The Baseballs, fantastyczna berlińska grupa, wielbiąca rock and rolla i estetykę lat 50. XX wieku, powraca z drugim albumem o tytule "Strings 'n' Stripes". Zdobywcy nagrody Echo dla najlepszego debiutanta 2010 roku po raz kolejny proponują wyjątkowe interpretacje wielkich współczesnych hitów na modłę przebojów sprzed ponad pół wieku.
The Baseballs spotkają się z polskimi fanami 7 maja w warszawskim Empiku Junior o godz. 15.
Na wydanym w 2009 roku debiutanckim krążku "Strike!" niemieccy wielbiciele rock and rolla zachwycili coverami "Umbrella" Rihanny i "Hot n Cold" Katy Perry. Zdobyli listy przebojów w Niemczech (złota płyta), Szwecji (platyna), Holandii, Norwegii, Wielkiej Brytanii i Finlandii (czterokrotna platyna!). Tym razem Sam, Basti i Digger w podróż do złotych lat rock and rolla zabierają takie współczesne hity, jak "Pararazzi" Lady GaGa, "California Gurls" Katy Perry, czy "Candy Shop" 50 Centa. Robią to zgrabnie, ciekawie i ze sporą dawką poczucia humoru, zauważalną szczególnie w teledyskach.
O płycie "Strings 'n' Stripes" przed jej premierą, opowiedział przesympatyczny Basti, który w dowodzie ma wpisane personalia Sebastian Raetzel.
Na początek powiedz mi, czy w najśmielszych snach spodziewaliście się, że w ciągu mniej niż pięciu lat The Baseballs odniesie tak ogromny sukces, zdobędzie prestiżowe nagrody?
Zupełnie się tego nie spodziewaliśmy. Gdy zaczynaliśmy pracę nad pierwszą płytą, a było to trochę ponad dwa lata temu, cieszyliśmy się z samego faktu, że możemy ją nagrać. Byliśmy podekscytowani jak dzieci. Nie zakładaliśmy nawet tego, że nasz rockandrollowy zespół może osiągnąć jakiekolwiek powodzenie w Niemczech, a co dopiero mówić o zagranicy. Byliśmy zaskoczeni, ale też bardzo szczęśliwi, że osiągnęliśmy tak wielki sukces.
Podejrzewam, że po takim sukcesie coś takiego jak wolny czas stało się dla was luksusem. Czy było ciężko wybrać, przerobić i nagrać piosenki na album "Strings 'n' Stripes"?
Tak! To było niezwykle trudne zadanie. Prawdę powiedziawszy, pierwsze plany nagrania drugiego krążka pojawiły się już w 2010 roku. Ale ledwo co skończyliśmy trasę w jakimś kraju, kontaktowano się z nami, abyśmy pojechali w jeszcze jedno miejsce, potem w kolejne, i tak w kółko. Przyjmowaliśmy te oferty, więc nic dziwnego, że nie udało nam się zabrać w ubiegłym roku do pracy. W końcu postanowiliśmy, że trzeba iść do studia i zarejestrować materiał. Była końcówka 2010 roku, a my mieliśmy wybranych kilkanaście piosenek, które chcieliśmy zinterpretować. Nastąpił w końcu ten moment, że znaleźliśmy się w studiu i spędziliśmy tam trzy, cztery miesiące ciężko pracując nad kompozycjami nad "Strings 'n' Stripes". Kiedy skończyliśmy nagrania, byliśmy ogromnie zadowoleni.
Czy piosenki do zinterpretowania na "Strings 'n' Stripes" wybieraliście w podobny sposób, jak w przypadku "Strike!", czy może w tym przypadku było nieco inaczej?
Proces przebiegł podobnie. Wszyscy zebraliśmy się na sali prób i dyskutowaliśmy, które numery powinniśmy przerobić. Nowością było na pewno to, że tym razem postanowiliśmy dać rockandrollowe życie rapowemu kawałkowi. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie próbowaliśmy. Wybór padł na "Candy Shop" 50 Centa. Mieliśmy naprawdę sporo radochy, kiedy przyszło do opracowywania naszej wersji. Musieliśmy przecież "przetłumaczyć" ten erotyczny klimat na język dawnego rock and rolla.
Czy podczas wybierania piosenek do przerobienia, obyło się bez kłótni, czy może zdarzyły się takie sytuacje, że nie wszyscy zgadzali się na jakiś wybór?
Naprawdę nie było kłótni. Każda z piosenek, które są na płycie, została zaakceptowana przez wszystkich członków zespołu. Nasze spotkania w sali prób zawsze kończyły się zgodnym: "OK, to dobry wybór". Gdy zaczynaliśmy już przymierzać się do sesji nagraniowej, zastanawialiśmy się nad tym, czy nie powinniśmy zawrzeć na płycie więcej numerów, które gramy na koncertach, ale które jeszcze nie znalazły się na żadnym naszym wydawnictwie. Ostatecznie odrzuciliśmy ten pomysł. Uzgodniliśmy, że drugi krążek będzie miał bardziej słoneczną atmosferę, taką w stylu The Beach Boys. Te kawałki grane na koncertach, ale nie nagrane, nie pasowałyby do takiego kontekstu. Poza może jednym, który już graliśmy na żywo. To akurat napisana przez nas kompozycja "Hard Not To Cry". Zawarliśmy ją na "Strings 'n' Stripes". Pozostałe nigdy wcześniej nie były prezentowane na żywo.
Sądzisz, że jest szansa na to, iż w przyszłości napisanych przez was piosenek będzie więcej? "Hard Not To Cry" to taki test dla waszych fanów?
Prawdę mówiąc, na koncertach już graliśmy kilka naszych piosenek. Tak więc fani są świadomi tego, że The Baseballs to nie tylko covery i potrafimy także sami coś skomponować. Cieszymy się, że mamy na albumie własny numer, ale tak naprawdę bardziej zależało nam na tym, by na krążku znalazł się zróżnicowany materiał, pochodzący od różnych gatunkowo artystów. Coś takiego wydało nam się bardziej interesujące. "Hard Not To Cry" ma status wyjątkowej kompozycji [śmiech]. Daje jakieś nowe wrażenie zespołu.
Czy za wyborem którejś z piosenek kryje się jakaś historia? Na przykład, spacerowaliście po Berlinie, minęliście kogoś, kto nucił numer Keshy i tak zrodziła się idea, by przerobić piosenkę.
[śmiech] Chyba czegoś takiego nie było. Ale dość zabawny jest powód, dla którego na albumie znalazła się nasza piosenka. Jak mówiłem, graliśmy ją wcześniej na żywo, a publiczności się spodobała. Najbardziej jednej fance, zakręconej na naszym punkcie, która wytatuowała sobie na ramieniu cały refren "Hard Not To Cry". Stwierdziliśmy, że gdybyśmy nigdy tego numeru nie zamieścili na płycie, dziewczyna by nas w końcu znienawidziła [śmiech]. Kawałek Katy Perry musiał się znaleźć, bo Digger ma fioła na jej punkcie. Nie było najmniejszych szans, aby go przegłosować [śmiech].
Płytę rozpoczyna zapowiedź brytyjskiego didżeja radiowego Scotta Millsa. Została zaczerpnięta z jego programu w BBC, czy też specjalnie nagrana na wasz krążek?
Myślę, że mogę powiedzieć, iż Scott jest naszym przyjacielem. To prezenter BBC Radio 1, który od samego początku zawsze bardzo mocno wspierał The Baseballs. Był też chyba pierwszym brytyjskim radiowcem, który puścił naszą muzykę. Kiedy gościliśmy u niego w programie, była kupa zabawy. Dzięki Scottowi kilku oryginalnych artystów poznało nasze wersje ich kompozycji, jak Usher, czy wspomniana Katy Perry. Zapytaliśmy go, czy byłby skłonny nagrać nam intro na płytę. Nie miał nic przeciwko i wykonał znakomitą robotę.
Możesz przybliżyć genezę tytułu albumu "Strings 'n' Stripes"? Czy to wariacja na temat amerykańskiej flagi, czyli "stars and stripes"? A może coś bardziej przyziemnego? Nawiązującego do strun do gitary albo do stringów, czyli rodzaju bielizny?
[śmiech] To oczywiście nasza wariacja na amerykańską flagę, a "strings" odnoszą się do gitarowych strun. Ale wcale nie zdziwiłbym się, gdyby niektórym słuchającym płyty pojawiło się w głowie skojarzenie z damskimi stringami [śmiech]. Zapewniam, że wymyślając go nie myśleliśmy o damskiej bieliźnie [śmiech]. Sprawa wygląda tak - aby nakręcić wideoklipy do "Candy Shop" i "Hello" wybraliśmy się do Kalifornii, do Los Angeles i Hollywood. Wokół było pełno amerykańskich flag. Wtedy uzgodniliśmy, że tytuł musi jakoś odzwierciedlać letni klimat, rock and rolla i Amerykę. Pomyśleliśmy o "stars and stripes", ale to wydało nam się za proste, zbyt bezpośrednie. Wpadliśmy więc na pomysł, by "stars" zastąpić przez "strings", w nawiązaniu do strun gitary.
Na płycie są przeróbki kilku wielkich hitów, z repertuaru choćby wspominanej przez ciebie Katy Perry, Lady GaGa, 50 Centa, Britney Spears, Keshy. Czemu więc zdecydowaliście się wybrać na jeden z singli niezbyt jeszcze popularną piosenkę francuskiego didżeja Martina Solveiga, "Hello"? Skądinąd całkiem fajną.
Prawda, to fajna piosenka. Wcześniej nigdy nie braliśmy na warsztat utworu, który miałby tak krótki żywot. Mam wrażenie, że wielu ludzi nie za bardzo zdaje sobie sprawę z istnienia tego kawałka albo sądzą, iż to nasz autorski numer. Przyznam, że to też był dla nas eksperyment. Po raz pierwszy znaleźliśmy tę kompozycję buszując po YouTubie. Obejrzeliśmy wideoklip, który jest przezabawny. Martin gra z Davidem Guettą w tenisa na kortach Rolanda Garrosa. Oglądając go wpadła nam w ucho ta miła melodia śpiewana przez dziewczynę. Pomyśleliśmy wtedy, że niegłupie byłoby przerobienie jej po naszemu i nadaniu takiego beachboysowego sznytu. Spróbowaliśmy i stwierdziliśmy, że warto zaryzykować, nawet jeśli piosenka jest dość nowa i niekoniecznie powszechnie znana. Bardzo jestem ciekawy, jakie będą reakcję na nią na koncertach.
Wspomniałeś o wizycie w Kalifornii i kręceniu wideoklipów do "Candy Shop" i "Hello". Interesuje mnie, czy mieliście jakiś wpływ na scenariusze? Pytam zwłaszcza w kontekście końcówki drugiego z wymienionych, w której atrakcyjna pani kocha się z dmuchanym panem w kabriolecie zaparkowanym na Mullholland Drive, w tle mając światła nocnego Los Angeles.
[śmiech] Owszem, mieliśmy. Nie wszyscy o tym wiedzą, ale Digger uczył się produkcji telewizyjnej i wie, jak wymyślać podobne historyjki, jak je kręcić, montować, etc. Miał niemały wpływ na końcowy efekt tego teledysku, a scena finałowa to całkowicie jego dzieło. Jeśli się uważnie przyjrzysz to zauważysz, że dmuchany pan ma maskę z podobizną Diggera [śmiech]. Świetnie się bawiliśmy pracując w Ameryce. Generalnie, mamy bardzo dużo do powiedzenia przy wszystkich naszych wideoklipach. To dla nas niezwykle ważne. Kręcimy je niemalże sami. Rzecz jasna w Ameryce potrzebowaliśmy pomocy miejscowych specjalistów, bo nie jesteśmy stamtąd, a musieliśmy na przykład znaleźć dobre plany do kręcenia. Obrazek do "Hello" to było też w pewnym stopniu nasze spojrzenie z przymrużeniem oka na rzeczywistość znaną z amerykańskich seriali, choćby "Gotowe na wszystko".
Basti, mam wrażenie, że są dwie artystki, które mają dla was szczególne znaczenie, to wspomniana Katy Perry, idolka Diggera, a także Lady GaGa. Czemu Katy, wiadomo. Ale dlaczego The Baseballs przerobili już trzy piosenki Lady GaGa? Na "Strings 'n' Stripes" mamy "Paparazzi", poszerzona reedycja "Strike!" jest bogatsza o "Poker Face", a niedawno opublikowaliście na stronie cover "Born This Way". Macie fioła na jej punkcie, czy jak?
[śmiech] I tu cię zaskoczę, bo tak naprawdę żaden z nas jakoś specjalnie za nią nie przepada. Powodem naszego zainteresowania Lady GaGa jest tak naprawdę to, że w minionym roku wydała chyba z 20 singli, więc mieliśmy z czego wybierać. A kilka jej numerów było, co by nie powiedzieć, naprawdę więcej niż udanych.
Powiedz mi szczerze, co tak bardzo kręci was w latach 50., że staracie się naśladować wygląd, sposób ubierania się i promujecie rock and rolla w wersji właśnie z tamtych czasów?
Obraz lat 50., który każdy z nas ma w głowie, bierze się z oglądania filmów fabularnych i dokumentalnych. Bardzo nam się podoba ten taki romantyczny styl życia w tamtych czasach. Fajne samochody, ładnie wyglądające przedmieścia. No i rzecz jasna muzyka, która była wtedy jedyna w swoim rodzaju. Wszystko było wolniejsze, spokojniejsze, bardziej romantyczne. Na pierwszej randce z dziewczyną można było w ogóle jej nie dotknąć, nie pocałować, nie mówiąc o czymś więcej [śmiech]. Za rękę można było ją trzymać najwcześniej podczas drugiego spotkania, a wcześniej pewnie trzeba było się pokazać w jej domu i przyprowadzić ją do swojego [śmiech].
Nie uważasz, że dziś dość ciężko być romantykiem, gdy świat jest dość bezwzględny i trzeba walczyć, aby przetrwać? Zwłaszcza w show-biznesie?
Ale wydaje mi się, że właśnie z tego powodu ludzie tak chętnie słuchają tradycyjnego rock and rolla i przychodzą na nasze koncerty. To idealna ucieczka od codziennego życia, rozmaitych problemów. Sądzę, że fajnie jest mieć te dwie godziny z hakiem w tygodniu na spędzenie czasu z naszą muzyką, bo to jest coś z zupełnie innej bajki. Na naszym koncercie nie ma się ochoty myśleć o tym, że coś zostało do zrobienia w pracy albo że z czymś mamy przechlapane. My dajemy radość, zabawę. Nawet jeśli ktoś nie jest na koncercie The Baseballs, to jeśli włączy sobie naszą muzykę jest się w stanie znakomicie zrelaksować i kompletnie odciąć od świata.
Zadam ci teraz dwa abstrakcyjne pytania. Pierwsze - gdybyś wraz z chłopakami z zespołu mógł cofnąć się w czasie i zabrać ze sobą tylko jedną współczesną gwiazdę, kto by to był?
[śmiech] To akurat jest dość proste. Rzecz jasna byłaby to Katy Perry. Dla nas ona jest taką współczesną wersją pin-up girl z lat 50. Fajnie byłoby wybrać się z nią w podróż do tamtych czasów i może zaśpiewać wspólnie kilka piosenek [śmiech].
A gdybyście mogli wybrać jedną gwiazdę z lat 50. i zaproponować jej dołączenie do The Baseballs, kogo wybralibyście?
Z tym także nie mielibyśmy problemów [śmiech]. Wszyscy jesteśmy wielkimi fanami Elvisa Presleya, a największym chyba Sam. Wybralibyśmy więc Elvisa. Nie jestem pewny, czy on miałby ochotę być częścią naszego zespołu, ale dla nas byłoby wielkim zaszczytem, gdyby zgodził się, aby The Baseballs byli towarzyszącym mu zespołem, jak kiedyś The Jordanaires [śmiech].
Czy kiedykolwiek przeszło wam przez myśl, aby nagrać płytę z interpretacjami piosenek tylko jednego wykonawcy, czy nie braliście tego nigdy pod uwagę?
Powiem szczerze, że raczej nie myśleliśmy o czymś takim. To byłoby, według mnie, dość nudne. Natomiast z pewnością fajne byłoby, gdyby udało nam się nagrać taki krążek, na którym obok nas pojawiliby się również oryginalni wykonawcy. Na pewno byłoby sporo zabawy.
Bardzo ci dziękuję za rozmowę.
Wywiady
Romantyczni bejsboliści
Rozmowa z Bastim, wokalistą niemieckiej grupy The Baseballs.
Komentarze (0)