Twórca uhonorowanej 17 Oscarami® trylogii „Władca Pierścieni” - reżyser i zdobywca 3 Oscarów® Peter Jackson przenosi widzów w fantastyczny świat Śródziemia za sprawą ekranizacji powieści „Hobbit, czyli tam i z powrotem” J.R.R. Tolkiena. Przy okazji premiery drugiej części filmowej superprodukcji „Hobbit: Pustkowie Smauga” na Blu-ray 3D, Blu-ray i DVD opowiada o kulisach pracy i filmowych marzeniach.

Kręcenie kolejnej części filmowej trylogii musi być trudne. Czy w przypadku „Hobbit: Pustkowie Smauga” też tak było?

W „Hobbit: Pustkowie Smauga” krasnoludy domagają się zwrotu swojej ziemi. Pojawia się także istotny wątek złota ukrytego we wnętrzu Samotnej Góry. Jest to jeden z tematów, który zaczynamy wprowadzać w drugiej części. Krasnoludy nie będą w stanie odzyskać ojczyzny, jeśli nie pokonają Smauga, który strzeże skarbu. Jest wiele osób, które interesują się bogactwem ukrytym we wewnętrzu góry i tylko 13 krasnoludów, które go strzegą – oto z czym się mierzymy. Wprowadzamy wiele postaci do tej historii. Druga część jest dużo trudniejsza i bardziej skomplikowana dla bohaterów.

Czy planowałeś, żeby druga część była najbardziej dynamiczna ze wszystkich?

To jest historia opowiadana w trzech filmach, która ma swój zamierzony kształt. Pierwszy film stanowi początek i wprowadzenie do historii. Druga część to po prostu mocne uderzenie i komplikacje, jakie spotkają bohaterów. Trzeci  film to punkt kulminacyjny i rozwiązanie akcji. Jest to więc historia w trzech aktach.  To całkiem zabawne. Widzowie nie muszą zaczynać filmu od początku. Mogą po prostu w nią wejść, ponieważ zakładamy, że obejrzeli już pierwszą część. Oglądając film „Hobbit: Pustkowie Smauga” widzowie lądują dokładnie w miejscu, gdzie skończyli. Akcja w drugiej części przyspiesza, dociskamy więc pedał gazu i jedziemy.  

Jak podchodzisz do scen, których widzowie najbardziej się boją, z udziałem wielkich pająków?

Pamiętajmy, że te wielkie pająki są także w książce. Nienawidzę pająków, ale pracując nad tymi scenami świetnie się bawiłem. Mieliśmy już Shelobę, gigantycznego pająka z „Władcy Pierścieni: Powrotu Króla”.  To przerażające stworzenia, szczególnie, gdy są tak olbrzymie jak krowy. Przy filmowaniu tego typu scen jest jednak zawsze dużo zabawy.

Włączenie do filmu nowej postaci - elfki Tauriel - w opinii fanów Tolkiena było kontrowersyjną decyzją. Jak na to zareagowaliście?

Nie można się temu dziwić. Są ludzie, którzy nie oglądając filmu, nie wiedzą co tak naprawdę robimy. Każdy reaguje indywidualnie. Moim zdaniem widzowie, którzy obejrzeli film, zrozumieli to. Filmy są przecież czymś innym niż powieści. W powieści słyszysz głos pisarza – w przypadku „Hobbita” jest to głos J.R.R.Tolkiena, który wprowadza czytelników w historię. W filmie nie usłyszysz reżysera. Nic nie mówię – oprócz ścieżki z moim komentarzem, którą można znaleźć w wydaniach DVD i Blu-ray. Nie jestem jednak narratorem. Kino to opowieść przekazywana przede wszystkim głosem bohaterów. Potrzebujemy bohaterów opowieści, również innych niż krasnoludy, Bilbo czy Gandalf, by opowiedzieć tę historię.

Królestwo elfów w książce robi olbrzymie wrażenie, lecz  Tolkien nawet nie nadaje imienia Królowi Elfów. Nazwany jest Królem Leśnych Elfów. Później, we „Władcy Pierścieni” dowiadujemy się, że ma na imię Thranduil i że ma syna Legolasa. Zyskujemy tę wiedzę jednak dopiero później. Pomyśleliśmy więc, że skoro już to wiemy, możemy to wykorzystać w filmie. W ten sposób wzbogaciliśmy opowieść. Postać Tauriel była kolejnym elementem tego równania, ponieważ dramatyczne historie najlepiej opowiadać z różnych perspektyw. Każdy bohaterów ma inny punkt widzenia - Legolas, Tauriel i Thranduil reprezentują w pewnym sensie całkowicie odmienne zdanie w ramach systemu politycznego elfów.  

Poświęciłeś już czternaście lat życia Tolkienowi…

Tak, na to wygląda.

Jak się z tym czujesz? Planowałeś to od samego początku?

Jestem wdzięczny, że dorastałem jako dzieciak chcący robić filmy w kraju, który nie miał przemysłu filmowego. W Nowej Zelandii w latach 60-tych, kiedy byłem mały, nie istniał przemysł filmowy. Nie było nikogo, kto by robił filmy. Miałem takie szalone marzenie, uwielbiałem filmy, w szczególności fantastyczne. Uwielbiałem King Konga i Raya Harryhausena i kino tego typu. Tak wyglądało moje dzieciństwo, i tak stałem się facetem, który ma możliwość zrobienia adaptacji tych wspaniałych historii i nakręcenia ich w Nowej Zelandii. Mogłem robić to, o czym marzyłem jako dzieciak. Chodzi mi o to, że jak ciężko by nie było -  a czasami zdarzają się dni, które są bardzo stresujące, albo takie, kiedy jesteś pod ogromną presją – to popatrz na mnie: jestem prawdziwym szczęściarzem, który zrealizował swoje marzenie.

Jedną stroną tworzenia filmów są efekty cyfrowe, drugą klasyczne zdjęcia. Czy to jest także Twój sposób tworzenia filmów? Czy jest to jedyna droga, by robić to dobrze poprzez łączenie nowoczesnej technologii z prawdziwym kinem?

Efekty cyfrowe są zadziwiające. Od czasu kiedy byłem dzieckiem marzącym o kręceniu filmów obserwuję ogromną rewolucję pozwalającą umieścić na ekranie wszystko, co tylko sobie wyobrazisz. Nie ma już absolutnie żadnych barier… zamykasz oczy, wymyślasz jakikolwiek obraz i możesz go zrealizować. Nie zawsze tak było - piętnaście czy dwadzieścia lat temu to nie było możliwe. Uważam kamerę cyfrową za wspaniałe narzędzie niezbędne na planie.   

Myślę jednak, że należy sprawić, by film był prawdziwy. Musimy więc wziąć ten obraz i wyciągnąć z niego jak najwięcej realności. Przez dużą część pracy nad efektami wizualnymi próbujemy różnych opcji. Wiele razy kręciłem sceny cyfrową kamerą, próbując wielu ujęć, spryskiwałem soczewkę kroplami wody albo brudziłem ją.  Sprawiałem, że kamera była w centrum wydarzeń, nawet jeśli nie było tam specjalnej akcji. Efekty cyfrowe istnieją i próbujemy je wkomponować tak, by stały się częścią filmowego świata.

Fot. (C)2014 Warner Bros Entertainment, All Rights Reserved