Jak zarabia się miliony w funduszach inwestycyjnych? Komu zaufać w wiecznej wojnie na fałszywe gesty i kłamstwa, wyglądające na prawdę? W jaki sposób zdobyć informacje, kompromitujące przeciwnika? Co powoduje, że biznesmeni z „najwyższej półki” obsesyjnie pomnażają swe majątki, choć niemal z nich nie korzystają? Nikt nie zna lepiej ciemnych stron Wall Street i kulis pracy w wielkiej korporacji od Stephena Freya, wieloletniego pracownika dużych firm. I niewielu mistrzów gatunku może mu dorównać, jeśli chodzi o dawkowanie napięcia w nieustannym tropieniu mętnych powiązań biznesu i polityki.
Właśnie na polskim rynku pojawiła się nowa powieść Stephena Freya "PREZES"
Gdy w tajemniczych okolicznościach umiera prezes Everest Capital – jednej z największych spółek finansowych świata – na jej czele staje trzydziestosześcioletni Christian Gillette. Jest świetnie przygotowany do pełnienia tej funkcji. Doskonale wie, że „przewaga wcale nie leży po stronie tego, który mniej czegoś pragnie, lecz ma ją ten, kto sprawia takie wrażenie”. Biznesowe gry i gierki przestają jednak być najważniejsze, bo limuzyna nowego prezesa wybucha już w dniu pogrzebu poprzedniego i Gilette musi przede wszystkim walczyć o życie. Ma wrogów, których uważa za sprzymierzeńców i ktoś w jego najbliższym otoczeniu jest „szczurem”, czyli agentem konkurencji. Jaki interes jest wart zabójstwa?
Kapitalna intryga i wyraziste postaci – stary miliarder-kabotyn, maniak na punkcie seksu, tyleż bezwzględna, co zakompleksiona bizneswoman, kandydujący na prezydenta zakłamany senator czy chwiejna wdowa po głównym udziałowcu – sprawiają, że od tej powieści naprawdę trudno się oderwać. Ale wartość, siła i klasa „Prezesa” tkwią w czymś więcej. Freya nie mniej interesuje bowiem spustoszenie moralne, jakiego wszechwładny Pieniądz dokonuje we wszystkich dookoła. „Nie ma czegoś takiego jak akt dobroci serca. Zawsze są jakieś korzyści i nic nie jest absolutnie czyste. Może z wyjątkiem działań, które podejmuje się tylko dla satysfakcji, ale to w końcu też jakaś korzyść.”
Historia charyzmatycznego, choć dalekiego od świętości Christiana Gilette, opowiadana także w kilku następnych powieściach Freya, potwierdza tę diagnozę.
Christian Gillette, nadzwyczaj wpływowy prezes odnoszącej wielkie sukcesy nowojorskiej prywatnej spółki inwestycyjnej, spełnił swoją powinność i nie ma żadnego powodu, by z żalem wspominać minione lata. Jest tylko jeden wyjątek: tajemniczy mężczyzna, reprezentujący jakoby "pewne wpływowe kręgi z Waszyngtonu", który dostarcza mu wiarygodnych informacji dotyczących jego matki, której nie zna, oraz podejrzanych okoliczności śmierci ojca. W wyrazie wdzięczności Gillette musi tylko wesprzeć finansowo tajną agencję rządową pracującą nad techniką, która może wprowadzić ludzkość na nową drogę rozwojową... albo stać się najstraszliwszą bronią w rękach terrorystów. Sprawę komplikuje młody protegowany Gillette'a ukrywający przerażającą tajemnicę, oraz jego niepokorny współpracownik, zdający się mieć na wszystko oko. Mimo to Gillette chce przede wszystkim uwolnić się od własnych demonów, a w tym celu jest gotów podjąć niemal każde ryzyko.
FRAGMENT KSIĄŻKI
Po raz kolejny przejrzał pocztę elektroniczną, gdy zatrzymał się na czerwonym świetle. Autostrada New Jersey Turnpike biegła po drugiej stronie niewielkiego miasteczka Hightstown, zaledwie parę kilometrów dalej. A droga, którą jechał, przecinała szosę Route 1. Najdalej za godzinę powinien być z powrotem na Manhattanie.
Zadarł głowę i spojrzał w ciemniejące niebo. Na sygnalizatorze wciąż paliło się czerwone światło. Pokręcił głową. Isabelle bez namysłu dała mu kosza. Już od dawna nie przydarzyło mu się coś takiego.
- No cóż... - mruknął pod nosem, westchnąwszy, i po
patrzył znowu na ciemny ekranik „jeżyny”. - Kto nie ryzykuje, ten nie jedzie.
Wcisnął klawisz i włączył podświetlanie ekranu. W upiornym niebieskawym blasku fluorescencyjnym zobaczył, że nadeszła właśnie kolejna wiadomość. Adres nadawcy wydał mu się obcy, ale krzykliwy nagłówek wielkimi literami nakazywał: CZYTAJ NATYCHMIAST. Przemknęło mu przez myśl, że musi to być reklamówka agencji towarzyskiej lub biura podróży. Pocztę elektroniczną wciąż zasypywały spamy. Ale że nie miał nic innego do roboty poza czekaniem na zielone światło, otworzył odebraną wiadomość.
Musiał zmrużyć oczy, żeby odczytać małe literki na ciemnym ekraniku.
NIE ZATRZYMUJ SIĘ NIGDZIE, PÓKI NIE DOJEDZIESZ DO MIASTA. DZISIAJ MOGĄ ZNÓW SRÓBOWAĆ.
Jeszcze raz popatrzył na adres nadawcy. [email protected].
Chwilę później rozległ się głuchy łoskot i fordem taurusem gwałtownie szarpnęło. Gillette błyskawicznie spojrzał we wsteczne lusterko. Uderzył w niego jakiś samochód. Niezbyt mocno, tyle, by zwrócić jego uwagę. Otworzył drzwi i pospiesznie wysunął się zza kierownicy. Kobieta, która na niego wjechała, także wysiadła ze swego samochodu.
Rozejrzał się w panice po skrzyżowaniu. Przed nim znajdowały się jeszcze trzy auta. Na Route 1 stał długi szereg pojazdów w kolejce do skrętu w lewo. Niewielki pawilon handlowy po lewej mieścił piekarnię, sklep monopolowy i pralnię chemiczną. W środku kręciło się parę osób. Widać ich było przez witryny.
- Bardzo przepraszam - zawołała kobieta, zbliżając się
energicznym krokiem. Sprawiała wrażenie szczerze zakłopotanej. - Nic się panu nie stało?
Zerknął na prawe siedzenie jej auta. Była sama. Przyjrzał się jej uważniej. Szła w jego kierunku, w średnim wieku, nieźle ubrana, w tenisówkach. Prawdopodobnie w drodze powrotnej z pracy do domu. Szła jednak po przeciwnym pasie ruchu. Chyba specjalnie trzymała się za podwójną linią. I spoglądała w napięciu ponad jego ramieniem, jakby czegoś wypatrywała.
W dwóch susach dopadł końca taurusa i dał nura za jego bagażnik. W tej samej chwili huknęły dwa szybkie wystrzały. Rozpłaszczył się na asfalcie przy tylnym kole, po drugiej stronie auta, ale zaraz skoczył na równe nogi i rzucił się biegiem w kierunku odległej o pięćdziesiąt metrów stacji benzynowej, klucząc to w lewo, to w prawo.
Padły dwa kolejne strzały. Jakby na ulicy ktoś odpalał fajerwerki.
Zastawili na niego pułapkę.
Gdyby nie odebrał tej wiadomości, pewnie byłby już martwy.
Pocisk utkwił w słupie telefonicznym, który właśnie mijał. Uskoczył w bok i zerknął przez ramię. Ścigał go jakiś mężczyzna z pistoletem w ręku. Kobieta wciąż stała na środku ulicy, przy bagażniku forda taurusa.
Pognał dalej wprost do wejścia na stację benzynową, ale sprzedawca spostrzegł wcześniej, co się dzieje, i teraz podbiegał do drzwi z drugiej strony, zapewne po to, żeby je zablokować. Kolejny pocisk z wizgiem rozciął powietrze, roztrzaskał witrynę budynku stacji. Odłamki wielkiej tafli szkła posypały się na asfalt. Gillette błyskawicznie skręcił w bok i rzucił się za róg budynku.
Ujrzał przed sobą rozległy pusty plac parkingowy. W blasku księżyca w pełni, wiszącego nisko na niebie niczym latarnia, byłby doskonałym celem. Doskoczył więc do betonowej ściany i przywarł do niej plecami, usiłując złapać oddech. Jego uwagę przyciągnęły toalety znajdujące się parę metrów dalej. Pierwsza była zamknięta na klucz, ale druga otwarta na oścież. Wskoczył do środka
i zamknął za sobą drzwi, zostawiając tylko wąską szparkę. Pospiesznie wdrapał się na sedes w pierwszej kabince i wstrzymał oddech.
Usłyszał, jak zadyszany prześladowca zatrzymuje się przed drzwiami toalety. Musiał coś szybko przedsięwziąć. Nie ulegało wątpliwości, że pracownik stacji już dzwoni na policję - chyba że zginął od kuli.
Bandyta ostrożnie sięgnął do środka i kilka razy pstryknął wyłącznikiem światła, ale wewnątrz nadal zalegały ciemności.
Chwilę później wskoczył gwałtownie do środka, stanął na środku ciasnego pomieszczenia i zaczął strzelać na oślep. Huk wystrzałów rozbrzmiewających głośnym echem był ogłuszający.
Gillette zacisnął palce na belce na drzwiami kabinki i z rozmachem kopnął napastnika w bok głowy. Tamtemu pistolet wypadł z ręki i zagrzechotał po wyłożonej kafelkami posadzce, a on sam zwalił się jak długi. Zaraz jednak poderwał się na nogi i nisko pochylony w dwóch susach wypadł na dwór.
Gillette uklęknął i zaczął gorączkowo szukać pistoletu. Po chwili zauważył go w kącie pod zlewem. Na czworakach dał nura w tamtą stronę, zacisnął palce na kolbie i skoczył do wyjścia. Kiedy wybiegł zza rogu, napastnik wraz z kobietą wskakiwali właśnie do samochodu stojącego przed fordem taurusem. Było za późno. Nie miał żadnych szans, żeby ich dopaść.
Przykucnął więc, objął rękoma kolana i zaczął głęboko oddychać. Koniecznie musiał jak najszybciej znaleźć nową ochronę osobistą.
Wydawnictwo Świat Książki / F.N.
Komentarze (0)