Stanisław Lem, światowej sławy pisarz science-fiction, zmarł dziś w Krakowie. Miał 85 lat. Łączny nakład ponad 2000 wydań jego książek, które ukazały się w 41 językach, przekroczył 27 milionów egzemplarzy.

Urodził się 12 września 1921 roku we Lwowie, gdzie spędził dzieciństwo i młodość. W latach 1940-41 studiował we lwowskim Instytucie Medycznym. Wskutek działań wojennych musiał porzucić naukę. Pracował jako spawacz i mechanik samochodowy. Działał w ruchu oporu. Wrócił na studia ponownie w 1944 r. Niecałe dwa lata później został wraz z rodziną repatriowany do Krakowa, gdzie kontynuował studia na UJ. W 1953 r. ożenił się z Barbarą Leśniak. 15 lat później urodził się jego jedyny syn Tomasz.
Kilka miesięcy po wybuchu stanu wojennego Lem opuścił Polskę. Wyjechał początkowo do Berlina, jako stypendysta Wissenschaftskolleg. Po roku przeniósł się do Wiednia. Wrócił do Polski pod koniec 1988 r. Mieszkał w Krakowie do swojej śmierci - 27 marca 2006 r.

Debiutował w 1946 roku nowelą Człowiek z Marsa drukowaną w odcinkach w "Nowym Świecie Przygód". Pisywał wiersze i opowiadania publikowane między innymi w "Tygodniku Powszechnym", "Żołnierzu Polskim" i "Kuźnicy". W 1948 roku zaczął pisać swoją pierwszą powieść Szpital Przemienienia, która z powodów cenzuralnych ukazała się dopiero osiem lat później. W 1951 wydał pierwszą książkę, powieść fantastyczno-naukową Astronauci. Kolejne książki z zakresu SF sprawiły, że zdobył pozycję jednego z najwybitniejszych pisarzy w historii science fiction. Były to m.in. powieści: Eden (1959), Powrót z gwiazd (1961), Solaris (1961), Niezwyciężony (1964), Głos Pana (1968), Opowieści o pilocie Pirxie (1968) realizujące klasyczny wzorzec gatunku. Pisał także utwory o żartobliwym, groteskowym charakterze, nierzadko wykorzystujące formę bajki, przypowieści czy powiastki filozoficznej:  Dzienniki gwiazdowe (1957), Pamiętnik znaleziony w wannie (1961), Bajki robotów (1964), Cyberiada (1965), Wizja lokalna(1982), Pokój na Ziemi (1987).
Poza beletrystyką publikował także prozę dyskursywną i utwory publicystyczne, m.in. były to: Dialogi (1957), Summa Technologiae (1964), Filozofia przypadku (1968), Fantastyka i futurologia (1970), Rozprawy i szkice (1975). Pisał także szkice literackie o nieistniejących książkach, teksty te ukazały się w kilku zbiorach: Doskonała próżnia. Wielkość urojona (1974), Prowokacja (1984) i Biblioteka XXI wieku (1986).

W 1973 roku przyznano mu honorowe członkostwo Science Fiction Writers of America, które jednak stracił w 1976 r. z powodu krytycznych wypowiedzi na temat poziomu amerykańskiej literatury SF. Proponowanego mu po kilku latach zwykłego członkostwa SFWA nie przyjął.

Należał do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz Polskiego Pen Clubu, był laureatem wielu nagród krajowych i zagranicznych (m.in. austriackiej nagrody państwowej im. Franza Kafki w dziedzinie literatury), odznaczeń (Orderu Orła Białego) i doktoratów honoris causa (Politechniki Wrocławskiej, Uniwersytetu Opolskiego, Lwowskiego Państwowego Uniwersytetu Medycznego oraz Uniwersytetu Jagiellońskiego). W 1994 r. został członkiem Polskiej Akademii Umiejętności. Wielokrotnie rozważano jego kandydaturę do literackiej Nagrody Nobla, jednak nigdy jej nie otrzymał.


Mam na pieńku z biologiczną ewolucją
- W pewnym sensie mam na pieńku z biologiczną ewolucją, która nas tak ukształtowała, że jesteśmy uzależnieni od chemii w naszych ustrojach. A teraz dobrali się do tego z dziką chciwością i bez wszelkiej litości uczeni - mówił Stanisław Lem w wywiadzie udzielonym EMPiK.com sześć lat temu. Powrócił wtedy, po 11 latach pisania tekstów publicystycznych,  do beletrystyki. Opowiadanie zatytułowane Kliknij opublikował latem 2000 roku na łamach "Spiegla". Nie ukrywał, że skusiło go poważne honorarium zaproponowane przez niemieckie czasopismo: 

- "Spiegel" płaci bardzo dobrze - 5 tysięcy dolarów. Opowiadanie jest inne od wszystkich dotychczasowych moich opowiadań. Tłumaczka już przesłała to z Monachium do Hamburga i to się niedługo ukaże w druku. Ale najpierw będzie po niemiecku. A w kraju... No w końcu wydałem zdaje się: Lube czasy, Sex Wars i ostatnio Okamgnienie. Takich książek niebeletrystycznych opublikowałem trochę, a opowiadań napisałem coś z trzy albo cztery w ciągu ostatnich lat, ale bez entuzjazmu.

- Bez pańskiego entuzjazmu?  
- Bo co za dużo, to niezdrowo. Trzeba po prostu z pomiarkowaniem trochę... Byłem właśnie w księgarni na Karmelickiej i zobaczyłem, że rozmaici autorzy jak Sapkowski, Ziemkiewicz itd. piszą olbrzymie ilości rozmaitych utworów. Byłoby rzeczą niesmaczną, gdybym ja do tego oceanu dolewał moją szklaneczkę wody. To nic nie zmieni. Dostałem wczoraj rozliczenia - 7 milionów 140 tysięcy wydań łącznych w Niemczech, trochę więcej w Rosji, mniej w Ameryce.. No co ja mam - góry z książek usypać? Nie trzeba przesadzać.

- Obecnie toniemy w powodzi informacji. Czy porządkuje Pan źródła, żeby nie zagubić się w bałaganie?
- Muszę, oczywiście. Prenumeruję "International Herald Tribune", to jest amerykańskie pismo, zbiorcze w pewnym sensie. Można w nim znaleźć głosy z "Washington Post", z "New York Timesa" itd. Czasem coś z prasy niemieckiej, rzadziej z francuskiej, ponieważ we Francji panuje straszliwy upadek - moim skromnym zdaniem - literatury. Francuzi sięgają do Borgesa, Sartre'a, jakieś takie rozmaite kawałki. Następnie mam duży bukiet prac naukowych. Z Moskwy dostaję "Prirodę". To najlepsze naukowe pismo, jakie w ogóle znam, ponieważ nie ma w nim żadnych reklam. W "Scientific American" i "American Scientist” oraz w "New Scientist" z Anglii na połowę tekstu przypada połowa reklam. Widać od razu, że utrzymują się z reklam. I dbają o to, żeby teksty były sensacyjne i łatwo zrozumiałe. Wprawdzie "Priroda" rosyjska bardzo podupadła - ma dziesięć razy mniejszy nakład niż za sowieckich czasów (spadek nakładu z 80 tys. do 8 tys.), ale jej klasa zupełnie się nie zmieniła. Nie kupuję "Świata nauki" u Prószyńskiego, bo to jest po prostu przetłumaczony "Scientific American", a ten mam bezpośrednio z Ameryki. Dostaję jeszcze jakieś rozmaite abstrakty, kseroksy no i jest jeszcze Internet. Na szczęście w tym przypadku filtrem jest dla mnie mój pan sekretarz. Na jego filtrach osiada to, co do mnie nie dociera, żebym się dowiedział, że jestem taki albo jestem owaki, albo że chodzi o to i o tamto. Prenumeruję jeszcze oczywiście "Spiegel", kupuję od czasu do czasu "Newsweek"... Mam tego więcej niż jestem w stanie przeczytać, toteż nie czytam, tylko nerwowo przeglądam, żeby zobaczyć, czy broń Boże nie ma jakiejś nowości, którą warto sobie zakonotować.

- I udaje się Panu to wszystko przeczytać?
- Oczywiście, znajduję się w stanie permanentnego tonięcia, że tak powiem - w morzu informacyjnym, ale w końcu wiek i doświadczenie sprawiają, że nie wchłaniam byle czego. Po pierwsze - nie interesuję się sportem, z wyjątkiem tenisa. Zupełnie nie interesują mnie żadne księżne i hrabiny, które wychodzą za księżniczki, i to, że Kamila Parker była już raz u królowej Elżbiety. Nie rzuciłem się z wytrzeszczonymi oczami na te teksty, bo mnie to nic nie obchodzi. Książę Walii, czyli Charles, gada straszliwe głupstwa, więc oczywiście omijam to, tak jak się omija kałużę. Ogólnie jest tak: jeżeli informacji jest x razy więcej na świecie, to trzeba być x razy bardziej ostrożnym, żeby nie wdepnąć w coś głupiego. Od czasu do czasu robię polowania na "Kulturę" Giedroycia, na "Zeszyty Literackie" - to są naprawdę polowania, bo tego nie ma normalnie w księgarniach, co jest bardzo smutne, bo to jeden z bardzo nielicznych, może jedyny prawie całkowicie obiektywny głos przedstawiający sytuację polską. Przedwczoraj (4 czerwca 2000 r.) podpisałem (wymęczyli mnie!) umowę na pełnometrażowe sfilmowanie Kataru. Dałem prawa światowe, a głównie dlatego dałem, bo 20 lat temu z Janem Józefem Szczepańskim napisaliśmy wspólnie scenariusz, PRL to odrzucił i nikt nie chciał tego sfilmować. A teraz się nagle znalazł jakiś producent w Niemczech, więc zgodziłem się, bo wiem, że dostanę połowę i Szczepański, który jest w trudnej sytuacji życiowej, dostanie połowę. Dlatego bardzo mi na tym zależy. Aczkolwiek jestem przekonany, że film będzie podły, ponieważ Niemcy nie mają po pierwsze pieniędzy, po drugie pieniędzy, a po trzecie zdolnych ludzi do robienia filmów.

- Niedawno zgodził się Pan również na sfilmowanie Solaris w Hollywood, ale jednocześnie zastrzegał się Pan: "Mam nadzieję, ze nie doczekam".
- Teraz już nic nawet o tym nie mówię, bo przecież nic nie wiem. Jestem jak ten mąż, którego żona stale zdradza, ale on stara się ze wszystkich sił utrzymać się w przekonaniu, że pozostaje mu wierną. Jakiś Cameron jest producentem Solaris. Wiem tylko tyle, że mam dostawać regularnie jakieś pieniądze, ale nie mogę pytać o scenariusz. Wyjaśniono mi, że w ogóle nie mam prawa mieszać się do tego. Co oni zrobią, to jest oczywiście ich zdaniem wspaniałe, ale opinia producenta nie jest jednak miarodajna i trzeba sobie powiedzieć, że to po prostu nonsens.

- Panu w ogóle raczej rzadko podobały się filmowe adaptacje Pańskich utworów...
- Nie podobał mi się film Tarkowskiego o Solaris. Nie ukrywałem tego zanadto ani wtedy, gdy był w Paryżu, już jako dysydent i emigrant, a także potem, kiedy umarł na raka. Jakiś facet z "Frankfurter Rundschau" rzucił się na mnie, jak śmiem po zgonie tak wybitnego reżysera negatywnie wyrażać się o jego filmie. A ja mówię o moim wrażeniu, które odniosłem i nie było ono korzystne. Wie pani, dziedzina literatury i sztuki, to jest jedna z nielicznych, w których nie zachowuję zasad dyplomatycznych. Mówię prawdę. Jak mi się coś podoba, to podoba, a jak nie podoba, to nie. Co ja mam zrobić, nie ma na to żadnej rady.

- Scenariusz na podstawie Kataru nie był jedynym, który napisał Pan wspólnie z Janem Józefem Szczepańskim.
- Wajda to zrobił, ale to był mały film - Przekładaniec - tak jak się nazywa ten tomik, który teraz wyszedł. To było dobre, z Kobielą, zrealizowane tuż przed jego tragiczną śmiercią. I wtedy to było dziwaczną fantasmagorią. Tymczasem dożyliśmy czasów, kiedy się doszywa ręce, nogi, to i tamto, i to się stało znacznie bardziej zwyczajne, znacznie lepiej przyswajalne przez odbiorcę. Aczkolwiek sam film jest - można powiedzieć - już z siwą brodą. A ten drugi, co to było...

- Rękopis znaleziony w wannie...
- Dałem opcję jakiemuś Amerykaninowi. W Panu Bogu nadzieja, że on nic z tego nie zrobi. Lepiej nie mieć żadnego nakręconego filmu według książki aniżeli zły. To przecież proste. Tak samo dotyczy to tłumaczeń.

- Niektórym swoim bohaterom ofiarował Pan ciekawą możliwość - przy pomocy na przykład korbki czy innego urządzenia mogą sobie obniżyć inteligencję do poziomu idioty. Kilkakrotnie sięgał Pan do motywu szczęśliwego idioty. Czy Pana pociągałby taki stan?
- Nie, nie, nie, nie (śmiech). Wie pani, muszę powiedzieć uczciwie, że ostatnia seria odkryć dość mnie rozczarowała w tym sensie, że okazuje się, iż wyższe uczucia mogą być spowodowane na przykład przez androsteron albo przez testosteron. Po prostu rozmaite molekuły chemiczne mogą nam zmieniać nastrój, nawet inteligencję itd. Dlatego w pewnym sensie mam na pieńku z biologiczną ewolucją, która nas tak ukształtowała, że jesteśmy do tego stopnia uzależnieni od chemii w naszych ustrojach. A teraz się do tego uczeni dobrali z dziką chciwością i bez wszelkiej litości.

Rozmawiała (w czerwcu 2000 r.) Magdalena Walusiak