„Genesis vs Stiltskin” to nie tylko wspomnienie dwóch ważnych zespołów z muzycznej przeszłości Raya Wilsona, ale także tytuł nowego wydawnictwa. Czteropłytowy zestaw przynosi premierowy album „Unfilfillment” oraz efektowny koncertowy „Live In Poznan”, dokumentujący (także na płycie DVD) występ projektu Genesis Classic.

Album „Unfulfillment” nie jest tak ciężki jak „She”. Niektóre z utworów jak „First Day Of Change” czy „14th March 1962” równie dobrze mogłyby znaleźć się, na którejś z twoich stricte solowych płyt jak „Propaganda Man”, „The Next Best Thing” czy „Change”...

Tak nagrywam płyty Stiltskin pracuje z inni kompozytorami. Sam piszę tylko teksty i komponuję melodie. Tak więc to, jaka ta płyta będzie jest podyktowane tym, co zaprezentują mi Uwe i Peter (Metzler i Hoff – przyp. MK). Jeśli o mnie chodzi, nie chciałem nagrywać płyty metalowej. Jestem teraz w innym punkcie i to nie jest coś co chciałbym robić. Chciałem być bardziej... wyrafinowany. Nie wiem czy to jest dobre słowo, ale może po prostu dzisiaj słucham innej muzyki, niż słuchałem mając dwadzieścia lat, kiedy zaczynaliśmy ze Stiltskin. Wtedy kochałem młodego ducha w rock'n'rollu. Uwielbiałem takie zespoły jak Iron Maiden, Thin Lizzy czy zespoły grunge'owe jak Pearl Jam, Nirvana, Soundgarden i tego typu rzeczy. Ciągle lubię tę muzykę, ale nie słucham jej tak dużo.  

Mówisz, że lubisz Iron Maiden? To dlatego dziś w Stiltskin gra aż trzech gitarzystów?

To się sprawdza, bo dzięki temu nie muszę dużo grać na gitarze, co mi się podoba. Jak przygotowywałem koncerty Genesis Classic, przestałem grać na gitarze. Wcześniej, przez kilka lat, grałem na niej przez cały czas. To była więc miła odmiana. Poczułem się bardziej wolny jak na początku w Stitlskin czy w Genesis. To pozwoliło pokazać mi się od innej strony jako wykonawcy. Jak mówię, zaczęło się od Genesis Classic, ale postanowiłem, że także na koncertach Stiltskin nie będę za dużo grał na gitarze. Tak więc Steve (Wilson, brat Raya – przyp. MK) gra większość moich partii, a Ali i Uwe (Ferguson i Metzler – przyp. MK) grają partię solowe. W zespole rockowym bardzo ważne jest, aby mieć dobrych gitarzystów. Styl Uwe jest zupełnie innych od Aliego, ale sprawdza się to wspaniale. Dobra kombinacja.

Z kolei w projekcie Genesis Classic ważną role pełnią instrumenty smyczkowe. Były także obecne na poprzedniej płycie Stiltskin - „She” i sięgnąłeś także po nie nagrywając „Unfulfillment”.


W pewnym sensie, dzięki nim piosenki brzmią bardziej poważnie i dojrzale. Gdy zabierze się instrumenty smyczkowe, utwory brzmią bardziej surowo i zadziornie. Pewnie bardziej młodzieżowo jak rzeczy, które robiłem w czasach szkolnych. Od czasów „Calling All Stations”  zawsze używam brzmień instrumentów smyczkowych. Tym razem pracowałem z kompozytorem Philippem Thimmem, dwudziestopięciolatkiem z Berlina. Wszystko co ten gość zrobił, było zachwycające. Idealnie wyczuwał co chcę powiedzieć przez te utwory, wczuwał się w klimat. Philipp więc przygotował aranżacje, a zagrały między innymi Ala Chrząszcz i Basia Szelągiewicz , z którymi pracuje na co dzień.  

Album „Live In Poznan” jest zapisem ostatniego koncertu z trasy Genesis Classic, którą zagrałeś w zeszłym roku w całej Polsce. Widziałem Cię wtedy kilka dni przed poznańskim koncertem, w Warszawie w Sali Kongresowej. Pamiętam, że publiczność przyjęła ten występ niezwykle ciepło. Jak ty wspominasz tamtą trasę?

Muszę szczerze powiedzieć, że Sala Kongresowa nie jest moją ulubioną salą. Jest trochę zimna, co pewnie wynika z historii tego miejsca. Ale publiczność była wspaniała. Zawsze jest wspaniale grać w Warszawie. Mam bardzo miłe wspomnienia związane z tą trasą. Prawdopodobnie najlepszym koncertem z polskiej części trasy był ten w Bydgoszczy. Trudno jest znaleźć miejsce, w którym może stać się coś magicznego. Na pewno było tak w Bydgoszczy i właśnie w Poznaniu. Reakcja ludzi była magnetyzująca. Dlatego tę trasę zaliczam do bardzo udanych.

Oczywiście jestem pod dużym wrażeniem twoich wersji „No Son Of Mine”, „Carpet Crawlers” czy „Ripples” – moim zdaniem absolutnie magicznych momentów „Live In Poznan” . Jednak najbardziej cieszy mnie, że przy okazji projektu Genesis Classic miałeś okazję ponownie sięgnąć po więcej utworów z płyty „...Calling All Stations...” Jakim doświadczeniem było dla Ciebie ponowne wykonywanie tych piosenek po tylu latach?

Uważam że zabrzmiały świetnie. Wcześniej zagrałem je z Genesis podczas jednej trasy i to było tyle. Teraz nadarzyła się okazja by znowu je wykonać przed publicznością. Utwór „...Calling All Stations...” zawsze był jednym z moich ulubionych z tej płyty. Co innego „Congo”, nigdy go za bardzo nie lubiłem. Wykonywanie go na żywo jest przyjemne, sprawia mi dużo radości, ale nigdy nie przepadałem za tą piosenką na płycie. Jednak „...Calling All Stations...” zawsze lubiłem śpiewać. To jest bardzo trudny utwór, bardzo mocny i emocjonalny. Wspaniały.

Jak dziś wspominasz pracę nad płytą „...Calling All Stations...”? Jak sadzisz, co sprawiło, że powstał tak wyjątkowy album?

Nie wiem, może energia nowych ludzi? Kiedy pracujesz z kimś przez długi czas, czujesz się wygodnie i bezpiecznie. A gdy wprowadzasz kogoś nowego, wszystko się zmienia. Nic nie jest przewidywane i komfortowe. Czujesz się niepewnie, pojawia się tysiące pytań. Ukazuje się płyta, a ty ciągle nie wiesz czy podjąłeś właściwą decyzję. Może z tego powodu pojawił się rodzaj magii. Bo nic nie było pewne, bezpieczne.

Ta niepewność nie sprawiała, że czuliście się pod presją nagrywając ten album?


Tak naprawdę to nie. Byłem zbyt pewny siebie i arogancki. Nigdy nie czułem żadnej presji, raczej miałem poczucie, że zdobyłem świat i mogę wszystko. Myślę, że Mike i Tony (Rutherford i Banks – przyp. MK) czuli presję, bo oni mieli coś do stracenia, a  ja nie. Oni mieli za sobą wielki sukces, byli najbardziej znanymi i utalentowanymi muzykami na świecie. Peter Gabriel i Phil Collins byli byłymi członkami zespołu. Teraz, musieli odnaleźć się bez Phila czy Petera, z kimś zupełnie nowym. To na pewno było trudne. Trasa była czymś trudniejszym. To były bardzo długie koncerty, podczas których musiałem posługiwać się trzema różnymi sposobami śpiewania. Pamiętam, jak odliczałem dni, do końca trasy i ulgę, jak wszystko się skończyło. „W końcu! Znowu będę mógł spać” – myślałem. Oczywiście te koncerty sprawiały mi wiele radości, ale czułem też dużą presję.

Rozmawiał Michał Kirmuć