Z okazji premiery książki „Rotmistrz” opowiadającej o losach Jerzego Sosnowskiego rozmawiamy z jej autorem - Marianem Zacharskim.

Skąd pomysł, żeby napisać książkę o przedwojennym asie polskiego wywiadu? Czy tylko powinowactwo losów i biografii, czy coś więcej?

Powinowactwo losów to jedno, ale przede wszystkim moje zainteresowania – od zawsze niezwykle zajmowała mnie historia polskiej „dwójki” przed wojną.

To zainteresowanie wyniesione z pracy w wywiadzie powojennym?



I z pracy w wywiadzie, ale i z zainteresowania wpływem służb wywiadowczych na bieg historii.

Kiedy pierwszy raz zetknął się pan z postacią Jerzego Sosnowskiego?

Czytałem o rotmistrzu, a potem majorze Sosnowskim już mając osiemnaście lat. To zafascynowało mnie do tego stopnia, że postanowilem, w miarę możliwości, zgłębiać ten temat. Szło mi raz lepiej raz gorzej, ale systematycznie gromadziłem nowe materiały.

Skąd pochodziły te pierwsze wiadomości? Chyba nie były to oficjalne wydawnictwa?

Pierwszą książką o rotmistrzu była „Rittmesister Sosnowski” napisana przez Michaela von Soltikowa i opublikowana w 1954 roku.

Właśnie, jakie materiały legły u podstaw opracowania „Rotmistrza”? Czy trudno dotrzeć do tych materiałów?

Rożnie z tym bywało. Ucieszyłem się bardzo uzyskując akces do archiwów niemieckich. Kolekcje dokumentów polskich posiadałem już wcześniej.

Jak pan, sam oficer polskiego wywiadu, ocenia przedwojenny polski wywiad i kontrwywiad w tym działalność siatki Sosnowskiego?

Generalnie wywiad był dobry. Proszę jednak pamiętać, że jak w każdej organizacji był procent ludzi wybitnych (na szczęście procent ten był wysoki), ale było też miejsce dla ludzi bardzo przeciętnych, a niekiedy i podłych. Bardzo wysoko oceniam wywiad, ogólnie rzecz ujmując, nasłuchu radiowego i działalności łamania szyfrów. Taki obecny Sigint. Tutaj zasługi wywiadu były nie kwestionowanie wybitne. Na potwierdzenie tego można wspomnieć o osiągnięciach w trakcie wojny polsko-sowieckiej w latach 1919-1920, no i oczywiście o sztandarowym sukcesie w postaci złamania kodu maszynowego Enigma. Wracając do rotmistrza, to siatka Sosnowskiego przez wiele lat działała bardzo dobrze. Dostarczała niezwykłej jakości ściśle tajnych dokumentów. Wiele z nich miało charakter strategiczny i przeznaczone były do użytku także we współdziałaniu z aliantami, choć z tym było rożnie. Niestety, nad misją zawisło fatum w postaci małości niektórych oficerów centrali, negatywnie zaczął działać także zbyt długi pobyt Sosnowskiego w Berlinie. Błędy popełniono po obu stronach. Natomiast los, jaki mu zgotowano po powrocie do kraju jest godny największego potępienia. Jest przejawem ludzkiej, tak typowej w Polsce, bezinteresownej zawiści. Sądzę, iż dobitnie pokazuję w swojej książce to, że od powrotu rotmistrza do kraju, rozkręcono wokół niego spiralę działań, która nie miała nic wspólnego ani z prawem, ani z  prawdą. Tak jakby przedwojenne państwo prawa nagle zniknęło. Nie mówiąc o zachowaniach tak nieodpowiedzialnych, jak działania pracowników „dwójki” w obliczu klęski we wrześniu 1939 roku, kiedy to pozostawiono znaczną cześć archiwów Oddziału II w fortach Legionów. Specjalna ekipa poszukiwawcza Abwehry, kierowana przez kapitana Bulanga, szybko znalazła ten skarb. W efekcie, ponad stu agentów Oddziału II pracujących na kierunku niemieckim, zostało skazanych przez sądy niemieckie na śmierć. A w tym i Günther Rudloff, ważne ogniwo siatki Sosnowskiego, posadowione w Abwehrze. Odpowiadał za kierunek polski w Abwehrstelle Berlin.

Podobno większość roboty wywiadowczej załatwia się trzema głównymi czynnikami – używkami, seksem i romansami oraz pieniędzmi? W tym kontekście zarzuty stawiane Sosnowskiemu w procesie o zdradę i defraudację wydają się być nieco niezrozumiałe…

Zarzuty były, według mojej oceny, czystą podłością nie popartą faktami. Nie mówiąc o tym, że łamano  obowiązujące prawo.

Według znanych źródeł całkowicie pewny trop po Sosnowskim urywa się we wrześniu 1939. Która z koncepcji późniejszych losów Sosnowskiego wydaje się panu prawdopodobna?


Opisałem to dokładnie w książce. Polska żandarmeria usiłowała zastrzelić majora, ale tylko go zranili. Zginął zamęczony przez Sowietów w wiezieniu w Saratowie.

Jak pan wytłumaczy fakt, że skoro było tak dobrze, to skończyło się tak źle? Ostatecznie znakomicie zorganizowany wywiad zapracował bardziej na zwycięstwo aliantów niż na sukces Polski tak w 1939 roku jak i w kolejnych latach.

W swojej książce piszę, że było po prostu dobrze, a w sprawie pracy Sosnowskiego w Berlinie było przez długi czas bardzo dobrze. Niestety, na końcu zadziałał, jak to często bywa, czynnik ludzki. W sumie także niewiele zrobiono ze wspaniałymi materiałami, które słał major. W tej kwestii można winić polityków i ich bezradność. W najważniejszym momencie dziejów Polski międzywojennej zabrakło marszałka Piłsudskiego. A to, że polscy politycy lubią przytulić się do jakiegoś „wielkiego braciszka” pokazują i dzieje powojenne. Jedyne co nieco usprawiedliwia niektóre zachowania to oczywiście położenie geograficzne. A z tym niewiele da się zrobić.

Moje pytanie zmierza do tego, czy Pana zdaniem w ogóle dało się coś zrobić, dysponując wiedzą jakiej m.in. dostarczył polskiemu sztabowi generalnemu Sosnowski?


Wydaje się z perspektywy czasu, że dobrym rozwiązaniem mogła być wojna prewencyjna. W tym jednak przypadku rozważając tego typu opcje, polskie władze szybko przekonały się na czym polega sojusz z Francją.

Czy pana zdaniem w dzisiejszych czasach – Internetu, satelitów szpiegowskich, wikileaks istnieje jeszcze miejsce dla takich bohaterów jak Sosnowski i stylu w jakim prowadził swoje działania?


Zawsze. Źródło ludzkie dostarcza nie tylko dokumenty, ale oddaje także wewnętrzną atmosferę, styl i kierunki myślenia przeciwnika.

Rozmawiał Radosław Wiśniewski