Niewykluczone, że „Janosik” Agnieszki Holland i Kasi Adamik trafi do „Księgi rekordów Guinessa”, powód jednak byłby nietypowy: najdłuższy w historii kina przestój w produkcji filmu zrealizowanego niemal w połowie. Ostatecznie jednak prawdziwa historia dzielnego harnasia trafi na duży ekran.
Premiera zapowiadana jest na 4. września 2009 r.
Agnieszka Holland opowiada o swoim najnowszym filmie
W ubiegłym roku udało się wznowić po sześcioletniej przerwie prace nad filmem „Janosik. Prawdziwa historia”, kinowa premiera zapowiadana jest na 4. września tego roku. Czy zdarzyła się Pani wcześniej tak długa przerwa w realizacji filmu?
To ewenement. Oczywiście zdarzało się odkładanie prac nad filmem na jakiś czas, ale takie przerwy pojawiały się na wstępnym etapie projektu. W przypadku „Janosika” mieliśmy zrealizowanych 40% zdjęć. Wykonaliśmy ogromną pracę przygotowawczą, która decyduje o tym, jak wygląda film. I właśnie wtedy cały projekt został zawieszony.
Nie jest to zjawisko powszechne, ale zdarzało się nawet w najnowszej historii kina, że produkcja filmu została przerwana na dwa-trzy lata. Tak było w przypadku „To Kill The King”, który udało się skończyć. Terry Gilliam jednak nie zrealizował „Don Kichota” i prawdopodobnie już mu się to nie uda... Na Zachodzie ubezpiecza się filmy na taką okoliczność i w umowie może znaleźć się zapis, jakie będą dalsze losy produkcji: czy film nie zostanie ukończony, czy ma na przykład dojść w trakcie zdjęć do wymiany reżysera.
U nas większość producentów zaczyna realizację filmu bez pełnego finansowania mając nadzieję, że jakoś się uda. Większość instytucji, które finansują produkcję filmów, jest szalenie kapryśna i nawet obietnica przyznania pieniędzy nie oznacza, że zostaną one faktycznie przyznane, a jeśli się uda, to nie wiadomo, kiedy finanse trafią do producenta.
W każdym razie Janosik, jak sądzę, pobił rekordy pod względem przerwy w realizacji.
Ma szansę na wpis do księgi rekordów Guinessa?
Może, może... Musimy to sprawdzić.
Co dzieje się w głowie twórcy podczas tak długiego przestoju w produkcji? Czy zmienia się koncepcja, pojawiają się nowe pomysły na realizację filmu?
Troszeczkę tak, ale byłyśmy z Kasią (Adamik, współreżyserką - red.) bardzo zadowolone z przebiegu wcześniejszych prac. Wydawało nam się, że niekonwencjonalny materiał literacki pozwala na odnalezienie stylu, który z jednej strony jest prosty, a z drugiej bardzo bezinteresowny i ma w sobie coś magicznego. Udało nam się to złapać podczas pierwszych zdjęć i bałyśmy się, żeby tego nie stracić i nie spłaszczyć, by opowieść nie stała się mozolna i banalna. Oczywiście zastanawiałyśmy się nad pewnymi zmianami narracyjnymi, szczególnie kiedy już wiedziałyśmy, że ostatecznie film będzie w dużym stopniu polski. Ta zmiana oznaczała, że niektóre rzeczy mogą być niezrozumiałe dla polskiego widza albo że bohaterowie potrzebują pewnego dookreślenia. Ale generalnie zależało nam przede wszystkim na tym, żeby utrzymać, że tak powiem, święty ogień w nas.
Pierwszy okres po przerwaniu zdjęć był trudny. Szczególnie dla Kasi było to traumatyczne wydarzenie, bo to był jej drugi projekt. Włożyła w niego mnóstwo czasu i pracy, odłożyła inne przedsięwzięcia i przestała dbać o swoją karierę w USA, która zaczęła się jakoś rysować. Włożyła w „Janosika” półtora roku życia i nagle okazało się, że mógł to być czas stracony.
Czy nie bała się pani, wracając do realizacji „Janosika”, że aktorzy mogli się zbyt zmienić w ciągu tych sześciu lat? Nie tylko pod względem fizycznym, bo to można zatuszować charakteryzacją, ale także warsztatowym.
Nie do końca mogłoby się to udać, gdyby na przykład aktorzy się roztyli. Szczęśliwie wszyscy zakonserwowali się w formie bardzo zbliżonej do tej sprzed sześciu lat. Co więcej: wszyscy zmieścili się bez żadnych zabiegów do kostiumów sprzed paru lat. Nawet żartowaliśmy, że tak bardzo chcieli ukończyć film, że siłą woli wstrzymali proces starzenia. A węwnętrznie... Niektórzy dojrzeli, głównie Vašek, Jiráček i Martinka. Myślę, że rozwinęli się aktorsko, w międzyczasie robili różne ciekawe rzeczy. Kiedy zaczęliśmy realizację „Janosika”, Vašek był kompletnie zielony i nie bardzo rozumiał, co to znaczy grać do kamery. Pamiętam, jak robiliśmy pierwsze ujęcie - najpierw na niego, później kontrplan na jego partnerkę. I wtedy Vašek odwrócił się, bo myślał, że zawsze trzeba grać do kamery. Ale teraz jest już dość doświadczonym aktorem, ma dużo większą świadomość swoich środków. Akurat te zmiany wyszły mu na dobre.
Jak udało się ocalić kostiumy i scenografię?
Część kostiumów ukradziono nam tuż przed ponowną realizacją. Magda Tesławska, która była twórczynią kostiumów w drugiej części i opierała się bardzo wiernie na pierwotnej koncepcji projektów, musiała jeszcze bardzo dużo rzeczy domyśleć i dobudować. Ale najtrudniejsze nie było uszycie za małe pieniądze nowych kostiumów z epoki, tylko rekonstrukcja ukradzionych, ponieważ musiały zgadzać się z tymi, które pojawiły się wcześniej na planie. Na szczęście spora część kostiumów zachowała się.
Co do scenografii: drugą część zdjęć przenieśliśmy do Polski, ponieważ jednak bardziej nam się to opłacało produkcyjnie, dlatego zrezygnowaliśmy z dwóch obiektów scenograficznych wybudowanych wcześniej na Słowacji. Zmienił się też scenograf. Fero Liptak, świetny fachowiec, miał inne zobowiązania i nie mógł do nas dołączyć, więc zastąpił go Marek Zawierucha, który zresztą wspaniale sobie poradził.
Nowi ludzie, którzy doszli na drugim etapie produkcji, bardzo szanowali pierwotne koncepcje, ale jednocześnie podeszli do swojej pracy w sposób ogromnie twórczy.
Amerykanie często korzystają z planów filmowych w Czechach i na Słowacji, ponieważ jest tam taniej niż z USA. Rzadziej realizują filmy w Polsce, gdyż, jak twierdzą, mniej się to opłaca. Według Pani w Polsce jest taniej?
Słowacja jest być może pod pewnymi względami tańsza od Polski, ale w momencie, gdy prawie cała ekipa - w tym większość aktorów - jest polska, transport i pilnowanie wszystkiego byłoby trudniejsze. Myślę, że Polsce można nakręcić film taniej niż w Czechach, ale wymaga to dobrego kierownika produkcji i dobrej woli. Moim zdaniem problem Polaków z zagranicznymi produkcjami polega na tym, że mają oni specyficzny stosunek do takich projektów: wezmę prowizję do kieszeni, a reszta już mnie nie obchodzi. W czasie, gdy zachodnie filmy mogły być w Polsce realizowane, nie było takiego myślenia, że należy zaproponować jak najlepsze i najtańsze usługi na konkurencyjnym poziomie. Poza tym w Polsce jest gorsza infrastruktura, choćby drogi, nie ma porządnych studiów filmowych, które na przykład w Czechach są na światowym poziomie. Ale dzisiaj Czesi też mają problem. Pobudowali hale i studia dźwiękowe, które teraz stoją puste.
Natomiast zgrywanie filmów na pewno jest obecnie tańsze w Czechach niż w Polsce.
Czy miała pani dostęp do dokumentów, na podstawie których powstał scenariusz „Janosika”? Słowacka scenarzystka Eva Borušovičova napisała go na podstawie archiwalnych dokumentów i protokołów sądowych.
Tak, czytałam tłumaczenia, bo oryginały są po łacinie.
Czy coś panią zaskoczyło?
Nie znalazłam żadnych niespodzianek. Scenarzystka dokładnie przekopała się przez te papiery i wyciągnęła z nich to, co jest ciekawe dla postaci. Ale kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z prawdziwą historią Janosika, była ona dla mnie dużym zaskoczeniem. Sądziłam wcześniej, że był to bohater legendarny w rodzaju Robin Hooda. Ale okazało się, że wszystko wyglądało trochę inaczej. Inne są szczegóły, motywacje, wiek i charakter bohatera, który można wyczytać z protokołów. Są tam jego zeznania przed torturami i po torturach, więc można zobaczyć, co to był za człowiek. To bardzo ciekawy i wzruszający materiał. Pokazuje młodego chłopca, który najpierw myślał, że można żyć ludycznie, a potem odkrył, jak straszną cenę się za to płaci.
W jednym z prasowych reportaży z planu „Janosika” znalazły się wypowiedzi statystów i aktorów, którzy twierdzili, że fajnie by było, gdyby tytułowy bohater pojawił się w naszej rzeczywistości, bo na pewno zrobiłby porządek. Mit zbójnika, który realizuje zasady sprawiedliwości społecznej, odbiera bogatym i rozdaje biednym, jest ciągle żywy.
Zbójnicy faktycznie rozdawali swoje łupy wieśniakom i na przykład karczmarzom, ale powody takiego działania nie były klasowe. Ci ludzie nie byli nastawieni na stabilizację materialną, więc niewielu z nich planowało kupienie ziemi czy budowę chaty. Większość żyła z dnia na dzień. Poza tym zbójnicy postępowali tak, jak partyzanci w czasie II wojny światowej: wkupywali się w łaski ludzi, którzy byli im potrzebni do tego, żeby przetrwać. Bez życzliwości wieśniaków czy karczmarzy zbójnicy szybko zostaliby złapani.
Mit Janosika zarówno w Polsce jak i na Słowacji jest ciągle żywy. Na Słowacji nawet bardziej, ponieważ Janosik jest tam głównym bohaterem narodowym. U nas to jedna z wielu legendarnych postaci, która funkcjonuje kulturowo, ale nie jest taką ikoną jak u Słowaków, którzy właściwie nie mają innego bohatera narodowego. Jakoś to świadczy o charakterze narodu, jeżeli głównym bohaterem jest bandyta.
Ten rodzaj anarchizmu czy antyestablishmentu w Polsce też jest żywy i dosyć silny, ponieważ jest to w dużym stopniu chłopski naród. Dlatego na Słowacji mogą być wybierani politycy o mentalności Janosika jak Mecziar, a u nas Lepper czy teraz Ziobro, który używa janosikowych haseł o wprowadzaniu sprawiedliwości. Z drugiej strony jest coś pięknego w tym, że można to zrobić w tak prosty sposób: źli i bogaci są zmuszeni przez dzielnych zbójników do dzielenia się z biednymi.
Czy pani film może zburzyć ten mit?
Moim celem nie było obalanie mitu. Chciałam go zhumanizować, dodać mu pewnej głębi, popatrzeć na niego inaczej. Janosik nadal jest bohaterem, a ja w pewnym stopniu pokazuję, jak ten mit się rodził. Paradoksalnie najbardziej mitotwórczą funkcję ma Judasz. To on opowiada dzieje Janosika, zmieniając je trochę dla własnej wygody. I właśnie Judaszowa wersja pójdzie w lud i pozostanie.
Rozmawiała Magdalena Walusiak
Komentarze (0)