Solowa płyta to spore wyzwanie, kiedy jest się głosem jednego z najpopularniejszych zespołów w kraju. Bez względu na to jak brzmi i do kogo jest skierowana z pewnością każdy będzie chciał sprawdzić o co chodzi i wydać opinię czy Roguc dobrze zrobił nagrywając bez Comy. Na szczęście „Loki – Wizja Dźwięku” jest albumem na tyle niezwykłym, że trudno będzie nawet po jednorazowym wysłuchaniu nie wracać do niego po nowe wrażenia. O szczegółach opowiada Piotr Rogucki.

Kiedy powstał pomysł nagrania płyty solowej?

Z zamiarem wydania solo albumu nosiłem się od dawna, praktycznie od początku swojej scenicznej działalności, a jak niektórzy wiedzą po raz pierwszy na scenie pojawiłem się solo i pojawiałem się systematycznie do chwili kiedy Coma nie zaprosiła mnie do zabawy. Niestety przez szereg lat nie było okazji do stworzenia podobnego wydawnictwa, najpierw bo muzyka, którą grałem nie cieszyła się popularnością, a potem bo zbyt pochłonęła mnie praca w Comie, ale teraz udało się zaprogramować życie tak by uwieńczyć marzenia konkretnym dziełem.

Co takiego na solowej płycie mogłeś zrobić, czego nie zrobiłbyś z Comą?

Na solowej płycie można usłyszeć moje piosenki, w Comie nad kompozycjami pracujemy wspólnie, a utwory są wypadkową, która musi satysfakcjonować każdego z nas. Pracując nad „Lokim” po prostu brałem gitarę by tworzyć bez konsultacji to, co podyktowało natchnienie, nie zabiegałem o kompromisy nie musiałem się dostosowywać, odpowiedzialność biorę na siebie.

Kim jest Loki?

Loki to kreacja powstała na podstawie doświadczeń z „Baalem” Bertolda Brechta, mój własny, szalony bóg w ludzkiej skórze, którego imię zostało zaczerpnięte z mitologii nordyckiej.

Właściwie o czym jest ten film?

O przekraczaniu granic, o walce z demonami, o żądzach i tułaczce, o popełnianiu nieodwracalnych błędów i umiejętności ponoszenia konsekwencji.

Do jakiego istniejącego filmu chciałbyś napisać muzykę? Zrobić taki dźwiękowy re-make…

Nie myślałem o tym, istniejące dzieła to tematy zamknięte. Wolę wymyślać nowe scenariusze.

W informacji prasowej wytwórnia ostrzega że to płyta „ryzykowna”. Na czym polega to ryzyko?

Ryzyko polega na odejściu od stylu zespołu Coma, z którym jest kojarzona moja osoba, fani którzy spodziewają się powtórki Comy w innej odsłonie mogą poczuć się rozczarowani. Niektórzy boją się zmian, ja nie.

Inspiracje muzyczne… Bardziej Dead Weather? Czy Led Zeppelin?

Jeśli myślisz o brzmieniu, to powinieneś zadać pytanie Marianowi Wróblewskiemu, który jest ostatecznym twórcą aranżacji tym samym i brzmienia, ale myślę że nie obraził by się gdyby podkreślić nazwę Dead Weather, jednak album jest na tyle zróżnicowany, że każdy kto go wysłucha na pewno znajdzie więcej odniesień, być może nawet takie, które nie miały żadnego wpływu na kształt „Lokiego”, to się zdarza.

Trochę „zaplecza”… jak wyglądała sesja? Jak nagrywaliście? Gdzie? Z kim? Jak długo?

Wszystkie szczegółowe dane, jak to zwykle bywa, zawarte są w książeczce na stronie informacyjnej, więc nie będę rozmieniał się na drobne, jedyne co może być interesujące w tym temacie to fakt, że Marian grał prawie na wszystkich instrumentach, które można usłyszeć na płycie, tylko w czterech utworach zaprosił do współpracy swoich wspaniałych kolegów, poza tym sesja wyglądała zupełnie tradycyjnie, staraliśmy się nie przeszkadzać sobie w robocie, dałem Marianowi wolną rękę przy nagrywaniu instrumentów, potem ewentualnie zgłaszałem propozycje korekty, sesja wokali to byłem tylko ja i najbardziej zaufany człowiek z jakim współpracuję od dawna, a jest nim Tomasz Zed Zalewski, który jest również autorem miksu i masteringu całego materiału, gdyby nie Zed było by bardzo ciężko wydać ten album.

Kto gra na płycie i czy Ci sami muzycy będą grać na koncertach?

Tak jak wspomniałem większość materiału nagrał zdolny jak cholera Marian Wróblewski, w pozostałych utworach zagrali: Kuba Galiński - klawisze, Wojtek Traczyk - bas, Marcin Ułanowski - perkusja, tamburyn, generalnie ekipa dobrych znajomych i świetnych muzyków z dużym doświadczeniem. Jednak, że na planowanych koncertach choćby nie wiem jak się Marian wytężał to nie da rady zagrać jednocześnie na perkusji, gitarze i puzonie, więc wymieniony skład będzie się starał wyręczyć go godnie. Pod koniec marca zaczynamy wspólne próby przygotowujące do trasy.

Nie boisz się, że ludzie słysząc w radio twoje piosenki i tak pomyślą, że to Coma?

Przeciwnie, raczej nastawiam się na zarzuty typu: jaka szkoda, że to jednak nie Coma.

Krytycy wieszczą koniec muzyki gitarowej. Rocka mówiąc ogólnie. Nie boisz się, że tym razem to może być prawda? Że za chwilę wszyscy będziemy „vinatge”?

Nie przejmuję się wieszczymi wizjami krytyków, muszą w końcu o czymś pisać, pewnie gdy nie ma o czym pisać, zaczynają wróżyć z fusów. Ja jestem od robienia muzyki i od pisania tekstów, dopóki są pomysły dopóty warto pracować, a jeszcze gdy znajdą się chętni by tego słuchać to w ogóle czad, reszta nie należy do mnie.

Na twoje koncerty przyjdą fani Comy, czy spodziewasz się także kogoś innego?

Nie wiem, na pewno fani Comy będą ciekawi co ten Rogucki wykombinował, a ponieważ ludzie, którzy słuchają naszego zespołu to zazwyczaj otwarte umysły, sądzę że nie będą się blokować na nowy przekaz i część z nich na pewno polubi „Lokiego”, znajdzie się jednak grupa ludzi, którzy będą narzekać i psy wieszać, nie dogodzisz wszystkim. Potencjał solówki sięga jednak dalej niż gusta fanów Comy, ale dokąd? To się jeszcze okaże, bardzo jestem ciekaw, kto się tutaj przypałęta? Jedno jest pewne, nie wciskam ludziom bubla, by podnieść dochody, albo się podlansować, wydaję „Lokiego” z pasją i radością, to płyta, za którą biorę sto procent odpowiedzialności, bo ją po prostu uwielbiam.

Myślisz o nagraniu angielskojęzycznej wersji tej płyty?

Nie wiem, był taki plan, ale na razie w zagranicę bawimy się z Coma, jeśli się okaże, że będzie możliwość to nie zawaham się z niej skorzystać i z chęcią nagram wokale na „Loki – Vision of the sound”. Brzmi nieźle co?

Będą kolejne solowe płyty Piotra Roguckiego?

Tak. Mam już kolejne pomysły.

 

Rozmawiał: Piotr Miecznikowski
Fot. Albert Fabijańczyk