"Anubis" Wolfganga Hohlbeina otwiera przed czytelnikami bramę nieistniejącej świątyni, którą strzegą niemi strażnicy, bramę do królestwa zmarłych. Premiera już 31 lipca 2009.

 

Mogens VanAndt nie spełnia się jako profesor w trzeciorzędnym college’u w małej miejscowości w stanie Massachusetts. Pewnego dnia odwiedza go dawny kolega ze studiów Jonathan Graves, z którym wiąże go mroczna tajemnica. To właśnie on, ten demon przeszłości, zniszczył jego karierę naukową.
Właściwie Mogens nie chce mieć już nic wspólnego z przyjacielem sprzed lat, ten jednak składa mu propozycję, której trudno się oprzeć. Chodzić miało o naprawdę wielkie odkrycie, może nawet najważniejsze w nowożytnej archeologii. Wciska mu do ręki pięćset dolarów i bilet do Kalifornii, wszystko po to, by Mogens pojechał na miejsce znaleziska.
Mogens nie może oprzeć się pokusie. Po długiej podróży pociągiem do San Francisco i pełnej przygód przeprawie automobilem dociera do obozu ukrytego w górach. Tutaj Graves sprowadza go do podziemnego wykopaliska – to świątynia Anubisa, szakalogłowego boga podziemia. Ściany podziemnych komnat całe są pokryte hieroglifami egipskimi.
Ale to jeszcze nie wszystko. Kamienni strażnicy świątyni strzegą bramy, która od tysięcy lat jest zamknięta. Za nią otwiera się droga do królestwa strachu, w którym granice między życiem a śmiercią zdają się być zatarte i skąd szakale boga śmierci starają się przedostać do świata żywych.


O autorze:

Wolfgang Hohlbein to fenomen - do tej pory wydał więcej niż sto sześćdziesiąt książek w łącznym nakładzie ponad siedmiu milionów egzemplarzy. Jest najbardziej produktywnym autorem literatury fantastycznej krajów niemieckojęzycznych i nieustannie cieszy się niesłabnącą popularnością zarówno wśród młodych, jak i starszych czytelników. Znany jest przede wszystkim dzięki cyklowi powieści "Der Hexer".
Wolfgang Hohlbein mieszka i pisze w swoim domu niedaleko niemieckiego miasteczka Neuss.


Przeczytaj fragment książki "Anubis":


Profesor Mogens VanAndt nienawidziłswojego zawodu. Jednak nie zawsze tak było. Jeszcze kilka lat wcześniej,czyli w osobistym odczuciu Mogensa – całe wieki temu, kochał swoje zajęcie. A nawet gdzieś w głębi duszy cząstka tej miłości wciąż żyła. No to może inaczej – profesor swój zawód nadal kochał, nienawidził tylko tego, co musiał robić. Mogens VanAndt był z pochodzenia Belgiem, a dokładniej – jak już samo jego nazwisko zdradzało – Flamandczykiem, z wychowania jednak i stylu życia na wskroś Amerykaninem. Zapewne dlatego podejmował się nowych zajęć z godną pozazdroszczenia łatwością, a jak już coś zaczął, był skrupulatny, zacięty, nawet opętany obsesją. Każdy, kto znał go w czasach młodości, wróżył mu świetlaną przyszłość.

Nauczyciele byli z niego niezmiernie zadowoleni, a gdyby sprawy potoczyły się zgodnie z przewidywaniami profesorów na uniwersytecie, najpóźniej po pięciu latach od uzyskania doktoratu wróciłby na swój wydział jako ich równoprawny kolega. Nazwisko VanAndta już teraz figurowałoby w niejednej książce specjalistycznej, a liczne artykuły byłyby ozdobą czasopism naukowych i innych publikacji. Los chciał jednak inaczej.

Jego nazwisko zdobiło tylko wizytówki w wysłużonym portfelu ze świńskiej skóry pamiętającym jeszcze lepsze czasy, a także niedbale wykonaną tabliczkę na drzwiach maleńkiej pracowni bez okien w piwnicy uniwersytetu w Thompson. Uniwersytetu, o którym nikt nie słyszał i który znajdował się w mieście również nieznanym prawie nikomu, kto mieszkał w odległości większej niż pięćdziesiąt mil.
Bywały dni, kiedy Mogens miał całkiem poważne podejrzenia, że nawet nie wszyscy mieszkańcy Thompson wiedzą, jak nazywa się ich miasteczko, nie mówiąc już o studentach tutejszego tak zwanego uniwersytetu.
Palące się w kominku drwa, które – jak mu się zdawało – dopiero co dołożył, znów wypaliły się prawie doszczętnie. VanAndt wstał, podszedł do małego wiklinowego kosza z drewnem na opał stojącego obok kominka i dorzucił do ognia nowe polano. Iskry wystrzeliły w górę, zmuszając Mogensa do przykucnięcia i wycofania się o dwa kroki, po czym spadły na miejscami wypaloną, jednak starannie wypastowaną podłogę. Profesor wyprostował plecy, cofnął się jeszcze o krok i rzucił okiem na staromodny zegar stojący przy drzwiach. Było po szóstej. Spodziewany gość spóźniał się.


Właściwie nie miało to żadnego znaczenia. VanAndt nie planował nic szczególnego na ten wieczór. W Thompson było to zresztą prawie niemożliwe. Ta licząca sobie trzy tysiące istnień mieścina nie miała do zaoferowania żadnych godnych uwagi rozrywek. Oczywiście była obowiązkowa knajpa, która zarówno pod względem wyglądu, jak i odwiedzającej ją klienteli stanowiła istny relikt przeszłości.
Ale po pierwsze, profesor nie znosił alkoholu, a po drugie, w mieście był uważany za ekscentryka i dziwaka. Obydwie te cechy nie przemawiały za tym, by pokazywać się w przybytku odwiedzanym głównie przez robotników i prosty lud. Był jeszcze mały drugstore z przyległym barem mlecznym oraz kino, gdzie w weekendy wyświetlano filmy hollywoodzkie sprzed pół roku. Jednak obydwa te miejsca stały się punktem spotkań tamtejszej młodzieży, tak więc dla profesora również nie wchodziły w rachubę.
I w końcu był jeszcze pewien nocny lokal z czerwonymi lampami i dyskretnymi pokoikami, które nie były nawet w przybliżeniu tak dyskretne, jak być powinny, za to znacznie mniejsze, niż należałoby się spodziewać. Jednak pracujące w nich panie zupełnie nie odpowiadały wymaganiom
Mogensa, więc rad nierad co miesiąc wybierał się do oddalonej o sto mil stolicy hrabstwa, by odwiedzić tamtejszy odpowiednik wspomnianej instytucji. Cóż, życie VanAndta toczyło się utartymi, żeby nie powiedzieć nudnymi torami.
Nic dziwnego, że telegram, który przyszedł przed dwoma dniami, stanowił najciekawszą przerwę w tej monotonii.

Gdy więc w końcu ktoś zapukał do drzwi, Mogens cofnął się i odwrócił od kominka jak oparzony. Serce biło mu szybciej. Jeszcze chwila, a skoczyłby w kierunku drzwi i otworzył je gwałtownym szarpnięciem. Był jednak profesorem, a nie dziesięcioletnim chłopcem, który w bożonarodzeniowy
poranek niecierpliwie czeka, by znaleźć się w dużym pokoju i sprawdzić, co Święty Mikołaj zostawił na gzymsie kominka. W dodatku święta dawno minęły, a Mogens nie miał już dziesięciu lat, lecz zbliżał się do czterdziestki. No i nie miał najmniejszego zamiaru okazać swojemu gościowi, jak bardzo był ciekawy „oferty zawodowej”, o której ten pisał w telegramie. Tak więc nie tylko zmusił się wysiłkiem woli do zachowania spokoju, ale także odczekał cztery czy pięć sekund, zanim wyciągnął rękę w kierunku klamki.
Kiedy już otworzył, trudno mu było ukryć rozczarowanie.
Przed drzwiami nie stał obcy człowiek, lecz panna Preussler, jego gospodyni. „Proszę mówić mi Betty, wszyscy tak się tu do mnie zwracają” – powiedziała już w pierwszym dniu, zaraz jak się tu wprowadził, jednak VanAndtowi poufałe „Betty” nigdy nie przeszło przez gardło, ba, nawet
w myślach jej tak nie nazywał. Zamiast wypowiedzieć starannie dobrane słowa, które przygotował sobie na powitanie gościa, bąknął tylko zaskoczony:
– Och?
Panna Preussler opuściła prawą rękę, którą właśnie zamierzała kolejny raz zapukać, pogroziła mu kokieteryjnie palcem wskazującym i jak zwykle nie pytając o pozwolenie, prześliznęła się obok Mogensa do pokoju.
– Och? – spytała. – To tak się wita starą przyjaciółkę, drogi panie profesorze?
Mogens uznał, że lepiej w ogóle nie odpowiadać. Zawsze kosztowało go sporo wysiłku, by znieść natarczywość panny Preussler – którą ona najwyraźniej uważała za wyraz sympatii – dziś jednak przychodziło mu to z wyjątkowym trudem.
– Ależ skąd – zaprzeczył jednak pospiesznie i trochę niezręcznie.
– Chodzi tylko o to, że...
– ...że się pan mnie nie spodziewał, wiem – przerwała mu panna Preussler.

Odwróciła się plecami, rzucając przy tym szybkie, baczne spojrzenie na pokój, co uwadze Mogensa w żadnym razie nie mogło umknąć. Panna Preussler była najbardziej schludnym i dbającym o czystość człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkał, mimo że sam cenił sobie czystość ponad wszystko. Jej krytyczne spojrzenie najwyraźniej nie doszukało się choćby najdrobniejszego pyłku, bo gdyby tak było, z pewnością zmarszczyłaby czoło z dezaprobatą. Nic jednak dziwnego – Mogens ostatnie półtorej godziny spędził na sprzątaniu pokoju i polerowaniu sprzętów na taki połysk, jaki tylko był do uzyskania w przypadku mebli sprzed pół wieku, które stanowiły wyposażenie jego stancji.
– Spodziewa się pan wizyty, drogi panie profesorze? – ciągnęła dalej gospodyni, zupełnie jakby wcześniej sama na to nie wpadła.
– Tak – odpowiedział Mogens. – Dawny znajomy zapowiedział się niespodziewanie. Oczywiście poinformowałbym panią o tej wizycie, ale wiadomość przyszła naprawdę niespodziewanie. Nie chciałem pani niepotrzebnie przeszkadzać, już i tak ma pani zawsze dużo zajęć.

Zwykle wystarczało tego rodzaju powołanie się na pracę, by na powrót usposobić ją przychylnie. No bo praca była jej żywiołem! Zwłaszcza że panna Preussler uważała za nią nie tylko prowadzenie pensjonatu, w którym tylko jeden z trzech pokoi był zajęty przez stałego gościa, ale również pogoń za najdrobniejszym pyłkiem, za każdą drobinką brudu, które śmiały wtargnąć do tej świątyni. Jednak nie dziś. Wręcz przeciwnie, nagle wydała się nieco zirytowana lub nawet urażona. Oderwała na chwilę wzrok od twarzy profesora i zerknęła na telegram, który leżał na biurku wprawdzie otwarty, jednak zapisaną stroną do dołu. Przez tę krótką chwilę Mogens mógł wyczytać w jej oczach, że doskonale znała treść wiadomości.
Oczywiście, że ją znała. A czegóż się spodziewał?
Prawdopodobnie znała ją już przed nim. Thompson było niewielką miejscowością, w której wszyscy wiedzieli o wszystkim i w której nie zdarzało się nic, co by nie trafiło natychmiast do wiadomości ogółu. Mimo to zirytował się, gdy uświadomił sobie, że panna Preussler nie uszanowała tajemnicy korespondencji. Musiał zebrać wszystkie swoje siły, by nie przywołać swojej gospodyni do porządku w ostrych słowach. Jednak uśmiechnął się tylko i uczynił znikomy ruch, który ona mogła odczytać jako wzruszenie ramionami albo co tam jeszcze chciała.

Po upływie następnej sekundy w oczach panny Preussler znów pojawił się drwiący uśmiech i znów uniosła palec wskazujący, by nim kokieteryjnie pogrozić.
– Ależ drogi panie profesorze, czy okłamywanie starej przyjaciółki miałoby być dowodem dobrego wychowania?
Mogens już miał na końcu języka, że w całym tym przydługim zdaniu jedynym prawdziwym słowem było „stara”.
Powstrzymał się jednak, bo rzeczywiście był dobrze wychowany. Poza tym nie byłoby zbyt rozsądnym narażać się pannie Preussler tak całkiem otwarcie, a przynajmniej zanim się dowie, kim właściwie jest tajemniczy gość i czego chce. Dlatego i nie odpowiedział.
Panna Preussler najwyraźniej nie była skłonna tak szybko się poddać, co Mogensa bynajmniej nie zdziwiło.
Jeśli coś, nawet wbrew własnej woli, podziwiał w swojej gospodyni, to właśnie wytrwałość. Od pierwszego dnia panna Preussler nie pozostawiała wątpliwości, że spróbuje wszystkiego, by zwabić kiedyś tego przystojnego, dobrze zbudowanego pensjonariusza do swojego miękkiego łóżka i swoich zapewne jeszcze miększych objęć. Już sama myśl o tym przyprawiała Mogensa o zimne dreszcze. Ale miękkość objęcia, którą jej przypisywał, nie polegała bynajmniej na jej alabastrowej skórze czy łagodnym sposobie bycia, lecz raczej na tych kilku zbędnych kilogramach, które przez te lata zdążyły się nagromadzić. Mogens nigdy nie pytał ją o wiek, wiedząc, że doprowadziłoby to do wytworzenia między nimi poufałości, której chciał przecież uniknąć.
Szacował jednak, że gdyby się w młodości dobrze postarała, mogłaby być jego matką.
A jednak niezaprzeczalnie miało też swoje dobre strony to, by nie odrzucać w sposób nazbyt zdecydowany zalotów panny Preussler. Czasami wprawdzie wyjątkowo działała mu na nerwy, z drugiej strony jednak matkowała mu w sposób niemalże wzruszający, co znajdowało wyraz w dodatkowym kawałku ciasta w niedzielę, w szczególnie dużej porcji mięsa na talerzu czy też zawsze napełnionym koszu z drewnem na opał koło kominka – a wszystko to były rzeczy, o których inni goście pensjonatu nie śmieli marzyć.
Panna Preussler, mimo że sama gorliwa protestantka, pogodziła się nawet z jego radykalnym nastawieniem do Kościoła. Nie pochwalała ateusza, lecz milcząco akceptowała.
Już sama ta okoliczność wskazywała jednoznacznie, że zagubiona w chaosie swoich uczuć panna Preussler beznadziejnie zakochała się w Mogensie.

On natomiast... Nie uważał może panny Preussler za odpychającą, jednak nie był od tego daleki. Wiedział, że jej uczucia do niego są prawdziwe i nawet próbował raz czy dwa wzbudzić w sobie do niej choć nutkę sympatii, lecz bez powodzenia. Z kolei fakt, że mimo wszystko czerpał korzyści z jej zalotów, doprowadzał profesora nie tylko do permanentnych wyrzutów sumienia, ale niekiedy i do tego, że sam sobą pogardzał. To z kolei tylko jeszcze potęgowało w nim niechęć do panny Preussler. Ludzie są doprawdy skomplikowanymi istotami...
– Panno Preussler – zaczął, zastanawiając się, jak wyprosić ją w możliwie najbardziej dyplomatyczny sposób, czyli taki, aby nie odbiło się to na jakości następnego posiłku. – Nie sądzę, żeby...
Gospodyni niespodziewanie dała mu nieco czasu do namysłu. Jej przenikliwy wzrok odkrył bowiem bezwstydnego intruza w świątyni czystości, w jaką zamieniła swój dom – resztki popiołu, które wcześniej wypadły z kominka.
Nie zwracając zupełnie uwagi na rozpoczęte przez Mogensa zdanie, obróciła się wokół własnej osi i zrobiła skomplikowany, ociężały piruet, równocześnie przykucając. W oczach VanAndta wyglądało to tak, jakby nagle się rozpłynęła, po czym zakrzepła ponownie w postaci małej, rozległej figury.
Z ogromną zręcznością, którą można wytłumaczyć jedynie wytrwałymi ćwiczeniami praktykowanymi przez całe życie, wyciągnęła z kieszeni fartucha szmatkę do kurzu i w okamgnieniu starła mikroskopijny pyłek z podłogi, po czym obdarzyła Mogensa tak promiennym uśmiechem, że urwane w pół słowa nagany dosłownie uwięzły mu w gardle.


Wydawnictwo Red Horse /F.N.