T.S. Spivet, tytułowy bohater książki Reifa Larsena "Świat według T.S. Spivet", to genialny dwunastolatek kartograf, który wyruszając w podróż do Instytutu Smithsona odkrywa przeszłość swojej rodziny.

"Świat według T.S. Spiveta" ukaże się 27 stycznia 2010.

Kiedy T.S. Spivet niespodziewanie otrzymuje telefon z Instytutu Smithsona zawiadamiający go, że wygrał prestiżową nagrodę, jego zwyczajne życie – o ile tworzenie map rozmów prowadzonych podczas domowych obiadów można uznać za przejaw zwyczajnego życia – ustępuje wielkiej przygodzie: T.S. rozpoczyna  podróż z rodzinnego rancza w stanie Montana do sławnego instytutu w Waszyngtonie.

Wyrusza sam, wskakując do pociągu towarowego. Podczas wędrówki T.S. skrupulatnie dokumentuje swoje wyczyny za pomocą map, wykresów i ilustracji. T.S., który dociekliwie bada to, co jest wokół niego, stopniowo odkrywa także samego siebie.

Podczas tej podróży bohater, oddalając się od rancza, jednocześnie zbliża się do domu. Przypadkowo zabrana w podróż spisana przez matkę opowieść o przodkach T.S.-a umożliwia mu dogłębne spojrzenie na rodzinę, którą opuścił, i na rolę, jaką sam w niej odgrywa. Czytając tę historię, dostrzega, jak niewyraźna jest granica pomiędzy prawdą i fikcją oraz zdaje sobie sprawę, że pomimo całej cechującej go analitycznej dokładności, musi uznać otaczający świat za zagadkę.


Książce "Świat Według T.S. Spiveta" patronuje empik.com.


Przeczytaj fragment książki "Świat Według T.S. Spiveta":

Na werandzie Gracie obierała kukurydzę, a ja kreśliłem mapę. Cykady rozsiewały po polach naszego rancza swoją bzyczącą orkiestrację, a wokół nas płynął sierpień - gorący, gęsty, niezwykły. Montana lśniła w blasku lata. Zaledwie przed tygodniem patrzyłem, jak świt powoli, cicho rozlewa się po miękkim, zwieńczonym jodła mi grzbiecie Pioneers. Przez całą noc byłem na nogach i szkicowałem na pół przezroczystym tle kolejne arkusze umożliwiające nałożenie starożytnej mapy ciała z czasów dynastii Qin na tryptyk rysunków przedstawiających koncepcje funkcjonowania ludzkiego organizmu u Nawahów, Szoszonów i Czejenów.
W przedporannym chłodzie, pełen radosnego podniecenia, wyszedłem boso na werandę. Po mimo niewyspania wyczułem, że ta chwila ma w sobie intymną magię. Chwyciłem mały palec za plecami i stałem tak długo, aż słońce wyszło wreszcie spoza Pioneers i odkryło przede mną swoją niepoznawalną twarz.

W zdumieniu usiadłem na schodach werandy, a wtedy te chytre, drewniane deski wciągnęły mnie w rozmowę:
- Jesteśmy tylko we dwójkę, koleżko - zaśpiewajmy sobie cicho razem - powiedziała weranda.
- Mam pracę - odrzekłem.
- Jaką pracę?
- Nie wiem... robotę, jak to na ranczu.
- Nie jest z ciebie chłopak z rancza.
- Nie jest?
- Nie gwiżdżesz kowbojskich melodii i nie plujesz do puszek.
- Nie jestem za dobry w pluciu - powiedziałem. - Rysuję mapy.
- Mapy? - spytała weranda. - A co tu jest do rysowania? Pluj do puszek. Jeźdź po krainie gór. Wyluzuj.
- Jak to co? Trzeba zrobić mnóstwo map. Mam za mało czasu, żeby wyluzować. Nawet nie wiem, co to znaczy.
- Z ciebie to nie chłopak z rancza, tylko głupiec.
- Nie jestem głupcem - od parłem. I dodałem: - Jestem głupcem?
- Jesteś samotny - odpowiedziała weranda.
- Naprawdę?
- Gdzie on jest?
- Nie wiem.
- Wiesz.
- Tak.
- No to usiądź i za gwiżdż samotną kowbojską melodię.
- Nie skończyłem jeszcze map. Trzeba ich wiele na rysować.

Pierwsza mapa, jaką kiedykolwiek narysowałem, powstała na tej werandzie. Wtedy uważałem, że są to użyteczne wskazówki dotyczące wspięcia się po krętych ścieżkach starej góry Humbug do nieba i podania ręki Bogu. Prymitywizm tego rysunku nie wynika jedynie z niewprawności dziecięcej ręki, ale także z nieświadomości tego, że mapa różni się od przedstawionego na niej miejsca. W wieku sześciu lat można było wejść do świata mapy równie łatwo jak do prawdziwego.

Podczas gdy Gracie i ja obieraliśmy kukurydzę, na werandę wyszła doktor Clair. Słysząc trzeszczenie starych desek pod jej nogami, obydwoje podnieśliśmy wzrok. Kciukiem i palcem wskazującym mocno ściskała szpilkę, z połyskującym na jej czubku błyszczącym metalicznie niebiesko-zielonym żukiem, którego rozpoznałem jako chrabąszcza tygrysiego Cicindela purpurea lauta, rzadki podgatunek chrząszcza Cicindela purpurea audubonii z Oregonu.

Moja matka była wysoką, kościstą kobietą o tak niezdrowo bladej cerze, że przechodnie na ulicach Butte często się na nią gapili. Raz usłyszałem, jak starsza kobieta w kwiecistym kapeluszu przeciwsłonecznym mówi do swojej towarzyszki: „Ależ delikatne nadgarstki!". Zresztą słusznie: gdy by nie była moją matką, myślałbym, że coś z nią jest nie tak.
Dr Clair spinała swoje ciemne włosy w kok za pomocą dwóch wypolerowanych patyczków wyglądających jak kości. Rozpuszczała je tylko na noc, i to za zamkniętymi drzwiami. Kiedy byliśmy młodsi, Gracie i ja na zmianę zerkaliśmy przez dziurkę od klucza na skrywaną przed światem scenę ich czesania. Dziurka była zbyt mała, żeby móc dostrzec cały obraz: widać było tylko łokieć przesuwający się w tę i z powrotem, w tę i z powrotem, jakby jego właścicielka pracowała na jakimś starym krośnie; a po nieznacznej zmianie pozycji, jeśli miało się szczęście, można było dostrzec same włosy i grzebień powracający raz po raz z tym cichym trsz-trsz. Dziurka od klucza, podglądanie, trsz-trsz: wszystko to wydawało się wtedy rozkosznie niegrzeczne.


Wydawnictwo Dolnośląskie /F.N.