Julia Kamińska jeszcze raz wciela się w swą bohaterkę, tym razem jako autorka jej pamiętnika.


"BrzydUla. Pamiętnik" to zapiski, refleksje i wyznania, które dają sugestywny i ciekawy portret Ulki Cieplak, dopełniający fabułę BrzydUli i wychodzący poza nią. Wszystko razem, skrzętnie ułożone: tło historii serialowej, myśli niebanalnej dziewczyny, wspomnienia z przeszłości i urocze perypetie... Bohaterkę widzimy z nowej perspektywy, czasem już zdystansowaną wobec wydarzeń, niekiedy na nowo przeżywającą swe emocje.

Brzydula pisze swój pamiętniczek inteligentnie i żywiołowo. Tak, że czyta się go z oczyma łzawiącymi od śmiechu – nawet jeśli ktoś nie widział ani jednego odcinka serialu BrzydUla. Poszczególne wpisy są poozdabiane rysunkami autorki: wzruszającymi kulfonami, sercami, kotkami, pszczołami i żabami; i jak w prawdziwym pamiętniku – wpisami przyjaciół.


Przeczytaj fragment książki "Brzydula. Pamiętnik":


Dzień 1
Znowu szukam pracy. Ciągle. Jestem zdesperowana. Matura zaliczona na pięć, wyższe wykształcenie – skończyłam ekonomię na SGH (z wyróżnieniem!), znam biegle niemiecki i angielski, skończyłam dwa kursy szybkiego czytania, kurs kaligrafii w ambasadzie Japonii, kurs realnej samoobrony krav-maga, kurs języka HTML, „praktyczny kurs pisarstwa – jak pisać magiczne powieści”, kurs kosztorysowania oraz autoratownictwa i szkolenie w zakresie prawa autorskiego oraz prawa znaków towarowych; znam podstawy rosyjskiego, francuskiego i hiszpańskiego, …dlaczego nie mieliby mnie zatrudnić? Na przykład w jakimś banku. Niestety, czemuś w żadnym nie chcą. Powoli godzę się z myślą, że zostanę sprzedawczynią pakietów promocyjnych jakiegoś beznadziejnego CZEGOŚ i spędzę resztę życia ze słuchawką w uchu i takim malutkim mikrofonem przy ustach, przekonując potencjalnych klientów, że to beznadziejne, bliżej nieokreślone COŚ jest im niezbędnie potrzebne do życia. Chociaż taka praca też odpada, przynajmniej na najbliższy rok. Dzisiaj jadę na wizytę do ortodonty zamontować aparat na zęby. Ortodonta uprzedził mnie, że przez jakiś czas mój otwór gębowy będzie przyzwyczajać się do obecności ciała obcego w ustach. (…)

Aha, tata zwariował. Przyniósł mi dziś gazetę z ogłoszeniem. Szukają sekretarki dyrektora. Praca w centrum Warszawy, pensja do przyjęcia, praca poniżej kwalifikacji, ale jest możliwość awansu. I to wszystko fajne, tylko że ten dyrektor to jest dyrektor DOMU MODY. Próbowałam to sobie wyobrazić. Dom mody, a w nim: modelki, fotografowie, projektanci, kreacje, moda, czerwony dywan, błysk fleszy… Pasowałabym tam jak mojemu tacie karabin. Firma nazywa się Febo & Dobrzański, pewnie od nazwisk właścicieli. Wyśmiałam tatę, wręczyłam Maćkowi tackę z pierogami i wystawiłam go za drzwi. On też nie był zachwycony tym pomysłem, ale z innego powodu niż ja. Od dawna truje mi, żeby wyjechać do Anglii. Dla niego to wymarzona podróż. Ciągle o tym gada. Mówi, że moglibyśmy zatrudnić się w jakiejś knajpie, przypomnieć sobie język, no i że zarabialibyśmy lepiej niż tu. To znaczy on, bo ja teraz w ogóle nie zarabiam. Jeśli nie znajdę szybko jakiejś pracy, to będę musiała wyjechać. A ja nie chcę wyjeżdżać. Kto by czytał Beti bajki na dobranoc? Po miesiącu wyschłabym z tęsknoty za domem. Starałam się to wszystko chociaż na chwilę wyrzucić z głowy, ale tata przed chwilą przyniósł mi tę gazetę do pokoju. Uważa, że powinnam spróbować. Powtarza, że to porządna i wielka firma i że na pewno mnie docenią. Może ma rację. Tylko że ja już byłam w kilku porządnych i wielkich firmach i jakoś nigdzie nie byli zainteresowani. I jeszcze jak pomyślę, czym ta firma się zajmuje, to pojawia mi się przed oczami taka makabryczna wizja: ja stoję na środku jakiejś wielkiej sali, wypełnionej modelkami i innymi pięknymi ludźmi, wszyscy przyglądają mi się z niedowierzaniem, a potem zaczynają głośno śmiać.

Z drugiej strony, może nie będę musiała znosić takich katuszy. Może po prostu potrzebują kogoś z dobrym wykształceniem, kto przypilnuje terminów dyrektora i dogada się z zagranicznymi klientami? Nie powinnam kręcić nosem. Lepsze jednorazowe upokorzenie, niż żebym miała potem, gdzieś hen, na północy, płakać w poduszkę i zastanawiać się, czy gdybym jednak odważyła się pójść na tę jedną rozmowę, siedziałabym teraz w kuchni w domu i grała z dzieciakami w bierki… Może przy okazji zostawię CV w dziale finansowym? No i ile można szukać pracy? Trzeba zacisnąć zęby i przygotować się na krytyczne spojrzenia. Znoszę to już tyle lat, że chyba jeden dzień nie robi różnicy. Do jutra jeszcze to przemyślę… i chyba pojadę.

(…)

Czwartek 17.15
No i jadę wcześniej do domu. Aleks przekonał Krzysztofa, że współpracował z Fox Fashion od dawna, i przedstawił jakieś dokumenty świadczące na jego korzyść. Szkoda, że nie mogłam ich zobaczyć, może wyśledziłabym jakiś trik… I Marek wyszedł przeze mnie na idiotę. Z manią prześladowczą na dodatek. Zawsze jak staram mu się pomóc, coś się musi popsuć. Jak nie podarte rajtki i liście we włosach, to sprytny, zły Włoch. No dobra, pół-Włoch.

Teraz trzeba ratować deal z Terleckim. Dobrze, że mam już jakiś podkład. Z resztą Marek mi pomoże. On ma świetne pomysły, tylko nie potrafi przez dłuższy czas skupić się na jednej rzeczy. Wymyśla preteksty, żeby się oderwać od pracy, a to, że nie potrafi na głodniaka i trzeba koniecznie iść coś zjeść, a to, że zaraz jego głowa wyląduje na klawiaturze i na pewno ją zaślini i zepsuje komputer, i wtedy w ogóle nie będzie mógł pracować, więc lepiej teraz zrobić małą przerwę na kawę. Na takiego szatana z rogami, kopytami, kłami i ogonem. To znaczy, że kawa powinna być gorąca, czarna, słodka i włoska. Marek pije kawę bez mleka z cukrem. Ja piję bez cukru z mlekiem. I zazwyczaj czekam, aż ostygnie, bo lubię taką chłodną. A Marek nie może na to ?patrzeć  
Ja tam mogę na niego patrzeć zawsze, nieważne, jaką pije kawę.

Piątek 15.00
Czuję się, jakbym wróciła do podstawówki. I wszystko przez ten pamiętnik. Nie wiem, skąd się wzięły te plotki, ale wszyscy w firmie myślą, że donoszę, że piszę jakieś raporty i że zwalniam ludzi. Że wszystko, co zaobserwuję, zapisuję w pamiętniku. I potem daję cynk komu trzeba i… Nie powinnam pisać w biurze, to błędne koło, zaraz ktoś zobaczy i powstaną nowe, tfu, pomówienia, ale po prostu muszę jakoś odreagować, gdzieś to wszystko wyrzucić, bo zwariuję. Mam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią. Jak na nich spojrzę, to udają, że mnie nie widzą. Jak tylko się odwracam, zaczynają szeptać.

Już kiedyś byłam ofiarą ostracyzmu. Koniec podstawówki, ciężki czas, w klasie powstawały kasty, granice między kastami były ruchome i stworzył się jakiś przedziwny układ międzyludzki. Ja w tej mikrohierarchii znajdowałam się na najniższym szczeblu. Ulka Kropacz była braminem, ja śudrem. Wiązało się to z tym, że robiono sobie ze mnie co jakiś czas żarty, nie gadano ze mną, a jeśli gadano, to o tym, czy mogłabym pożyczyć zeszyt od matmy albo czy wiem, co będzie na klasówce. Ale nadszedł dzień, kiedy z najniższego szczebla klasowej drabiny kastowej spadłam na klepisko. Stałam się niedotykalna. Pech chciał, że przyjechał wujek Hubert z ciocią Anią z Anina. To były urodziny taty i przywieźli mnóstwo jedzenia, między innymi rybę w galarecie. Jestem okropnie uczulona na ryby, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Po prostu do tamtej pory dzięki naturalnej samoobronie czy też może dzięki przeczuciu w ogóle nie jadałam ryb. Sam zapach mnie odrzucał. I jakoś tak do ósmej klasy przebujałam się całkowicie bezrybnie. Rodzice nigdy nie zmuszali nas do jedzenia tego, czego nie lubiliśmy. Chociaż ja zawsze zjadałam to, co podała mi mama, nawet jeśli było naprawdę niedobre. Oprócz ryby. Mama chyba instynktownie wyczuła, że od ryb wyjątkowo mnie odrzuca, i jeżeli na obiad była ryba, to tylko dla taty. A może sama nie lubiła… Ja w każdym razie nie znoszę wątróbki, flaków, dyni, kalafiora, brukselki i ptasiego mleczka. Ale jeśli już się zdarzyło, że mama podała na przykład zupę dyniowo-kalafiorową, od której samego zapachu mnie mdliło, to i tak pochłaniałam bez szemrania. Nie chciałam, żeby było jej przykro.


W.A.B. /F.N.