiedział: „Wiem jak to zrobić. Mam ciekawy pomysł.” Po tygodniu wrócił z gotowymi nutami i gdy zagrał to w nowej aranżacji – zabrzmiało wspaniale. Po prostu klasyczni muzycy grali to jakby to był Strawiński, a to przecież rock and roll. I mnóstwo uciechy.

W orkiestrze najbardziej uderzyło mnie to, że w swojej palecie ma tak wiele różnorodnych barw. I naprawdę można z nimi robić, co się tylko podoba. Dlatego zacząłem sięgać coraz głębiej do mojego repertuaru i zacząłem doradzać: „A może spróbujmy opracować jeszcze to, i to, i to.” Zaaranżowaliśmy jakieś 40 piosenek, a ja chciałbym byśmy przerobili ich jeszcze więcej, bo wiele z nich zostało po prostu przywróconych do życia.

Mnie zaskoczyła „Roxanne”, którą postrzegałem jako raczej niespokojną i pełną goryczy. W nowym opracowaniu stała się stonowaną, dojrzałą i po prostu piękną balladą. A skoro o niej mówimy, to porozmawiajmy o tym, jaka jest różnica w śpiewaniu z orkiestrą. W tym przypadku ma Pan w podkładzie harmonie tworzone przez smyczki...   Czy jest to inne doświadczenie, gdy te piosenki nie są, w pewnym sensie, w Pana rękach, i kto inny tworzy ich podkład harmoniczny?

Porównałbym to do pływania w bardzo ciepłym basenie. Woda i jej cudowne prądy opływają ciebie ze wszystkich stron. To daje wspaniałe uczucie wolności. W tym utworze gram na gitarze, ale oprócz tego otaczają mnie głosy fugato orkiestry, co brzmi wspaniale. Jakby to była ciepła kąpiel.

Czy w przyszłości będzie Pan chciał tworzyć piosenki o takiej symfonicznej sile?

Swoboda, którą daje orkiestra symfoniczna jest dla mnie coraz większą inspiracją (…) Czuję się jak dziecko, które dostało nową kolejkę elektryczną. To mnie odmładza. Podążmy za tym – tutaj może trochę więcej oboju? Czy wiolonczele zdołają to zagrać? Kocham to.

 

Rozmawiał Edward Seckerson