Widmo pandemii ptasiej grypy z powodzeniem krąży po całym świecie. Wizja setek tysięcy, ba, może nawet milionów ofiar podstępnego wirusa to, ostatnimi czasy, ulubiony dziennikarski straszak (zaraz po braciach Kaczyńskich). O tym czy obawy są uzasadnione czy grubo na wyrost mówi Paweł Grzesiowski z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego w wywiadzie dla tygodnika „Newsweek”.
„Newsweek
: Ptasia grypa jest coraz bliżej. Mamy się czego bać?
Paweł Grzesiowski: Odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z nakręcaniem spirali histerii. Wszyscy opowiadają o tym, że będzie pandemia. Każde doniesienie buduje coraz większy dramatyzm. I ludzie zaczynają się bać. To, że ptaki chorują na grypę, wiadomo od lat. Niewątpliwie obserwujemy z niepokojem rozprzestrzenianie się tego wirusa. Ale porównując liczbę zachorowań u ludzi w stosunku do ubiegłego roku, trzeba powiedzieć, że mamy ich znacznie mniej, a więc nadzór jest skuteczny.”
Nie oznacza to jednak, że w ogóle nie ma się czego bać – „Gdybym powiedział, że nie ma zagrożenia, byłbym idiotą. Zagrożenie jest, tylko należy je racjonalnie oszacować” mówi Grzesiowski. Również cała histeria związana z antygrypowymi szczepionkami, a raczej ich brakiem, wydaje się być grubo przesadzona, ponieważ: „…skuteczność leków przeciwwirusowych w stosunku do wirusa ptasiej grypy nie została dotychczas udowodniona na ludziach. Najsilniejsze argumenty zdobyto w badaniach na myszach. Nie mamy również dostatecznych danych co do możliwości rozwoju oporności wirusa na te leki”.
Co zatem robić? Przede wszystkim nie panikować i zachować zdrowy rozsądek. Wszyscy na ptasią grypę z pewnością nie wymrzemy. Tak jak nie wszyscy wymieramy co roku od ukąszeń kleszczy, czym również straszy się nas z lubością, co roku w sezonie wakacyjnym.

Iza J.

Pełna wersja artykułu w nr 42/05 „Newsweeka”.