Historia Closterkeller powinna służyć za elementarz dla młodych, startujących dopiero kapel. Żadnego nachalnego lansowania, skandali, pozerstwa czy robienia głupich min. Za to konsekwentne budowanie swojej tożsamości, tworzenie specyficznego świata, w którym odnajdują się tysiące fanów i nagrywanie płyt, które równocześnie zachowują najważniejsze elementy stylu Closterkeller, ale za każdym razem wnoszą też coś nowego. Tak się zdobywa pozycję na rynku i wiernych fanów! I to jest metoda na długowieczność na kapryśnej, rockowej scenie. Najnowszy album zespołu „Bordeaux”, miał być nagrywany „na setkę”. Dlaczego tak się nie stało i czy to dobrze w ostatecznym efekcie opowiadają Anja Orthodox i Mariusz Kumala.
Jak to było z tym nagrywaniem? Miało być na setkę i jednak nie jest…
Anja: Dla nas to miało być coś zupełnie nowego. Dawnej nagrywaliśmy w dość tradycyjny sposób, po kolei perkusja, bas, gitary i tak dalej. Tym razem stwierdziliśmy, że mamy na tyle mocny skład i dobrych muzyków, że najważniejsze rzeczy, wszystkie podkłady możemy nagrać „live”. Wszystko było umówione i prawie dopięte kiedy nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji i ze składu ewakuował się perkusista. Zastępstwo znaleźliśmy bardzo szybko, do zespołu wrócił Gerard Klawe, znany wszystkim fanom nie od dziś. Wspaniały muzyk, naprawdę genialny perkusista. Jednak czasu na przygotowanie się do sesji było za mało, terminy się trochę rozjechały i musieliśmy zmienić plany.
Czyli jednak wygrała tradycyjna metoda?
Anja: W końcu tak. Muzyka została nagrana w studiu New Project, a moje wokale w Izabelinie. Wszystkie miksy zrobiliśmy z Jackiem Miłaszewskim z Wrocławia, wysyłając sobie pliki internetem.
A na etapie komponowania, staraliście się pisać tak, żeby nagrywanie na setkę było w ogóle możliwe? Żeby piosenki były bardziej surowe, ascetyczne aranżacyjnie?
Mariusz: To była kwestia pewnej energii. Trochę się zasłuchałem w takie prościej grające kapele i też chciałem pociągnąć materiał w tę stronę. Sporo rzeczy przeszło w tej właśnie formie i dopiero później, kiedy okazało się, że nie nagrywamy „live” pomyślałem sobie, że nie ma się co ograniczać i dodałem sporo elementów. Inna sprawa, że niektóre piosenki od samego początku były wymyślone tak, że w żaden sposób nie dałoby się ich nagrać na setkę. Więc ostatecznie zrezygnowaliśmy z „setki” ale i tak wszystko wyszło na dobre…
A proces zbierania pomysłów był długi tym razem?
Anja: Pierwszy numer powstał już jakieś trzy miesiące po premierze płyty „Aurum”. Później było różnie, nasz były już perkusista dojeżdżał na próby z innego miasta, co przy bardzo intensywnym życiu koncertowym stawało się dla niego poważnym problemem. Kiedy zaczęło go brakować na próbach, Mariusz z Krzyśkiem zaczęli kombinować sami i z moim synem, który gra na perkusji. Jamowali razem, nagrywali, przynosili mi do domu, a ja dalej przy nich dłubałam. Druga grupa kompozycji to numery, które przynosi nasz klawiszowiec, łatwo je poznać bo zawsze są bardzo rozbudowane (śmiech).
Mariusz: W sumie cały materiał powstał jako jedna całość. Po zamknięciu poprzedniego okresu, zaczęliśmy pisać razem i w ciągu trzech miesięcy powstał szkic całego albumu. Michał, czyli wspomniany klawiszowiec swoje rzeczy też napisał w tym okresie, więc możemy powiedzieć, że całość powstała niemal równocześnie i jest dzięki temu dość spójna.
To dobrze, że tak wyszło, szczególnie biorąc pod uwagę, że to wasz pierwszy concept album?
Anja: Na początku broniłam się przed tym pomysłem, trochę się bałam takiego wyzwania. Mariusz zawsze chciał, potem jeszcze ktoś to zasugerował i w końcu pomyślałam, czemu nie? Nikomu nic nie mówiłam, ale po cichu, w domu zaczęłam kombinować. Sytuacja sprzyjała wymyślaniu historii, bo pierwszy raz miałam do dyspozycji cały materiał. To bardzo sprzyjało tworzeniu kolejnych tekstów. Wszystko powstawało według pewnego planu, założyłam sobie kilka kluczowych wydarzeń do koła których budowałam całą opowieść. Chwilami miałam wrażenie jakby coś spoza mnie kierowało całym procesem. Niektóre idee, sugestie, pomysły pojawiały się za sprawą jakiejś tajemnej siły, to płynęło z bardzo głębokiej podświadomości.
Chcesz odsłonić kilka szczegółów tej historii?
Anja: To jest opowieść o wielkiej miłości dwojga wyjątkowych ludzi. Bardzo dokładnie wymyśliłam i „namalowałam” ich charaktery. Oboje są niezwykli i bardzo wrażliwi, oboje mają za sobą trudne chwile. Dlatego album zaczyna się w momencie, kiedy w ich życiu coś się kończy i stają w obliczu przyszłości, która jest jak biała kartka. Ciekawe jest to, że teksty są podzielone „na role”, niektóre śpiewa ona, a niektóre on…
On?
Anja: Oczywiście ja śpiewam także jego partie. Panów z zespołu nie da się zagonić do śpiewania (śmiech). Pierwszy raz tak mi się złożyło, że w jednym tekście śpiewam „przyparty do muru tak stoję”. No trudno, nie było innego wyjścia, ja jestem wokalistką i muszę wszystko brać na siebie. Wracając do tekstów, to historia jest bardzo przejmująca, w czasie nagrań były chwile, kiedy trudno mi było powstrzymać łzy. Myślę, że naszym fanom na pewno się spodoba.
Macie ten komfort, że gracie dla ludzi, którzy wciąż słuchają płyt…
Anja: To prawda, publiczność mamy wyjątkową i to dla nas wielkie szczęście. Wiemy, że fani Closterkeller bardzo głęboko wnikają w naszą twórczość i że to wszystko ma dla nich sens i znaczenie. Dlatego nie boję się o odbiór tej płyty. Na pewno trafi na podatny grunt.
Po dwudziestu latach na scenie to chyba już można mieć taki spokój?
Anja: Fakt, że mamy mnóstwo oddanych i wiernych od samego początku słuchaczy, ale też nowych wciąż nam przybywa. Na koncerty przychodzą i ludzie po czterdziestce i dwudziestolatki i czternastolatki (śmiech). Publiczności nam stale przybywa i to bardzo cieszy.
Podobno okładka pierwszy raz spotkała się z aprobatą całego zespołu?
Anja: Okładkę zaprojektował nasz przyjaciel i etatowy grafik Albert „Ed” Bonarski. Kiedy pokazał mi projekt, od razu wiedziałam, że jest O.K., ale musiałam wysłać do tych, co najbardziej marudzą, do Mariusza i Krzyśka. Musisz wiedzieć, że byłam w dużym szoku kiedy obydwaj stwierdzili, że im się podoba. Tak po prostu, od pierwszego spojrzenia (śmiech).
Trasa już zaplanowana?
Anja: Oczywiście! I to bardzo konkretna, w sumie trzydzieści trzy koncerty. Zaczynamy w ostatni weekend września, już po premierze płyty i zagramy według sprawdzonego schematu z zeszłego roku, to znaczy grać będziemy w weekendy, czyli piątek, sobota, niedziela i potem przerwa na regenerację. To bardzo pomaga utrzymać formę i dobry stan umysłu, na końcu trasy jesteśmy tacy sami jak na początku, a to pozwala grać dobre koncerty.
Rozmawiał
Piotr Miecznikowski
Wywiady
Publiczność mamy wyjątkową
Historia Closterkeller powinna służyć za elementarz dla młodych, startujących dopiero kapel. Żadnego nachalnego lansowania, skandali, pozerstwa czy robienia głupich min.
Komentarze (0)