Zofia Nasierowska to legendarna fotografka gwiazd. Jej warszawskie studio w szalonych latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych regularnie odwiedzały największe nazwiska polskiego teatru, kina i telewizji. Każdy chciał mieć zdjęcie zrobione jej ręką. Teraz "Boska Nasierowska", jak ją wtedy nazywano, postanowiła podzielić się z czytelnikami swoimi wspomnieniami z tamtych czasów.


Melchior Wańkowicz napisał kiedyś o pani – Nasierowska, fotografka boska. Czym pani zasłużyła sobie na ten komplement z ust mistrza?

Po prostu zrobiłam mu dobre zdjęcia. A on w trakcie sesji doskonale pozował. Cały czas czarował mnie swoim ciepłym i zaczepnym uśmiechem. Na koniec podarował mi swoją książkę, a kiedy poprosiłam go o dedykację, wpisał – "Fotografce boskiej, Zosi Nasierowskiej, Melchior Wańkowicz". Książkę mam do dziś, to miła pamiątka.

W latach 60. i 70. przez pani studio fotograficzne na warszawskim Żoliborzu przewinęło się mnóstwo gwiazd filmowych i telewizyjnych tamtego czasu. Na czym polegała magia pani fotografii?

Nie wiem na czym ona polegała, ale rzeczywiście chyba była, bo przychodziło do mnie wiele znanych osób. A dlaczego stałam się modna? Musiałby pan zapytać o to moich modeli. Chyba po prostu miałam talent i byłam bardzo dobrze wykształcona zawodowo. Od wczesnego dzieciństwa uczył mnie tego mój Ojciec, mistrz fotografii Eugeniusz Nasierowski, no i skończyłam łódzką Szkołę Filmową. Poza tym, chociaż zawsze kochałam ludzi i ze wszystkimi miałam dobry kontakt, to znałam też ich słabości, ich próżność. Każda piękna kobieta jest w sobie zakochana, podziwia swoją urodę, więc ja, wiedząc to, jeszcze je upiększałam. Pewnie dlatego każda chciała być sfotografowana przeze mnie. Ze świata aktorskiego przychodziła do mnie m.in. Beata Tyszkiewicz, Pola Raksa, Kalina Jędrusik, Lucyna Winnicka i mnóstwo, mnóstwo innych. Wtedy to było młode pokolenie aktorów. A ze starszego pokolenia, fotografowałam m.in. Mieczysławę Ćwiklińską. Sesja z nią była bardzo zabawna. Kiedy robiłam jej zdjęcia miała już ponad dziewięćdziesiąt lat i ciągle była na scenie! Pamiętam, że przyszła ze swoim pieskiem, chyba maltańczykiem. Usadowiłam ją i dałam go jej na kolana. Pogłaskała go i powiedziała: – Pani piesek też jest taki sympatyczny i ładny. Zrozumiałam, że prawie nic nie widzi! Ale grała przepięknie, a na zdjęciach wyglądała wspaniale. Zrobiłam je dosłownie tuż przed jej śmiercią. Wybierała się wtedy z teatrem na tourne do Stanów ze spektaklem „Drzewa umierają stojąc”. Zmarła kilka miesięcy po powrocie.

Mnie bardzo rozbawiła historia o Ninie Andrycz, która przyszła na sesję z własnym lustrem…

To prawda. Byłam wtedy bardzo młodą osobą, studiowałam na pierwszym roku łódzkiej szkoły (nikt jej wtedy jeszcze nie nazywał: „filmówką”), a ona była gwiazdą. Do tego żoną ówczesnego premiera Cyrankiewicza! Zadzwoniła do mnie i zapytała czy mogę ją sfotografować. Oczywiście od razu się zgodziłam i powiedziałam, że bardzo ją cenię i lubię. Przyjechała na zdjęcia, nagle rozłożyła duże lustro i usiadła przed nim w studiu. Zamierzała kontrolować swoje miny! Powiedziałam, że to zły pomysł, że nie mogę fotografować w taki sposób. W końcu zgodziła się na to, żeby część zdjęć zrobić z lustrem, a resztę bez niego. Potem przyznała mi rację, bo mój sposób był lepszy.

Studentka, która fotografuje żonę premiera… Chyba miała pani wtedy nogi jak z waty?


Może trochę tak, bo miałam wtedy ze dwadzieścia lat, a ona była damą, o której ciągle pisały gazety. Ale dałam sobie radę, jak ten przysłowiowy uczeń jubilera, który bez wahania przeciął wielki diament, na co nie potrafił się zdobyć jego mistrz.  

Często zdarzały się pani różne mniej lub bardziej śmieszne przygody z gwiazdami?

Często. Kiedyś Adam Hanuszkiewicz poprosił mnie o zrobienie zdjęć do nowego programu teatralnego. Jedną z aktorek biorących udział w przedstawieniu była znana przedwojenna gwiazda Irena Eichlerówna. Zrobiłam jej zdjęcie, ale tylko grupowe, z innymi aktorami. Kiedy zobaczyła, że potem robię portrety innej aktorce, Lali Łubieńskiej, zaczęła krzyczeć, że ona też chce mieć osobny portret. Obie panie omal się nie pobiły, a ja w wyniku tej kłótni straciłam nawet jakieś lampy.

Jak widzę gwiazdy nie zmieniają się przez lata. Trzydzieści lat temu były tak samo kapryśne i humorzaste jak teraz.


Gwiazdy są zawsze takie same. Ale miały do mnie zaufanie, pewnie takie samo, jak do swojej wróżki.

W pani wspomnieniach przewijają się też nazwiska, które stanowią historię polskiego kina i nie tylko – Agnieszka Osiecka, Roman Polański…

Wszystko zaczęło się w czasach moich studiów w Łodzi. Agnieszka kończyła je razem ze mną, a Romek był o kilka lat wyżej, ale tam poznaliśmy się i zaprzyjaźnili. Potem, nasz dom na  Żoliborzu stał się miejscem spotkań środowiska. Bywali u nas znani aktorzy, literaci, ale także lekarze i naukowcy. Zawistnicy, którzy nie byli zapraszani, nazywali to „warszawką”. Dzieci narzekały, że drzwi u nas się nie zamykają, ale lubiliśmy naszych gości i oni lubili nas. To nie byli moi zwyczajni klienci, którzy po wykonaniu usługi odchodzą, ale towarzystwo ludzi, którzy się dobrali według jakiegoś swojego, trudnego do zdefiniowania klucza. Jak postanowiliśmy się przenieść na Mazury, to śmiali się, kto teraz będzie utrzymywał Żoliborz.

Kto wpadł na pomysł spisania pani wspomnień?


Wydawnictwo Marginesy. Przez pierwsze pół roku nie zgadzałam się na to, bo sądziłam, że nie ma o czym pisać. Ale Wydawnictwo, a właściwie jego założycielka i właścicielka, Hania Grudzińska się uparła. Muszę powiedzieć, że mnie samą zaskoczył ten powrót do przeszłości. Zosia Turowska - autorka, dość łatwo wyciągała ze mnie te wszystkie informacje, ale prace nad książką "Nasierowska. Fotobiografia" trwały bardzo długo, chyba ze dwa lata.

Od wielu lat, z powodu choroby oczu nie robi już pani zdjęć? Jest szansa, że chwyci pani jeszcze za aparat?


Kto wie. Jak zdrowie pozwoli, to może jeszcze kiedyś wejdę na chwilę do studia…

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Mirosław Mikulski