Pochodzę z rodziny dziennikarzy. Mój dziadek, Jan Piotrowski, był dziennikarzem Polskiego Radia. Czy dziennikarstwo mam we krwi? – tego nie wiem. Wiem natomiast, że kiedy zdawałam na historię sztuki, myślałam raczej o karierze naukowej. Nie przypuszczałam, że w ciągu kilku lat zmieni się ustrój. W moim życiu osobistym też zaszły zmiany: miałam wyjechać do Anglii, nie wyjechałam. Tydzień później zobaczyłam ogłoszenie w „Życiu codziennym”. Wojciech Mann i Krzysztof Materna zakładali „Radio Kolor” i szukali ludzi.
Pomyślałam, że jeżeli mój absolutny idol, Wojciech Mann, poszukuje współpracowników, to chciałabym zostać jednym z nich. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy kilka dni po pierwszym castingu, usłyszałam w słuchawce jego głos: „Karolinko, przyjdź na próbę mikrofonu”. To były dla mnie Himalaje. Upadłam z wrażenia. W ogóle nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się zaczyna w moim życiu. „Radio Kolor” to był najlepszy wydział dziennikarstwa, jaki mogłam mieć. Przez pierwsze pół roku zostaliśmy poddani totalnej burzy mózgów. Nie pytaliśmy o pieniądze. Mieliśmy szansę uczyć się od najlepszych i chcieliśmy to wykorzystać. Mann z Materną powtarzali nam, że naszym największym atutem jest to, że nic nie umiemy. „Jesteście młodzi, czyści, nieumoczeni w czymkolwiek, nieskażeni komunizmem. To wy przejmiecie media w tym kraju” – powtarzali jak mantrę, mobilizowali do dalszej pracy. Dla nas była to wizja surrealistyczna, ale gdy dziś włączam TVN 24 i widzę moich kolegów z jednego biurka, to myślę sobie, że coś było na rzeczy. Zmiana pokoleniowa w mediach dokonywała się na naszych oczach. I z naszym udziałem. W Warszawie startowały kolejne rozgłośnie radiowe: „Radio Kolor”, „Wawa”, „Zetka”. Z radia brało się narybek do gazet i telewizji.
W „Radiu Kolor” przygotowywałam i prowadziłam magazyn filmowy. Jednym z gości był Maciej Pawlicki, ówczesny szef miesięcznika „Film”. Kiedy został szefem telewizyjnej „Jedynki”, zadzwonił do mnie i powiedział: „Przygotowujemy program o filmie. Nie wyobrażam sobie, że mógłby się odbyć bez ciebie. Ale nie mogę ci nic obiecać”. Poszłam na casting, po którym dowiedziałam się, że za tydzień mam zdjęcia. Tak trafiłam do „Filmidła”. I do telewizji. Już na samym początku mojej współpracy z TVP zaczęto mi sugerować, żebym została prezenterką. Pomyślałam sobie: wow, będę czytać program. I wtedy Maciej Pawlicki wezwał mnie do siebie i powiedział coś, co zapamiętam do końca życia: „ Teraz podejmiesz ważną decyzję. Tylko dobrze się zastanów – chcesz być prezenterką czy chcesz być inteligentna?”. To było bardzo dobre pytanie, pytanie, które trzeba sobie zadać na dzień dobry. Chyba parę osób sobie go nie zadało i teraz ma problem. Pawlicki otworzył mi oczy.
Miałam szczęście do dobrych nauczycieli. Najpierw był Wojciech Mann, który nauczył mnie radia. Potem Maciej Pawlicki, który uświadomił, że chcę być rozliczana ze swojej pracy, z tego jak myślę, jak opisuję świat, a nie z tego, jakie sukienki noszę. Wśród moich zawodowych mistrzów znalazł się także Andrzej Wojciechowski. Wszystko, co wiem o robieniu wywiadów, wiem właśnie od niego. Prowadziłam „Klub Radia Zet”, po każdym „Klubie” Wojciechowski mówił, co robię źle. Nigdy nie mówił, co robię dobrze. Dawał uwagi: „nigdy nie zadasz wszystkich pytań, skup się na kilku” albo „w każdej odpowiedzi zawarte jest twoje kolejne pytanie”. Kilka razy do mnie zadzwonił, pamiętam jego chrapliwy głos. To były ważne rozmowy.
Podstawą tego zawodu jest ciekawość drugiego człowieka. Każdy nosi w sobie historię. Rolą dziennikarza jest tę historię opowiedzieć. Można zrobić fajny wywiad z babcią, sprzedającą kwiatki na ulicy, i beznadziejny z gwiazdą Hollywoodu. W mojej pracy najbardziej lubię spotkania z ludźmi. Na przykład każda rozmowa z Krystyną Jandą to jest totalna jazda bez trzymanki. Mój pierwszy ważny wywiad? Z Krzysztofem Kieślowskim. Był moim idolem. „Podwójne życie Weroniki” widziałam z osiem razy. Miałam świadomość, że rozmawiam z wielkim artystą. Nigdy nie zapomnę jego cudownego zdziwienia: „Boże, ona widziała wszystkie moje filmy!”.
W Polsce próbuje się robić z dziennikarzy gwiazdy medialne. Sesje zdjęciowe, wywiady. Mnie tego rodzaju sukces nie interesuje. Tak naprawdę sukces w tym zawodzie przychodzi każdego dnia i umiera wraz z zachodem słońca. Mnie słowo „sukces” źle się kojarzy.
Może dlatego, że miesięcznik „Sukces” okazał się moją porażką. To była porażka względem ludzi, z którymi pracowałam, a którzy okazali się sprzedawczykami pozbawionymi kręgosłupa moralnego. To była porażka ludzka, nie zawodowa, bo zawodowo nie mam sobie nic do zarzucenia. Ale nie rozczulam się nad sobą, tylko wyciągam wnioski. Każde walnięcie dupą o ziemię jest po coś.
Misja – najbardziej wyświechtane, sprostytuowane, ubrudzone szambem codzienności słowo. Ale misja jest w dziennikarstwie potrzebna, bo to jest zawód, który ma ludziom tłumaczyć świat. Przez nasze ręce, oczy i mózgi przechodzą informacje. Dzięki tym informacjom ludzie maja szansę poznać i zrozumieć świat. W dziennikarskiej misji ukrytych jest wiele znaczeń: żeby nie kłamać, żeby weryfikować to, czego nie jesteśmy pewni, ale także, żeby wierzyć swojej intuicji i inteligencji. I czekam na chwilę, kiedy w Polsce zacznie się odróżniać dziennikarzy od media workerów. Z całym szacunkiem, każdy debil potrafi opracować materiał agencyjny. Dziennikarstwo to jest zaglądanie pod powierzchnię rzeczy i zdarzeń, wchodzenie głębiej. Moim zdaniem nie można tego zawodu uprawiać bez poczucia misji. Może to naiwne, może idealistyczne. Ale lubię w sobie ten idealizm.
Studiowanie dziennikarstwa to strata czasu. Nauka dziennikarstwa polega na tym, że bierze się Genka, daje mu mikrofon, kamerę i mówi: rób. Nigdy nie zapomnę swoich pierwszych materiałów w „Radiu Kolor”, masakra. Ale jak miałam się uczyć, jak nie na żywym organizmie? To jedyna metoda. Stąd ten potworny stres, który temu towarzyszy. To jest zawód, w którym młodego adepta trzeba przez pierwsze dwa lata traktować jak ostatniego psa, przeczołgać przez gówno i szambo. Bo jeżeli on to przeżyje, będzie mógł stać na dwóch nogach i jeszcze będzie w stanie spojrzeć w oczy temu, który go sponiewierał, to znaczy, że się nadaje. Ze mną nikt się nie patyczkował. Ale my byliśmy fajterami. Rzygaliśmy do koszy na śmiecie ze zmęczenia, ale się nie poddawaliśmy. A teraz co? – płacze, histeria. Dziennikarstwo to zawód, w którym jest się w pracy dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, przez wszystkie dni w roku. Na pełnych obrotach. Jak ktoś tego nie rozumie, to powinien zostać księgową. Bo księgowa wychodzi z pracy o szesnastej.
Przygotowała Magdalena Karst
- pismo warsztatowe Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego
Komentarze (0)