„Król demon” to pierwsza cześć serii „Siedem Królestw" autorstwa Cindy Williams Chima - amerykańskiej pisarki fantasy, której książki cieszą się w Stanach Zjednoczonych ogromną popularnością.
Premiera książki już 29 czerwca.
Część I rozdziału
Polowanie
Han Alister kucał obok parującego błotnego źródła, modląc się w duchu, by gorąca skorupa utrzymała jego niewielki ciężar. Usta i nos zasłonił sobie chustką, lecz oczy cały czas piekły go i łzawiły od oparów siarki wydobywających się z bulgoczącego szlamu. Wyciągnął kij w kierunku rosnącej na skraju kępy żółtawozielonych kwiatów. Wsunąwszy pod nią koniuszek, oderwał ją od błota, przeniósł na kiju ponad przewieszoną przez ramię torbę z jeleniej skóry i jednym ruchem strącił do wnętrza torby. Następnie bardzo ostrożnie wstał i zaczął wycofywać się na twardy grunt.
Był już niemal u celu, gdy jedna stopa przebiła cienką powierzchnię i zapadła się po kostkę w szare, kleiste, gorące błoto.
– Na kości Hanalei! – krzyknął, rzucając się w tył z nadzieją, że nie wyląduje na plecach w innym błotnym wykrocie albo, co gorsza, w jednym z tych źródeł z błękitną wodą, w których po kilku minutach ugotowane ciało odchodzi od kości.
Na szczęście upadł na twardą ziemię między sosnami; z jego ust wydobył się przy tym długi wydech, jakby uszło z niego powietrze. Usłyszał, jak Tancerz Ognia zsuwa się po zboczu, tłumiąc śmiech. Tancerz chwycił go za nadgarstki i pociągnął w bezpieczniejsze miejsce, wyginając się w tył dla zachowania równowagi.
– Zmienimy twoje imię, Samotny Łowco – powiedział, kucając obok Hana. Śniada twarz Tancerza była poważna, bystre niebieskie oczy patrzyły groźnie, lecz kąciki ust lekko się uniosły. – Może na Brodzący w Błocie albo Błotny Wędrowiec?
Hanowi nie było do śmiechu. Klnąc, zebrał garść liści, żeby wytrzeć but. Trzeba było włożyć stare znoszone mokasyny. Wysokie buty uchroniły go co prawda przed poparzeniami, ale prawy był teraz oblepiony cuchnącą mazią i Han wiedział, że po powrocie do domu będzie się musiał nasłuchać.
– Te buty to wyrób klanu – powie matka. – Zdajesz sobie sprawę, ile kosztują?
Nie miało znaczenia, że za nie nie zapłaciła. Han dostał je od matki Tancerza, Iwy, w zamian za rzadki okaz władcy śmierci, grzyba znalezionego poprzedniej wiosny. Mama nie była zachwycona, gdy przyniósł je do domu.
– Buty? – Wpatrywała się w niego zdumiona. – Wytworne buty? Kiedy ty dorośniesz? Nie mogłeś wziąć pieniędzy? Ziarna, żebyśmy mieli co jeść? Albo drewna na opał lub ciepłych koców? – Zbliżała się do niego z witką, którą chyba zawsze miała przy sobie. Han odsuwał się, wiedząc z doświadczenia, że w jej dłoniach, nawykłych do ciężkiej pracy, kryje się wielka siła.
Na plecach i rękach pozostały siniaki. Ale buty zachował.
Były warte dużo więcej, niż za nie dał – wiedział o tym. Iwa zawsze była szczodra dla niego, jego mamy i siostry Mari, ponieważ w ich domu nie było mężczyzny. Oczywiście, nie licząc Hana, lecz większości osób nie przychodziło to do głowy. Mimo że jako szesnastolatek był już prawie dorosły.
Tancerz przyniósł źródlaną wodę z Ognistej Głębi i polał nią zabłocony but Hana.
Czemu tylko paskudne rośliny rosnące w paskudnych miejscach mają jakąś wartość? – zapytał Tancerz.
Gdyby zwyczajnie rosły sobie w ogrodzie, kto by za nie płacił? – mruknął Han, wycierając dłonie w nogawki obcisłych spodni. Srebrne obręcze na nadgarstkach także były oblepione błotem, które wbiło się głęboko w misterny grawerunek. Musi je wyczyścić przed powrotem do domu, bo jeszcze i za to mu się oberwie. Takie zakończenie było warte całego tego okropnego dnia. Włóczyli się od świtu, a on zdołał uzbierać zaledwie trzy lilie siarkowe, dużą torbę kory cynamonu, trochę brzytwicy i garść pospolitego kolcopnącza, które może uda się sprzedać jako panieńskie ziele na targu w Dolinie. Przez pustą sakiewkę matki w tym sezonie wyruszył w góry zbyt wcześnie.
– To strata czasu – powiedział Han, choć był to przecież jego pomysł. Podniósł kamień i cisnął nim w błoto, w którym ten zniknął z bulgotem. – Zajmijmy się czymś innym.
Tancerz przechylił głowę, tak że rozkołysał warkoczyki z koralikami.
– A co byś…?
– Zapolujmy – zaproponował Han, dotykając łuku prze
wieszonego przez plecy. Tancerz w zamyśleniu zmarszczył brwi.
Moglibyśmy spróbować na Łące Spalonych Drzew. Kozice przychodzą tam z nizin. Ptaszyna widziała je przedwczoraj.
No to chodźmy! – Han nie potrzebował czasu do namysłu. Była kwadra głodu. Dzbany z fasolą, kapustą i suszoną rybą, które matka przygotowała na długą zimę, już były puste. Nawet gdyby miał ochotę na kolejny posiłek złożony z fasoli i kapusty, to i tak dostałby tylko owsiankę. Albo owsiankę z odrobiną solonego mięsa dla smaku. Upolowane mięso wynagrodziłoby mu z nawiązką dzisiejsze marne zbiory.
Ruszyli na wschód. Parujące źródła zostały za nimi. Tancerz narzucił żwawe tempo przez dolinę, którą płynęła Dyrna. Wysiłek fizyczny sprawił, że Han poczuł się lepiej. Zresztą trudno było się złościć w taki dzień. Wszędzie dookoła witały ich ślady wiosny. Pod nogami mieli żmijowniki, pocałunki panien i majowe jabłka. Han wdychał zapach ciepłej ziemi, która wynurzyła się spod zimowego okrycia. Dyrna pieniła się na kamieniach, huczała w wodospadach, zasilana śniegiem spływającym po stokach z gór. Robiło się coraz cieplej, tak że Han zdjął kurtkę ze skóry jelenia i podciągnął rękawy aż za łokcie. Łąka Spalonych Drzew była pogorzeliskiem po niedawnym pożarze. Za kilka lat znowu wyrośnie tu las, lecz na razie teren pokrywały wysokie trawy i dzikie kwiaty, między którymi pionowo sterczały zwęglone pnie sosen.
Część pni leżała porozrzucana, jakby jakiś olbrzym zrobił sobie z nich pochodnie do zabawy. Młode sosenki sięgały już kolan, jeżyny i dzikie róże wygrzewały się w słońcu w miejscach, gdzie kiedyś był gęsty sosnowy las. Ujrzeli kilkanaście kozic, które z opuszczonymi głowami skubały świeże źdźbła wiosennej trawy. Na tle brązu i zieleni łąki wyglądały niczym plamy brunatnej farby. Ich długie uszy drgały atakowane przez owady.
Tętno Hana przyspieszyło. Tancerz był lepszym łucznikiem, cierpliwszym, jeśli chodzi o wybór celu, jednak przecież każdy z nich mógł wrócić ze zdobyczą. Na myśl
o świeżym mięsie poczuł, jak jego wiecznie pusty żołądek aż się skręca.
Obeszli polanę, tak by ustawić się pod wiatr, i skryli się za skarpą osłaniającą ich od strony stada. Przycupnąwszy za dużą skałą, Han zsunął łuk i napiął cięciwę, oceniając naprężenie stwardniałym kciukiem. Łuk był nowy, przystosowany do jego wzrostu. Był wyrobem klanowym, jak wszystko w jego życiu, co łączyło funkcjonalność z pięknem. Wstał i przyciągnął cięciwę w okolice ucha. Czekał cierpliwie. Wiatr przyniósł zapach palonego drewna. Han skierował wzrok do góry i odnalazł cienką smużkę dymu przesuwającą się w poprzek zbocza. Spojrzał pytająco na Tancerza, a ten w odpowiedzi wzruszył ramionami. Ziemia była wilgotna, a wiosenna roślinność soczysta i bujna. O tej porze roku nic nie powinno się palić. Pasące się zwierzęta również wyczuły swąd. Podnosiły głowy, prychały i wierzgały kopytami, rozglądając się tak niespokojnie, że ich oczy świeciły białkami. Han ponownie spojrzał w górę. Teraz zobaczył pomarańczowe, fioletowe i zielone płomienie, a w napływającym stamtąd wietrze wyczuwał coraz silniejszy żar i coraz więcej dymu.
Fiolet i zieleń? Myślał. Czy są rośliny, które płonąc, dają takie barwy?
Przez chwilę stado kotłowało się nerwowo, jakby nie mogąc się zdecydować, w którą stronę uciekać, po czym jak na komendę ruszyło prosto na nich.
Han czym prędzej sięgnął po łuk i gdy kozice ich mijały, wypuścił strzałę. Spudłował. Tancerzowi też nie dopisało szczęście.
Han rzucił się w pogoń za stadem – biegł chwilę, przeskakując przeszkody, z nadzieją że wystrzeli jeszcze raz, ale mu się to nie udało. Zobaczył tylko ich białe ogony, nim zwierzęta zniknęły wśród sosen. Przeklinając pod nosem, powlókł się z powrotem pod górę, w miejsce, gdzie stał Tancerz, z zadartą głową i wzrokiem wbitym w zbocze. Pasmo oślepiającego płomienia toczyło się w ich stronę, nabierając prędkości, pozostawiając po sobie wypaloną, spustoszoną ziemię.
– Co się dzieje? – zastanawiał się głośno Tancerz. – O tej porze roku przecież nie ma pożarów.
Ogień nabierał siły i tempa, przeskakiwał drobne jary. Rozżarzone iskry tryskały na wszystkie strony. Na odsłoniętej twarzy i dłoniach Han poczuł piekący ból. Strzepując popiół z włosów i gasząc iskry na ubraniu, nagle uświadomił sobie, co im grozi.
– Szybko, z drogi!
Pobiegli na drugą stronę grani. Ślizgali się na łupkach i liściach, wiedząc, że upadek oznacza katastrofę. Wreszcie ukryli się za skalnym występem przecinającym cienką roślinną osłonę zbocza. Obok nich przemykały króliki, lisy i inne drobne zwierzęta, ścigane przez płomienie. Pasmo ognia pełzło z sykiem i trzaskiem, zachłannie pożerając wszystko na swej drodze.
Za nim posuwali się trzej jeźdźcy, niczym pasterze poganiający pożogę przed sobą.
Han wpatrywał się w nich jak zauroczony. Nie byli starsi od niego i Tancerza, lecz mieli piękne peleryny z jedwabiu i wełny, które ocierały się o strzemiona, oraz długie stuły zdobione lśniącymi osobliwymi herbami. Nie jechali na krępych, włochatych kucach górskich, lecz na koniach z nizin – o długich, smukłych nogach i dumnie wygiętych szyjach. Ich siodła i uprzęże były ozdobione srebrnymi okuciami. Han znał się na koniach i wiedział, że te kosztowały tyle, ile zarabiał przeciętny człowiek przez cały rok.
Aktualności
„Król demon” – przeczytaj fragment!
„Król demon” to pierwsza cześć serii „Siedem Królestw" autorstwa Cindy Williams Chima - amerykańskiej pisarki fantasy, której książki cieszą się w Stanach Zjednoczonych ogromną popularnością.
Komentarze (0)