„DaDaDam”, nowy album zespołu Perfect, to rzecz naprawdę przełomowa. Po ponad trzydziestu latach współpracy, panowie nagrali pierwszą płytę bez tekstów Bogdana Olewicza. Fani nie muszą się jednak niepokoić, udało się wybrnąć i to ze znakomitym efektem. Jak całość powstawała, jaki był powód takiego obrotu rzeczy i kto napisał teksty, opowiada Grzegorz Markowski.

 

Dość wyraźnie słychać, że to nie Bogdan napisał teksty na waszą nową płytę. Co się stało, że to nie on tym razem i kto go zastąpił?

To bardzo ważne, historyczne niemal wydarzenie dla nas. Pracowaliśmy razem trzydzieści cztery lata, jestem zakłopotany jak o tym mówię. Bogdan zawsze był w centrum wydarzeń, miał sugestie odnośnie kompozycji, siedział z nami na próbach w garażu i robiliśmy wszystko razem. Na setkę, w czasie grania powstawały pomysły, riffy, całe piosenki. Tym razem było podobnie i Darek Kozakiewicz przesiedział z Bogdanem niezliczoną ilość godzin. I w pewnym momencie, kiedy wszystko już było prawie dopięte, okazało się, że jemu się ten materiał najwyraźniej nie podoba. Nie leżały mu te kompozycje.

Zawsze pisał teksty do gotowych piosenek?

Tak, od samego początku. Przez ten cały czas pisał takie teksty, że rzadko nawet trzeba było je poprawić. Tyle, że tym razem jakoś mu nie szło, goniły nas terminy, zabukowane studio, wydawca, a on napisał tylko kilka początków i de facto nic nie miał. Nie było innego wyjścia, musieliśmy podać sobie po męsku ręce i szukać innego rozwiązania.

I gdzie szukaliście?

Wśród ludzi mniej lub bardziej z naszego pokolenia. Odezwaliśmy się bezpośrednio, po koleżeńsku, do Wojtka Waglewskiego, Jacka Cygana, Roberta Gawlińskiego, Andrzeja Mogielnickiego i Bogdana Loebla. I okazało się, że wszystko się zgadza, byłem wręcz zachwycony, bo walka była pod bramką. Wszyscy napisali te teksty bardzo szybko, a Wagiel przeszedł sam siebie, bo napisał jeden ekstra w kilka godzin. Kasia Nosowska, która też zgodziła się napisać, ostatecznie się nie wyrobiła czasowo i zdesperowany zadzwoniłem do Wojtka. Telefon odebrał koło siedemnastej, a tekst przysłał o dwudziestej drugiej (śmiech).

Dostali jakieś sugestie odnośnie tematyki tych tekstów? Kiedy słucha się całej płyty, to wszystko brzmi bardzo spójnie, jakby pisana jedną ręką…

Nie. I tak pracowali pod presją czasową, więc jeszcze dodatkowe zawężania im pola do poszukiwań było raczej kłopotliwe i niezręczne z naszej strony. To wszyscy mają podobne skojarzenia, wynika z faktu, że wszyscy są już, może poza Gawlińskim, w takim wieku, kiedy ma się naturalną skłonność do rozliczeń i delikatnej nostalgii (śmiech). Inna sprawa, że udało nam się odejść od publicystki, którą Bogdan coraz mocniej przemycał do naszej twórczości. Tym razem zostaliśmy przy nieco bliższych, bardziej osobistych emocjach.

A co w takim razie z muzyką? O ile teksty brzmią dość spójnie to w warstwie kompozycji spektrum jest dość szerokie. Od ballad po heavy metal.

To Kozakiewicz! On lubi przyłoić. Z pozoru jest taki kruchy i łagodny, ale w muzyce nie toleruje kompromisów. To go różni od Sygitowicza, który miał zawsze sześć wersji jednej kompozycji i cenił sobie lekkość i zwiewność, aranżował na fortepian, skrzypce itd. Darek jest inny, klasyczny facet, z ciężkim graniem, z takim specyficznym bólem w solówkach i riffach. To jest w muzyce rockowej esencja.

A co z kompozycją „Strażak”? Trochę od rocka odstaje.

Na początku miałem spore wątpliwości, czy nie idziemy o krok za daleko tym numerem (śmiech).  Obawiałem się, czy nie nazbyt nisko się kłaniamy dzisiejszym trendom i gustom. Czy nie wygląda to jakbyśmy się chcieli ścigać z modnymi, młodymi zespołami. Dla nas to dość ważna sprawa, żeby nie popaść w śmieszność, nie stać się karykaturą samych siebie. Ale na koniec albumu, „Strażak” chyba dobrze rozładowuje tę wcześniejszą powagę.

Chyba do śmieszności wam jednak daleko…

Może właśnie dlatego, że wciąż jesteśmy skupieni i dbamy o wszystko. Dla mnie to jest poważna sprawa, żeby na koncertach dawać z siebie wszystko, do spodu. Dlatego chodzę na siłownię, chociaż ci młodzi pakerzy się ze mnie śmieją, ale wyciskam tyle z siebie ile tylko się da (śmiech). Dzięki temu potem mogę się tak sczochrać na scenie. A to musi być właśnie tak, musi być sto procent energii.

Na nowej płycie jest, skoro już o tym mówimy, kilka koncertowych pewniaków.

Zawsze patrzę na płytę jak na taki mały koncert. Całość musi być skomponowana i nagrana tak, żeby można było to na scenie odtworzyć jeden do jednego. Kiedyś bardzo tego pilnował Zbyszek Hołdys. To musiała być żywa, energetyczna muzyka. Przy większości naszych piosenek można tańczyć, nawet przy tych spokojnych. Gdyby przyszło kiedyś zagrać na góralskim weselu, to nie zabiliby nas ciupagami (śmiech). Wiesz my się poruszamy w świecie rocka,  w którym wciąż obowiązuje taka zasada, że najlepsza piosenka to jest jeden akord, jak są dwa to jest skomplikowana, a jak trzy to już jazz (śmiech).

Graliście już nowe numery na koncertach?

Tak, ale to nie jest nasza ulubiona metoda pokazywania ludziom nowych piosenek. Czasami jest tak, że kompozycja musi „usiąść”, musimy ją zagrać jakieś dziesięć albo dwanaście razy, żeby wszystko się zgodziło. I kiedy publiczność za pierwszym razem zareaguje źle na nowy numer, to my się możemy zniechęcić, a to błąd! Tak było między innymi z „Wyspa, drzewo, zamek”. To znakomita kompozycja, ale dość trudna przy pierwszym zetknięciu.  

Jakie teraz plany po premierze „DaDaDam”?

Przede wszystkim koncerty. Do końca roku około pięćdziesięciu, przynajmniej na tę chwilę. Mamy ułożoną już nową setlistę, co w naszym wypadku nie jest łatwe, bo ludzie chcą wciąż „the Best of…” (śmiech). Chcemy też zrobić klip do singla, tyle że nieco inny niż za zwyczaj, bo animowany.

A propos, z powagą całego albumu mocno kontrastują… tytuł i okładka. O co tu chodzi?

Ha ha ha! Tytuł to po prostu fragment piosenki, a okładka to praca Edwarda Lutczyna, oparta o pomysł Piotrka Szkudelskiego, który zasugerował pięć kościotrupów na plaży. Edek dodał kilka swoich pomysłów i wyszła taka okładka.

Rozmawiał: Piotr Miecznikowski