„Tusk i Rokita (…) Kaszub i krakus. Historyk i prawnik. Liberał i konserwatysta. (…) Choć to zupełnie różne charaktery, są jednak z tego samego pokolenia, ze zbliżonymi politycznymi drogami. Czy to wystarczy, aby jako prezydent i premier nadal grali w jednej drużynie?” – zastanawiają się Krzysztof Brunetko i Mariusz Janicki w najnowszym numerze „Polityki”  Obydwaj wychowywani przez matki i wcześnie zaangażowani w politykę: „Tusk mówi w swoim spocie wyborczym, że pamięta, kiedy w stoczni strzelano do robotników i wtedy powiedział sobie, że „tak nie można żyć”. Miał w tym czasie trzynaście lat, więc pewnie sporo w takich deklaracjach kampanijnej retoryki. Rokita zaś zainteresował się polityką we wczesnej młodości. Już wtedy zafascynował się światem władzy i wpływów. Prawdziwa inicjacja dla obu nastąpiła w 1980 r., kiedy zaczęli działać w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów. Stanęli po tej samej stronie, choć daleko od siebie. Potem konspira i prawdziwe wejście do polityki pod koniec lat 80. Obaj nie mają jednak dużego doświadczenia na wysokich stanowiskach w administracji. Rokita był szefem Kancelarii Premiera za czasów Hanny Suchockiej, Tuskowi Pawlak proponował fotel wicepremiera w swoim „trzydziestodniowym” rządzie, ale ten odmówił”. Teraz jak pokazują sondaże i po rezygnacji Włodzimierza Niezłomnego jest wielce prawdopodobne, że sięgną po dwie najważniejsze funkcje w państwie – prezydenta i premiera – czy zaśpiewają w zgodnym duecie? Ja bym nie lamentowała. W każdym razie pewnie lepiej im to wyjdzie niż szortska przyjaźń Miłościwie Panującego z Kończącym Po Męsku. Nawet jeśli im przyjdzie zaśpiewać w kwartecie z braćmi Kaczyńskimi.  Iza J. Pełna wersja artykułu w aktualnym wydaniu „Polityki”