Singiel „Na pół” podzieli fanów Comy… na pół? Możliwe. To najbardziej przebojowa i zaskakująco optymistyczna piosenka jak na możliwości łódzkiej ekipy. Dlaczego zdecydowali się akurat ten numer pokazać światu w ramach promocji nowego albumu? Czy brak planu jest planem? Co będzie dalej i czy diabeł może chodzić na palcach? Na te i kilka innych pytań odpowiada wokalista zespołu Coma, Piotr Rogucki.

Ten singiel może wiele osób wprowadzić w błąd, reszta płyta wcale nie jest taka… wesoła.

„Na pół” to jedyny optymistyczny kawałek jaki nam się udało stworzyć do tej pory. Faktycznie nie niesie ze sobą jakiegoś głębokiego przesłania i ciężaru poetyckiego. Nasi fani są przyzwyczajeni do ciężkich rozważań, a tu przeciwnie, dostają coś pozytywnego. My strasznie lubimy ten numer, ale jak się okazuje wzbudza sporo kontrowersji. Fakt, że tak chcieliśmy, to miała być taka mała dywersja, żeby sprawdzić naszą publiczność. Zobaczyć czy są w stanie zrozumieć poza tym do czego przywykli. Okazało się, że część ludzi nie jest (śmiech).

O płycie mówi się, że w przeciwieństwie do poprzednich koncept albumów jest pozbawiona jakiejkolwiek koncepcji. Ale czy to przypadkiem tez nie jest koncepcja?

Trochę jest (śmiech). Ale chciałbym, żeby ludzie sami to zrozumieli. Rzeczywiście proponujemy coś bardziej rozstrzelonego, ale koncepcji nie można się całkiem pozbyć. To wynika z tego, że mamy bardzo zwarte spojrzenie na produkcję muzyki i to jest koncepcja bardziej podskórna, mniej oczywista i nie nachalna. Nie ma tu fabularnej narracji, zamiast tego zbiór luźno powiązanych ze sobą scen. Wszystkie mają to samo paliwo i ten sam wspólny mianownik, czyli próbę uporania się ze swoimi małościami. Próbę polegającą na nazwaniu ich i dzięki temu dodaniu sobie odwagi do walki.

A narrator nie jest też wspólnym mianownikiem?

Tak, w pewnym sensie tak. Można powiedzieć, że jestem tu jedną postacią ale wcielającą się w różne życiowe sytuacje…

Nawet tak ekstremalne jak w „Angeli”.

Nawet. To wciąż może być ten sam człowiek, albo doprowadzony do takiego stanu umysłu, albo co gorsza sam siebie doprowadzający. Albo to jest po prostu projekcja jego myśli, które w taki właśnie sposób się układają.

Kiedy zapisujesz swoje myśli, to od razu przyjmują formę piosenek?

Raczej tak, bo od razu piszę do muzyki. Ale często jest tak, że w czasie prób pojawiają się różne pomysły i wszystko się rozwija. W tym wypadku nowością było to, że najpierw napisałem wszystkie teksty po angielsku, znowu będziemy w przyszłym roku próbowali wydawać coś na zachodzie i chciałem uniknąć sytuacji w której muszę tłumaczyć z polskiego na angielski. W drugą stronę jest o wiele łatwiej, bo język polski za bardzo sugeruje, co trzeba pisać po angielsku. Tym razem nie sugerowałem się niczym i tak naprawdę angielski teksty będą kompletnie o czymś innym niż polskie. Pomysły rodziły się różnie, czasami to było jedno zdanie jakaś fraza od której wychodziłem, a czasami temat na który chciałem coś napisać.

Zastanawia mnie, kiedy daliście radę to wszystko zrobić? Przecież całkiem niedawno pojawiła się Twoja płyta solowa, grałeś trasę, jak się udało zrobić nowy album z Comą? Na to potrzeba czasu…

Mhm. Dokładnie dwa tygodnie (śmiech). Tyle czasu pisaliśmy cały materiał. Pojechaliśmy na wieś i po dwóch tygodniach mieliśmy piętnaście kompozycji. Może ze dwie, albo góra trzy były wcześniej jakoś tam lekko naszkicowane, ale ogólnie całość powstała w tym okresie. Od zera, na jednym wyjeździe. To były gotowe aranże, potem kolejne dwa tygodnie trwało poprawianie i zmiany. Teksty napisałem w trzy tygodnie, co jest rekordem świata w moim przypadku, normalnie zajmowało mi to dwa lata (śmiech). Najdłużej trwały nagrania, zaczęliśmy pracę w lutym i potem przez dwa miesiące chłopaki nagrywali muzykę, później zagraliśmy trasę koncertową a pod koniec czerwca ja zacząłem nagrywać wokale. Pierwszy raz mieliśmy materiał gotowy na miesiąc przed premierą. Wcześniej dopiero po premierze mieliśmy czas się zastanowić co właściwie nagraliśmy (śmiech).

Ale tytułu nie daliście rady wymyślić?

Jeszcze nigdy nie było takiej walki z tytułem. Nic nie pasowało. Mieliśmy z dwadzieścia różnych propozycji, ale takiej niemocy jak tym razem jeszcze nie doświadczyliśmy (śmiech). Ale ten kolor ma sens, wszystko się pod niego ułożyło i teledysk i oprawa koncertów. Nie przeszkadza mi to, że ludzie będą nazywać tę płytę „Czerwony album”.

Ile nowych piosenek będziecie grać na koncertach?

Całą płytę! Na jesiennej trasie koncerty będą podzielone na dwie części. W pierwszej będziemy grali cały nowy album a w drugiej te wszystkie starsze numery, na które ludzie zawsze czekają. Taki nasz koncertowy the best of…

Jesteś jurorem w Make More Music. Ten konkurs wniósł coś do twojego spojrzenia na kondycję polskiej muzyki?

Bycie jurorem jest bardzo trudne, tym bardziej, kiedy trzeba ludziom mówić wprost co się o nich myśli. Zgodziłem się na ten konkurs, bo wydał mi się najbardziej uczciwy. Te inne konkursy w mediach z reguły bardziej promują jurorów niż dzieciaki, które się zgłoszą. Ich kosztem, ktoś robi sobie oglądalność albo łatwą karierę. Ci młodzi ludzie nie mają szans pokazać swoich piosenek, są eksploatowani, a potem nikt się o nich nie martwi. W Make More Music jest uczciwie, bo nikt nie promuje jurorów, a główną gwiazdą są naprawdę te zespoły. Nikt mi za to nie płaci, robię to po prostu dla czystej zabawy, a przy okazji sądzę, że dla niektórych dzieciaków konfrontacja ze mną mogła być cenna. I chyba była. Inna sprawa, że nam też było bardziej po drodze z empikiem, niż ze stacjami telewizyjnymi. Wolimy się pojawić w gazecie, która chce mieć z definicji jakiś związek z kulturą niż smażyć naleśniki w porannym programie.

„Diabeł chodzi na palcach”. Ta fraza nie daje mi spokoju. Nie wiem jaką masz wiedzę na temat diabła, ale on raczej ma kopyta.

Oj nie (śmiech). To znaczy normalny tak, ale nie ten. Ten się ukrywa, bo to jest najbardziej niebezpieczny ze wszystkich diabłów, podszywa się pod skórę. Pod moją skórę, siedzi we mnie i jest mój. Ja, diabeł…. (śmiech). Dobry tytuł do wywiadu z Nergalem.

Rozmawiał  Piotr Miecznikowski