Prowadząc akcję "Sekretu Genezis" od zamków Irlandii po wymarłe pustkowia Kurdystanu, Tom Knox po mistrzowsku splata autentyczny materiał historyczny, teorie naukowe i biblijne tajemnice w elektryzującą opowieść, która trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony.
Na spalonej słońcem pustyni we wschodniej Turcji archeolodzy odkopują najstarszy kompleks sakralny świata, pochodzący sprzed dwunastu tysięcy lat. W trakcie prac okazuje się, że to niezwykłe miejsce zostało celowo zakopane przed dziesięcioma tysiącami lat. Kto to zrobił i dlaczego?
W tym samym czasie w Wielkiej Brytanii dochodzi do serii brutalnych zabójstw przypominających rytualne mordy, z jakich słynęły niektóre starożytne cywilizacje.
Tylko jeden człowiek zna sekret – sekret tak szokujący, że może zagrozić strukturze społecznej całej ludzkości – i nie cofnie się przed niczym, żeby zniszczyć dowody, zanim ujrzą światło dzienne.
Tom Knox to pseudonim pisarza Seana Thomasa. Urodzony w Anglii podróżuje po całym świecie, współpracując z wieloma gazetami, m.in. „Timesem”, „Guardianem” i „Daily Mail”. Ostatnią jego książkę – opowiadającą o burzliwym życiu miłosnym autora – przetłumaczono na osiem języków, a prawa do publikacji „Sekretu Genezis” zostały sprzedane do ponad 20 krajów. Pisze także o sztuce, polityce i historii starożytnej. Mieszka w Londynie.
Premiera książki "Sekret Genezis" już 10 lutego 2010.
Patronat nad książką objął empik.com.
Przeczytaj fragment książki "Sekret Genezis":
Na lotniskowym parkingu ciepły, pylasty wiatr trącał liście wybujałych palm. Kilku taryfiarzy z postoju mierzyło Roba wzrokiem. Przyjrzał się im i dokonał wyboru. „Do Şanlιurfy”, rzucił do jednego z młodszych.
Zarośnięty mężczyzna się uśmiechnął. Miał na sobie dżinsową koszulę, wprawdzie wystrzępioną, ale czystą. Sprawiał wrażenie sympatycznego. Sympatyczniejszego od swoich kolegów, którzy ziewali i spluwali. Co więcej, mówił po angielsku. Po krótkiej rozmowie o stawce i lokalizacji hotelu uścisnęli sobie ręce, taksówkarz wziął bagaże Roba, cisnął je po męsku do bagażnika, potem usiadł za kółkiem, skinął głową i oświadczył:
– Urfa! Nie Şanlιurfa. Urrfa!
Rob rozparł się na siedzeniu taksówki. Teraz poczuł się nagle bardzo zmęczony. Podróż z Tel Awiwu była długa. Jutro pójdzie i obejrzy te dziwne wykopaliska. Ale teraz potrzebował snu. Jednak taksówkarz najwyraźniej miał ochotę na pogawędkę.
– Chcesz piwo? Znam dobre miejsce.
Rob jęknął w duchu. Za oknem migały ciemne płaskie pola.
– Nie, dzięki.
– Kobiety? Znam dobrą kobietę!
– Eee, nie. Nie bardzo.
– Dywan. Chcesz dywan. Mam brata...
Rob westchnął i zerknął na wsteczne lusterko. Zobaczył w nim uśmiechniętą od ucha do ucha twarz. Chłopak żartował.
– Bardzo zabawne.
Taksówkarz się roześmiał.
– Jeb… dywany! – Potem, nie odrywając oczu od drogi, odwrócił się i wyciągnął rękę. Rob ją uścisnął. – Moje imię Radewan – powiedział młodzieniec. – A twoje?
– Robert. Rob Luttrell.
– Witam, mister Robert Luttrell.
Rob się roześmiał i odpowiedział „Czołem”. Byli już na przedmieściach. Wzdłuż pustej, zarzuconej śmieciami jezdni stały latarnie i zakłady wulkanizacyjne. Neonowy szyld stacji benzynowej Conoco jarzył się czerwienią w gęstniejącym, dusznym mroku. Po obu stronach drogi wznosiły się betonowe bloki mieszkalne. Wszystko spowijał upał. Mimo to w kuchennych oknach blokowiska Rob widział sylwetki kobiet w hidżabach.
– Trzeba ci kierowcy? Jesteś w interesach? – spytał Radewan.
Rob przez chwilę zastanawiał się nad propozycją. Dlaczego nie? Gość był sympatyczny, miał poczucie humoru.
– Jasne. Przyda mi się kierowca i tłumacz. Na jutro. Może dłużej.
Zadowolony Radewan walnął jedną dłonią w kierownicę, drugą zapalił papierosa. Żadna tak naprawdę nie spoczywała na kółku. Rob pomyślał, że jeszcze chwila, a zjadą z drogi i uderzą prosto w mały rzęsiście oświetlony meczet, ale wtedy chłopak chwycił kierownicę i znaleźli się z powrotem na drodze. Między jednym a drugim sztachnięciem gryzącego papierosowego dymu trajkotał.
– Potrafię pomóc. Jestem dobry tłumacz. Znam kurdyjski, angielski, turecki, japoński, niemiecki.
– Mówisz po niemiecku?
– Nein.
Rob ponownie się roześmiał. Zaczynał naprawdę lubić tego faceta, zwłaszcza że ten pokonał szesnaście kilometrów w dziesięć minut bez dachowania i teraz znajdowali się już w centrum miasta. Jak okiem sięgnąć widać było pozamykane na głucho budki z kebabem i nocne cukierenki sprzedające baklawę. Robowi mignął jakiś mężczyzna w garniturze i drugi w galabii. Dwójka dzieciaków przejechała obok na motorowerach. Kilka młodych kobiet w dżinsach i kolorowych chustach na głowie chichotało z jakiegoś dowcipu. Ze skrzyżowania dochodził dźwięk klaksonów. Hotel Roba mieścił się w samym środku miasta.
Radewan patrzył na Roba w lusterku.
– Mister Rob, ty Anglik?
– Tak jakby. – Rob nie chciał się rozwodzić nad meandrami swojego pochodzenia, nie teraz. Był zbyt zmęczony. – Można powiedzieć.
Radewan się wyszczerzył.
– Ja lubię Anglik. – Potarł kciukiem o palec wskazujący, jakby prosił o pieniądze. – Są bogaci. Anglik bardzo bogaci!
Rob wzruszył ramionami.
– No... niektórzy.
Radewan obstawał przy swoim.
– Dolary i euro! Dolary i funty! – Ponownie odsłonił zęby. – Okay, wiozę pana jutro. Gdzie jechać?
– Göbekli Tepe. Znasz to miejsce? – Cisza. Rob spróbował raz jeszcze. – Göbekli Tepe?
Radewan nie odpowiedział, zahamował tylko gwałtownie.
– Pana hotel – rzucił obcesowo. Jego uśmiech raptem gdzieś zniknął.
– Eee... to my spotkać się jutro? – spytał Rob, przechodząc na łamaną angielszczyznę. – Radewan?
Turek skinął głową. Pomógł Robowi zanieść bagaże do wejścia i zawrócił do taksówki.
– Mówisz... mówisz, że chcesz Göbekli Tepe?
– Tak.
Zmarszczył czoło.
– Göbekli Tepe złe miejsce, panie Rob.
Rob stał w drzwiach do hotelu, czując się tak, jakby grał w filmowej adaptacji Drakuli Brama Stokera. – Ej, to tylko wykopaliska, Radewan. Zawieziesz mnie tam czy nie?
Radewan splunął na jezdnię. Potem wsiadł do taksówki i wychylił się przez okno.
– Dziewiąta jutro rano.
Samochód odjechał z piskiem opon i zniknął w przesiąkniętej zapachem stęchlizny wrzawie ulic Şanlιurfy.
Następnego ranka po śniadaniu złożonym z jaj na twardo, owczego sera i trzech daktyli Rob wsiadł do taksówki. Wyjechali z miasta. Po drodze spytał Radewana, co ma przeciwko Göbekli Tepe.
Z początku taksówkarz był opryskliwy. Wzruszał ramionami i mamrotał coś pod nosem. Ale gdy ruch na drodze zelżał i z okien roztoczył się widok na szerokie nawadniane pola, rozgadał się.
– Nie jest dobre.
– Dlaczego?
– Göbekli Tepe mogłoby być bogate. Wzbogacić kurdyjski naród.
– Ale?
Radewan zaciągnął się ze złością trzecim papierosem.
– Widzisz to miejsce, te ludzie?
Rob wyjrzał przez okno. Przejeżdżali przez małą wioskę lepianek. Ulicą płynął otwarty ściek, usmolone dzieci bawiły się wśród śmieci. Machały do nich. Za wioską rozciągało się pole bawełny, gdzie kobiety w lawendowych hidżabach na głowach pochylały się, doglądając zbiorów w pyle, brudzie i palącym słońcu. Przeniósł wzrok na kierowcę.
Radewan cyknął z niezadowoleniem.
– Kurdyjscy ludzie biedni. Weź ja: jeżdżę na taksówce. A znam języki. Mimo to taryfiarz.
Rob pokiwał głową. Był świadom ciężkiej doli Kurdów, ich walki o niezależność.
– Turecki rząd, oni trzymają nas w nędzy...
– Tak, jasne – powiedział Rob. – Ale nie rozumiem, jaki to ma związek z Göbekli Tepe.
Taksówkarz pstryknął niedopałkiem przez okno. Znowu jechali wśród rozległych pól, zdezelowana toyota trzęsła się na spowitej kurzem gruntowej drodze. Na horyzoncie w oddali majaczyły niebieskie góry rozedrgane w rozgrzanym powietrzu.
– Göbekli Tepe mogło być jak piramidy albo jak... Stonehenge. Ale oni chcą to trzymać cicho. Tu mogło być dużo, dużo turystów, płacić pieniądze Kurdom. Ale nie. Turecki rząd nie pozwolić. Nawet nie wsadzą drogowskazów, nie zbudują droga tutaj. Jakby tajemnica. – Zakaszlał i splunął przez okno, potem podniósł szybę, żeby nie wpuścić unoszącego się pyłu. – Göbekli Tepe złe miejsce – powiedział raz jeszcze i ucichł.
Rob nie wiedział, co powiedzieć. Przed nimi w kierunku Syrii rozciągały się niskie, żółtobrązowe wzgórza. Minęli kolejną kurdyjską wioskę ze smukłym brązowym minaretem wznoszącym się nad dachami z blachy falistej, niczym wieżyczka nad obozem jenieckim. Rob chciał powiedzieć, że jeśli coś hamuje rozwój Kurdów, to najprawdopodobniej przede wszystkim ich obyczaje, zaściankowość i religia. Ale nie sądził, żeby Radewan był w nastroju na taką rozmowę.
Jechali dalej w milczeniu. Droga stała się jeszcze gorsza, a półpustynny krajobraz bardziej nieprzyjazny. Wreszcie Radewan ze zgrzytem pokonał kolejny zakręt, Rob uniósł głowę i zobaczył samotną morwę, ostro rysującą się na tle bezchmurnego nieba. Taksówkarz skinął głową, powiedział „Göbekli” i zatrzymał się ostro. Odwrócił się do Roba i uśmiechnął, ni stąd, ni zowąd nagle znowu w dobrym humorze. Potem wysiadł z samochodu i otworzył mu drzwi niczym szofer. Rob poczuł się lekko zażenowany. Nie chciał szofera.
Radewan wsiadł z powrotem do auta, wziął gazetę z wielkim zdjęciem jakiegoś piłkarza. Najwyraźniej miał zamiar poczekać. Rob rzucił „do widzenia” i dodał pytając: „Trzy godziny?” Chłopak się uśmiechnął.
Rob się odwrócił, ruszył zboczem wzgórza i wspiął się na szczyt. Za nim rozciągało się trzydzieści kilometrów zakurzonych wiosek, pustkowi i spalonych słońcem pól bawełny. Przed nim natomiast roztaczał się zdumiewający widok. W samym środku jałowego pustkowia wyrastało siedem pagórków. Na stoku największego uwijały się dziesiątki rozproszonych robotników i archeologów. Taszczyli wiadra z kamieniami i kopali w ziemi. Widać było namioty, buldożery i teodolity.
Rob szedł dalej, czując się jak intruz. Niektórzy z kopiących przerwali pracę i odwracali się, żeby na niego popatrzeć. Kiedy skrępowanie już zaczynało mu się dawać we znaki, podszedł do niego sympatyczny pięćdziesięciokilkuletni Europejczyk. Rob rozpoznał w nim Franza Breitnera.
– Wilkommen – powiedział Niemiec bezceremonialnie, jakby już się znali. – Pan jest tym dziennikarzem z Anglii?
– Tak.
– To się panu poszczęściło.
Wydawnictwo Rebis /F.N.
Aktualności
Poznaj "Sekret Genezis"
"Sekret Genezis" Toma Knoxa to frapujący thriller, w którym po mistrzowsku Knox splata materiał historyczny, naukowe teorie i biblijne tajemnice w elektryzującą opowieść.
Komentarze (0)