„Obrońcy skarbów” Roberta M. Edsela to opowieść o nieznanych losach zawodowych pasjonatów sztuki wcielonych podczas II wojny światowej do Sekcji Zabytków, Dzieł Sztuki i Archiwów (MFAA). Skromni historycy sztuki, kustosze oraz dyrektorzy muzeów z dnia na dzień stali się tajnymi agentami działającymi na wszystkich frontach wojennych.

Bohaterami książki są amerykańscy i brytyjscy muzealnicy, historycy sztuki, konserwatorzy, których zadaniem było ratować zagrabione dzieła sztuki, zapobiegać dewastacji kościołów, muzeów i galerii. Jak to się stało, że alianci powołali Sekcję Zabytków, Dzieł Sztuki i Archiwów (MFAA)?

Ideę powołania “żołnierzy – obrońców zabytków” zawdzięczamy Georgowi Stoutowi, Konserwatorowi  Harvard’s Fogg Museum. Nawiązał korespondencję ze swoimi kolegami po fachu z innych muzeów europejskich i już w latach 30. miał dużą wiedzę na temat trudności, jakie napotykali pod rządami nazistów. Jeszcze przed inwazją na Pearl Harbor zdawał sobie sprawę, że będzie ogromne zapotrzebowanie na żołnierzy alianckich, którzy byliby ekspertami w dziedzinie sztuki i architektury i mogli podjąć się ich ochrony w trakcie walk. Pozyskał poparcie dla tej idei u prezydenta Roosevelta. Sam Stout zgłosił się na ochotnika do armii i służył swoją wiedzą, kiedy w czasie walk trzeba była ratować zabytki. Jego wkład jest nieoceniony.

Co sprawiło Panu największy kłopot w pracy nad książką?

W teatrze wojny brało udział prawie 350 żołnierzy, kobiet i mężczyzn, który byli zaangażowani w ochronę zabytków w latach 1943-51. Ich losy to ogromny materiał! Największą trudnością było zawężenie moich poszukiwać  i wyłonienie grupy bohaterów, który losy by się spotykały, a jednocześnie były reprezentatywne dla całej grupy. Musiałem dotrzeć do ich prywatnej korespondencji z czasów wojny, bo chciałem opowiedzieć tę historię ich słowami i z ich perspektywy. Wymagało to benedyktyńskiej pracy śledczej, prześledzenia archiwów w różnych językach, w wielu krajach. To było czasochłonne i drogie przedsięwzięcie, ale jednocześnie czułem się zaszczycony, móc się mu poświęcić. 

Zdumiewające, że przed pańską publikacją o udziale skromnych muzealników, którzy z dnia na dzień stali się agentami wywiadu, w operacjach podczas wojny, wiedzieli tylko nieliczni.

Myślę, że ich historię pochłonęła zawierucha wojenna. Podobnie jak wielu innych weteranów, żołnierze – obrońcy zabytków wracali do domów i niewiele opowiadali o swoim doświadczeniu wojennym. Poza tym świat pochłonęła nowa wojna – zimna wojna – i nikt już nie miał ochoty wysłuchiwać historii nt. drugiej wojny światowej. Jeśli już ktoś pochylił się nad kwestią ochrony dóbr kultury w czasie wojny, to były to suche analizy akademickie, często napisane w sposób nieprzystępny dla takiego przeciętnego czytelnika jak ja. Próbowałem opowiedzieć losy tych bohaterów własnymi słowami, jako osoba bez wykształcenia w zakresie historii sztuki lub sztuki wojennej, raczej jako miłośnik niezwykłych historii. Dlatego chciałem dotrzeć do ich listów, poznać ich doświadczenia, uczucia, myśli. To są najważniejsze komponenty każdej narracji i to, co najbardziej interesuje czytelników każdej historii na całym świecie. 

A która akcja MFAA jest pana zdaniem najbardziej spektakularna?

Myślę, że najbardziej niesamowitą historią było odkrycie kopalni soli w Altussee w Austrii. Zacznijmy od tego, że obrońcy zabytków zidentyfikowali miejsce ukrywania zabytkowych zbiorów w najbardziej nieoczekiwanych i humorystycznych okolicznościach. W kopalni ukryto tysiące płócien Vermeera, Jan van Eycka, Rembrandta; rzeźby Michała Anioła i wielu innych wybitnych artystów. Kopalnia kryjąca te wszystkie skarby o włos uniknęła wysadzenia przez nazistowskich fanatyków! Żaden pisarz nie wymyśliłby tej historii, trzeba ją przeczytać, żeby w nią uwierzyć. 

Biorąc pod uwagę sensacyjne intrygi, w których uczestniczyli bohaterowie pańskiej książki, trudno się dziwić, że sięgnęło po nią Hollywood. Czy film George Clooneya „The Monuments Men”, który w lutym wejdzie na ekrany kin, będzie wierną adaptacją literackiego pierwowzoru?

Fundamenty historii opisanej przeze mnie zostały zachowane. Najważniejsze, że szeroka opinia publiczna pozna wreszcie historię wielkich osiągnięć żołnierze, którzy ratowali zabytki. Dokonano oczywiście skrótów umożliwiających opowiedzenie tej historii w dwugodzinnym filmie, głównie dotyczących chronologii wydarzeń i miejsc, w których bohaterowie uczestniczyli w akcjach. Niektóre miejsca zostały zmienione, a fabuła zagęszczona. Zmieniono też imiona bohaterów, ponieważ George Clooney chciał pokazać też ich wady, bez uchybiania honorowi prawdziwych postaci.

Szacuje się, że w prywatnych rękach znajduje się od kilkuset do miliona zrabowanych przez nazistów dzieł sztuki. Myśli pan, że hollywoodzka produkcja może obudzić lawinę – poruszyć sumienia posiadaczy splamionych krwią obrazów i rzeźb?

W istocie wierzę, że dzięki rozgłosowi filmu i całej historii uda się odnaleźć i zwrócić pierwotnym właścicielom znacznie więcej dzieł sztuki. Posiadacze zabytkowych przedmiotów, które w ich ocenie mogą pochodzić z kradzieży z czasów wojny i którzy chcieliby je zwrócić, mogą zgłosić się do Monuments Men Foundation z prośbą o bezpłatną pomoc. Naszym celem jako organizacji jest dokończenie misji obrońców zabytków.

A wierzy pan, że jeden z najsłynniejszych zaginionych zabytków, Bursztynowa Komnata, jeszcze istnieje?

Jestem przekonany, że jej fragmenty ocalały, tak jak niewielki panel ścienny odkryty w Bremie w 1997 roku. Wątpię natomiast, by całe ściany nadal były gdzieś ukryte. Sądzę, że niestety uległy zniszczeniu w trakcie zaciekłych walk w Kaliningradzie (wcześniej Królewiec).