Dzień pierwszy
Tegoroczny Opener rozpoczął występ Sonic Youth, kalifornijskiej legendy psychodeliki gitarowej. Formacja dała rewelacyjny koncert, zakończony blisko półgodzinnymi bisami. W jego trakcie nie zabrakło akcentów politycznych. Jak wiadomo Sonic Youth jest mocno zaangażowane w lewicową ideologię, co zaowocowało manifestami politycznymi padającymi ze sceny. W połączeniu z doskonałymi, gitarowymi rifami, pulsującymi psychodeliką i smutkiem, miały one niesamowitą moc. Nawet jeśli, nie były dla wszystkich przekonywujące, to dawały sporo do myślenia na temat zaangażowania ludzi we wszelkie formy polityki. Jakość, naturalność, profesjonalizm i autentyczność z jaką Sonic Youth prezentował swoją muzykę przewyższał siłą to, co możemy usłyszeć na ich, doskonałych przecież, płytach. Osoby, które wcześniej nie miały styczności z tym zespołem, z pewnością się nim zainteresowały. Fani przekonali się, że ta formacja doskonale radzi sobie w trakcie koncertów.
Kolejnym zespołem, który pojawił się na głównej scenie, byli The Roots. Cóż można o nich napisać? Publiczność bawiła się świetnie, jednak patrząc z boku na ich występ trudno było poczuć moc jaką mają ich płyty. Ze sceny biła ogromna chęć sprostania blisko 40 tysięcznej widowni, muzycy robili wszystko żeby zadowolić fanów a wokalista wdawał się w liczne pogawędki z tłumem. Generalnie należało by więc uznać, że muzycy stanęli na wysokości zadania jakim jest wprowadzenie w stan zabawy widzów. Całości jednak zabrakło magii, jaką miał koncert Sonic Youth. Czuć było wyraźnie różnice w poziomach obu występów. Co nie znaczy że The Roots dali słaby koncert. Po prostu nie byli tak ciekawi, jak poprzedzający ich Kalifornijczycy.Dzień pierwszy zamknął Laurent Garnier ze swoim live setem. Grający ambient artysta nie spotkał się z uznaniem wymarzniętej publiczności. Pod sceną bawiło się co prawda parę tysięcy osób, jednak większość rozpoczęła już powrót do domu, szykując się powoli do następnego dnia festiwalu, którego preludium miał stać się koncert Groove Armady. Nikt jednak nie sądził, że punktualnie o 21:00 razem z muzykami swój spektakl rozpocznie także przyroda.
Dzień drugi
Zaczęło się od intra z wydanej niedawno płyty "Soundboy Rock". Równocześnie z pierwszymi dźwiękami nad Opeerem rozpadał się krążący dotychczas wokół niego deszcz. Widownia powoli acz systematycznie zaczęła tonąć w błocie i strugach wody. Prawdziwą hekatombę przeżywali kierowcy starający się dostać na parking Openera. Auta buksowały, tonęły w błocie i stawały w poprzek drogi. W tym samym czasie na scenie niepodzielnie rządziła Groove Armada. Muzycy dali jeden z najciekawszych na tym festiwalu koncertów. Zagrali praktycznie wszystkie swoje przeboje i doprowadzili zmokniętą publiczność do wrzenia. Tłum tańczył, bawił się i nie zważał na lejące się z nieba strugi. Co ciekawe, padać przestało równocześnie z końcem tego występu. Chwilę później na scenie pojawiła się główna gwiazda tegorocznego Openera, zespół Beastie Boys , który rozpoczął pierwszy z dwóch zaplanowanych występów. Ich wstęp trwał półtorej godziny i przez ten cały czas na terenie poza sceną główną trudno było zobaczyć żywą duszę. Kto żyw obserwował występ nowojorczyków, bawił się, tańczył, pogował, śpiewał lub szalał pod sceną. Beastie Boys, dziś panowie po czterdziestce, udowodnili, że to nie wiek, a radość życia określają czy ktoś jest młodzieńcem czy nie.
Mike D, MCA, Adrock zakończyli swój występ półgodzinnym bisem, w trakcie którego wykonali wraz z oszalałą ze szczęście publiką utwór „Intergalactic”, i kończący spotkanie z legendą hip hopu - „Sabotage”, w trakcie którego pod sceną wybuchło pogo w wykonaniu kilkudziesięciotysięcznego tłumu. To był najlepszy koncert tego festiwalu. Po trosze za sprawą wyczerpania, częściowo z powodu zimna i wilgoci, następna gwiazda festiwalu, zespół Muse, nie cieszył się już tak dużą, jak poprzednicy widownią. Pomimo oryginalnego wystroju sceny, trzech dodatkowych telebimów i świetnie zaaranżowanego występu, który wypełniały największe przeboje tej formacji okraszone pięknymi balladami, muzykom nie udało się nawiązać takiego kontaktu z publicznością jak miało to miejsce w przypadku występu Bestie Boys. To nie zarzut, bo oba zespoły grają diametralnie różną muzykę i trzeba przyznać, że pomimo niesprzyjających warunków Muse dał ciekawy, momentami porywający show. Muzycy mieli jednak tego pecha, że zagrali po królach Openera.Dzień trzeci
Ostatni dzień festiwalu rozpoczął się od dobrej pogody i doskonałego występu zespołu Bloc Party. Ci mało znani w naszym kraju muzycy zagrali jedne z bardziej interesujących setów tegorocznego festiwalu. Ostry czad połączony z melodyjnymi piosenkami, interesujące aranżacje i niebanalny głos wokalisty mogły się podobać zarówno osobom spragnionym odpoczynku po pierwszych dwóch dniach imprezy, jak i tym którzy mieli jeszcze siły, żeby się bawić pod sceną. Warto przyglądać się poczynaniom tej formacji i zapoznać się z ich płytami. Widząc ich na Openerze można było mieć pewność, że jest się świadkiem pierwszych kroków formacji, która w ciągu kolejnych lat zdrowo namiesza na rynku muzycznym. Świeżość, zaangażowanie, profesjonalizm i talent biły ze sceny i powodowały, że nawet bardzo zmęczeni widzowie przynajmniej bujali się w rytm dźwięków płynących ze sceny.
Znikającą pod koniec ich występu publiczność można było wziąć za objaw zniechęcenia do Bloc Party. Nic bardziej mylnego. Zarówno ci muzycy, jak i mająca zagrać za półtorej godzin Bjork, mieli po prostu pecha grania koncertów sąsiadujących na planie imprez z drugim występem Beastie Boys, który odbył się w namiocie ustawionym w odległości kilkuset metrów od sceny głównej. Bestie udowodniły w jego trakcie, że są jednymi z najlepszych wykonawców na świecie. Półtoragodzinny show, który w zamierzeniu miał być prezentacją ich najnowszej, instrumentalnej płyty, zgromadził na niewielkiej, ograniczonej ścianami namiotu, powierzchni kilkanaście tysięcy osób. W jego trakcie usłyszeć można było największe przeboje tria z Nowego Yorku, przeplatane instrumentalnymi przerywnikami, kilkunastominutowymi wersjami jazzowych, funkowych i klezmerskich utworów. Przez cały czas występu muzycy mieli doskonały kontakt z publicznością. Tłum, po kostki unurzany w błocie, bawił się świetnie. Tańce, podskoki, wspólne śpiewanie, pogo wywołane zagraniem „Heart Attack” i coverem „Substitute” Sex Pistols trwały ponad półtorej godziny i spowodowały, że dużą część publiczności spóźniła się na koncert Bjork.
Skandynawka dawała tymczasem koncert, który na długo zapadnie w pamięci widzów. Delikatna, lecz pełna pasji wokalistka, otoczona chórem i muzykami zaopatrzonymi w futurystyczne instrumenty, zagrała wzruszająco i porywająco zarazem. Podczas tego występu miało się wrażenie przejścia na drugą stronę lustra. Przejmujące wokalizy, całkiem ciekawy materiał z ostatniej płyty, który tu brzmiał o wiele lepiej niż na krążku, a wszystko to w świetle blasku ogromnego księżyca w pełni wiszącego na wysokości sceny. Widok od strony widowni robiło ogromne wrażenie. Ten bajkowy finał tegorocznego Openera był przepięknym kluczem zamykającym trzydniowy maraton spotkań z najwyższej jakości muzyką.
Komentarze (0)