Niesporczak? Ki czort? Czym jest miłość, a czym nostalgia? Skąd wzięli się Pokrak i ptak Dudi? Jakie cuda można znaleźć w prywatnej szufladzie artysty? O czym pisują w listach Barańczak i Głowacki? Autorzy "Małego alfabetu Magdy i Andrzeja Dudzińskich" zdradzają część tajemnic zapisanych w swojej najnowszej książce.
Tom Kultury: Jak przygotowywali Państwo swój "Alfabet"? Dzieląc między siebie litery, poszczególne hasła, wspomnienia?
Magda Dudzińska: Większość wspomnień mamy tych samych. Tych samych przyjaciół i te same opinie na różne tematy.
T.K. Czy to znaczy, że każde hasło opracowywali Państwo wspólnie?
M.D. Dzieliliśmy się tematami pod kątem: bardziej i mniej delikatne. Ja pisałam o zwierzątkach (śmiech), o ludziach, których lubimy, a Andrzej wydawał opinie na tematy bardziej skomplikowane.
Andrzej Dudziński: Czyli o sztuce, malarstwie, fotografii.
M.D. Czasami jedno z nas mówiło: "A może by napisać o tym"...
A.D. ... a wtedy drugie odpowiadało "Absolutnie nie!" (śmiech obojga)
M.D. Albo: "To ty to pisz, jeśli uważasz, że to śmieszne". A były i takie hasła, które wydawały się fantastyczne, a potem nic nie dało się z nich zrobić.
A.D. Te z ostatniej chwili były najlepsze. A tworzyliśmy naszą książkę długo, w sumie kilka lat. Pomysł wyszedł od wydawnictwa. Sami nie wpadlibyśmy na to, żeby napisać "Alfabet". Żeby się do niego trochę zdystansować, nazwaliśmy go "Małym alfabetem", bo "alfabetów" powstało bardzo dużo. Na ogół dotyczą ludzi i są, z niewielkimi wyjątkami, złośliwe.
M.D. Dla niektórych były powodem do załatwiania porachunków.
T.K. A Państwo we wstępie "Alfabetu" zaznaczyli, że funkcja "autocenzura" była w trakcie pisania cały czas włączona. Dlaczego?
M.D. Proszę sobie wyobrazić, że musi pani napisać opinię o paru osobach. To jest bardzo trudne bez względu na to, czy opinia ma być pozytywna czy negatywna. To jak plotkowanie. Jeżeli się kogoś lubi i chce się napisać o nim coś miłego, powstaje nudny tekst. Przecież nie możemy narażać czytelników na nudę pisząc, że ktoś jest miły i dobry. Z drugiej strony nie chcemy źle pisać o ludziach. Pisanie o przedmiotach czy o zwierzętach jest znacznie przyjemniejsze.
T.K.: W jakim stopniu opisane zdarzenia i rozmowy zostały przez Państwa zapamiętane, a w jakim mogły być uzupełnione? Na przykład nie wyobrażam sobie, by można było zachować w pamięci cały długi dialog z Januszem Głowackim na temat Nowego Jorku.
M.D. Ta rozmowa została wcześniej zapisana i opublikowana w magazynie "Gazety Wyborczej".
A.D. W naszej książce znalazło się kilka fragmentów, które już wcześniej gdzieś zaistniały, na przykład wywiad z Santaną opublikowany w "Vivie". To cytaty.
M.D. Czasami konfrontowaliśmy nasze wspomnienia z przyjaciółmi, porównywaliśmy z tym, co oni pamiętają.
A.D. Ciekawe, że kiedy przypominał nam się jakiś fakt czy drobiazg z przeszłości i pytaliśmy o to kogoś, kto przy tym był, okazywało się, że ta osoba w ogóle tego nie pamięta.
M.D. Albo przypominali sobie w momencie, kiedy o tym rozmawialiśmy. Gdyby nie ten "Alfabet", pewnie nigdy nie przypomnielibyśmy sobie większości zdarzeń. Zrobiliśmy ogromny wysiłek, bo one są, tylko gdzieś zalegają i dopiero pod wpływem wzruszeń czy skojarzeń pojawiają się na nowo. Książka jest już w druku, a my ciągle coś odkrywamy.
A.D. Teraz dopiero będzie dramat, kiedy książka się ukaże, a my uświadomimy sobie, że zapomnieliśmy o najważniejszych ludziach.
M.D. A może takich nie ma?
A.D. Nasz "Alfabet" jest także książką wizualną. W drodze do naszej pamięci bardzo pomogły nam zdjęcia, pocztówki, różnego rodzaju gadżety.
T.K.: Czyli obrazy wyzwalały pamięć?
M.D. Tak się to właśnie odbywa.
A.D. Patrzymy na jakieś zdjęcie i zaczyna odwijać się film.
M.D. Albo listy. Nigdy nie wyrzucam listów od znajomych i przyjaciół. Okazało się, że jest to sejf pamięci.
T.K. Korespondencja to jedno z najbardziej rozbudowanych haseł w państwa "Alfabecie". Są tam m.in. fragmenty listów od Stanisława Barańczaka czy Janusza Głowackiego, a we wprowadzeniu do tego hasła czytamy: "(...) tylko słowa powiedziane znikają, czasami nie dochodzą lub gubią się w natłoku innych słów i hałasie. W listach leżą spokojnie, na zawsze niezmienne".
Chyba podobnie jest z Państwa książką? Udało się ocalić coś, co za jakiś czas być może by zniknęło.
M.D. No właśnie. Czyli po prostu, mówiąc patetycznie, życie.
A.D. Propozycja Wydawnictwa Literackiego to była pokusa, której ulegliśmy, bo "Alfabet" to przykrywka na coś w rodzaju autobiografii.
T.K. Czy zdarzyło się przy którymś haśle, że jego rozwinięcie dla Państwa - autorów - okazało się zaskakujące? Czytelników niejedna definicja może zdziwić. Na przykład wernisaż chyba mało komu kojarzy się z pogrzebami.
M.D. (śmiech) To autentyczna historia, usłyszeliśmy ją na jakimś wernisażu, więc pomyślałam, że warto to wykorzystać. Ludzie przychodzą na wernisaże nie po to, żeby zobaczyć prace artystów, tylko żeby porozmawiać z innymi o sobie, na ogół o swoich chorobach (śmiech). To jest irytujące, bo bohaterem wieczoru powinny być prace artysty. Jako żona artysty jestem na to wyczulona i zawsze zaczynam od oglądania prac, zanim wdam się w rozmowy o cudzych niepowodzeniach.
A.D. Ciekawy jest przykład Antoniego Słonimskiego. To hasło rozwinęło się przez przypadek: w krakowskim antykwariacie znalazłem przedziwne, jednorazowe wydanie pisma satyrycznego, którego autorzy opisali, jak wyglądałby powrót Rosjan do Warszawy po pierwszej wojnie światowej i jak w tej sytuacji zachowywałaby się ludność stolicy. Było to napisane nieprawdopodobnie złośliwie w stosunku do mieszkańców Warszawy. Ale to, co najbardziej mnie zaskoczyło, to piękne rysunki Antoniego Słonimskiego, który był absolwentem Akademii Sztuk Pięknych. Dziś mało kto o tym pamięta.
M.D. Drugą anegdotę też znaleźliśmy przypadkiem. Czytałam dzienniki Kennetha Tynana, nieżyjącego już angielskiego krytyka teatralnego i filmowego, który zresztą napisał wspólnie z Polańskim scenariusz do filmowej wersji "Makbeta" - o, widzi pani teraz to sobie przypomniałam, mogło być w "Alfabecie" - i tam była opisana historia o Słonimskim. Co ciekawe, Tynan pisał ją nie znając Słonimskiego. Uznałam, że to ciekawa anegdota.
T.K. Jaki zastosowali Państwo klucz do tworzenia haseł? Obok różnorodnych postaci możemy znaleźć opisy pewnych fenomenów świata, jak niesporczak, LDS, miłość, nostalgia, a obok tego pojawia się na przykład... halabarda!
M.D. Halabarda to pomysł Andrzeja!
A.D. O tak, długo musiałem ten pomysł forsować. Zresztą mam taką szufladę z różnymi drobiazgami i przy tworzeniu "Alfabetu" okazała się bardzo przydatna. Od lat gromadziłem różne śmieszne wycinki, które mnie na bieżąco wciągały. Wiedziałem, że nie należy się z nimi rozstawać.
M.D. Bo cokolwiek się pojawi, choćby halabarda, może okazać się dla "Alfabetu" ciekawe. Na przykład taki niesporczak. To jest akurat śmieszny temat, ale były i takie, które w pierwszej chwili wydawały nam się ciekawe, a nie dało się ich zabawnie opisać.
A.D. Ciekawe jak młodsi od nas ludzie odbiorą tematy, które zniknęły z rzeczywistości. Na przykład poste restante. To było niesłychanie w naszych czasach ważne, bo na poste restante rodzice przysyłali pieniądze, kiedy byliśmy na wakacjach. Dzisiaj ta instytucja chyba w ogóle zaginęła.
T.K. A może niektóre hasła zmobilizują czytelników do szukania dodatkowych informacji, na przykład o takim czasopiśmie jak "Ty i Ja"?
A.D. Kilkakrotnie zwracali się do mnie studenci, którzy wybierali "Ty i Ja" jako tematy prac dyplomowych. Albo "Szpilki": dla większości ludzi urodzonych po roku 1980 jest to jednak ważne zjawisko, tak jak dla nas ważne były tytuły przedwojenne.
T.K. Dla kogo napisali Państwo tę książkę: dla siebie, dla przyjaciół czy dla nieznanych czytelników?
M.D. Ktoś powiedział, że "Alfabet" pisze się dla przyjaciół o przyjaciołach. I trochę tak jest, książkę tego typu adresuje się do swojego pokolenia, to jest p.t. "Pamiętacie?". Proszę nie mylić z "Pomożecie?". A przy okazji może nawet załatwić jakieś subtelne porachunki.
T.K. Czy jakieś porachunki załatwili państwo tą książką?
M.D. Porachunki to może trochę za dużo powiedziane, ale napisaliśmy coś, czego nie powiedzielibyśmy wprost. Zasugerowaliśmy. Jest parę takich rzeczy. To stwarza motywację do pisania w taki sposób, żeby nie było nudno.
A.D. Ale nie przyświecało nam to jako główny cel.
M.D. Broń Boże! Na nikim się nie mściliśmy ani nie załatwialiśmy żadnych nieprzyjemnych porachunków.
A.D. Może ideologiczne.
T.K. Jak czytelnicy należący do Państwa pokolenia mogą odbierać "Alfabet"?
M.D. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia.
A.D. Chciałoby się, żeby czytelnik w trakcie lektury mógł przeżyć satysfakcję: "Aha, to jest też moje doświadczenie i tak to pamiętam". Żeby ktoś mógł odnaleźć w tej książce cząstkę prawdy z przeszłości lub emocje, o których zapomniał.
M.D. Miło będzie, jeżeli ta książka rozbawi parę osób i wzruszy.
A.D. Ale nie liczymy na jakieś poważniejsze przeoranie ludzkich świadomości.
(Magda i Andrzej Dudzińscy wybuchają śmiechem).
Rozmawiała Magdalena Walusiak
Komentarze (0)