Dla miłośników jego prozy to nie lada niespodzianka po tym, jak wieść o nagłej śmierci pisarza zaskoczyła literacki i artystyczny świat nie tylko w Polsce, ale i w Stanach, gdzie Głowacki pomieszkiwał od 1983 roku. Tymczasem rok 2018 upływa pod znakiem dwóch ostatnich pozycji w bogatym dorobku pisarza, dramaturga i scenarzysty. Najpierw polscy widzowie mogli podziwiać w kinach „Zimną wojnę” w reżyserii Pawła Pawlikowskiego, której scenariusz stworzył z Pawlikowskim Janusz Głowacki. A 17 października wychodzi „Bezsenność w czasie karnawału”, osobiste w tonie zapiski prozatorskie, nawiązujące w formie do wydanego w 2004 roku zbioru „Z Głowy”, za który nominowany był do Nagrody Literackiej Nike.
 

 

Literatura z barwnego życia

„Na bogactwo literatury narodowej składają się doskonałość moralna autora, wysokie walory artystyczne tekstu i doniosłe prawdy czasu. Te prawdy, które będą miały wpływ na życie rodziny, wychowanie dzieci i obronność kraju. Biorąc to pod uwagę, przystępuję do pisania” - tak zaczyna się „Bezsenność w czasie karnawału”. Jest początek 2017 roku. Głowacki zakłada buty i wychodzi w zimowy poranek, po bezsennej nocy, by razem z tłumem uczestniczyć w karnawale. A raczej, by idąc niby ze wszystkimi, patrzeć na nich z boku, obserwować, opowiadać historie o nieznanych ludziach, odszukiwać motywów, wspominać. W końcu literatura narodowa powinna czerpać z tego, co najlepsze, czyli z suwerena – mógłby zażartować pisarz.
 

Głowacki ze swoich wspomnień - tych lekkich i trudniejszych, ale przede wszystkim z barwnego życia towarzyskiego - uczynił najlepszą literaturę. Jak w historii o wiekowej sprzedawczyni róż pod hotelem Europejskim, która sikać potrafiła na stojąco, a chętnym słuchaczom opowiadała tę samą rzewną historię wojennej niewoli w burdelu dla Niemców. Albo o tym, jak karteczka z modlitwą w intencji wygranej AC Milanu wypadła ze Ściany Płaczu, do której kryjąc się przed wichurą przytulał się Głowacki.

Autor jest najlepszy, gdy w swoich krótkich prozatorskich perełkach sięga po barwne wspomnienia, w których przewija się cała śmietanka towarzyska Warszawy lat 60., 70, i 80. Razem z karnawałowym tłumem, który jest pretekstem do opowieści o Warszawie z lat młodości, Głowacki przypomina kolejne stacje nocnych przygód, jak winiarnię u Jadzi, zwaną Partumiarnią (od nazwiska poety Andrzeja Partuma), naprzeciwko pomnika Adama Mickiewicza, gdzie spotkać można było całą galerię osobliwości od Stanisława Grochowiaka po Jana Himilsbacha, i Otella, który złamał serce Jadzi.
 

 

 

Amerykański sen daje dystans

U Głowackiego jest i śmieszno i straszno, ludzie piją ze sobą wódkę, a potem na siebie donoszą, straszą się podsłuchami i służbami bezpieczeństwa, a także marzą o Ameryce – tej Ameryce, która, jak pisze Głowacki, słowami prezydenta Roosevelta miała ich w dupie i w Jałcie uznała, że nie ma co bić się o Polskę z wujkiem Joe (czyli Stalinem).
Ta groza łamana na małą stabilizację przetykana jest wspomnieniami z emigracji, którą autor nagradzanej na całym świecie „Antygony w Nowym Jorku” zaczął poniekąd z przypadku. Był akurat w Londynie, na premierze swojej sztuki „Kopciuch”, gdy w Polsce ogłoszono stan wojenny. Nie zdecydował się wówczas wrócić, a chwilę potem znalazł się w Nowym Jorku, tym amerykańskim śnie, gdzie otarł się i o biedę i o samotność. Ale też pozwoliło mu to spojrzeć na Polskę z perspektywy drugiej strony lustra. I ten dystans wobec Polski czuje się w jego zapiskach. Głowackiemu nie umknie żaden absurd, czy to polityczny czy narodowy, wyciągnie go, ale obróci w ironię, w anegdotę, bo jego pisarstwo pozbawione jest tej emocjonalnej nuty, od której aż kipi współczesna publicystyka. Głowacki nie ma złudzeń – jest jak jest, pozostaje wykpiwać to, co wielu z nas umyka lub szybko szufladkujemy to w kategorii „norma”.

Emocje za to czytelnik odnajdzie tam, gdzie się ich nie spodziewa – w samotnym tłumie na nowojorskiej ulicy, gdzie każdy czegoś szuka, choć się nie przyzna, a najchętniej miłości; i w zagubionej Syryjce przewijającej malutkie dziecko na ulicy w centrum Istambułu, obserwowanej z bezpiecznej taksówki. Jest w tych zapiskach komentarz do współczesności, bez szukania sensacji, czysta obserwacja, obraz, który schowany pod powieką, nieoczekiwanie powraca.
 

 

 

Świat po Głowackim

Ale i jest ta książka trochę pożegnaniem ze światem, choć może to doszukiwanie się znaków tam, gdzie ich nie ma. Jak we wspomnieniu o dziewczynach, które stały przy Bednarskiej niezależnie od pogody, i gdy na konkurs chopinowski przyjeżdżali Japończycy, to brały od nich podwójnie - to słynna anegdota z „Z głowy”. Gdzie dziś są te dziewczyny, pyta sam siebie autor niemal klamrą zamykając własne opowieści. Wraca do przyjaciół, Janusza Wilhelmiego, Jana Himilsbacha, Ireneusza Irydyńskiego podsumowując: „Teraz wszyscy nie żyją. (…) Jezu, jak oni wszyscy szybko odeszli”.

W ostatnim rozdziale książki Głowackiemu śni się, że leży na łóżku szpitalnym nagi, a zioniejący alkoholem lekarz oznajmia mu, że nie żyje i zaraz go pokroi. Z naciętego ciała pisarza wyskakują przeróżne typy, każdy z cytatem na ustach, jest „Przez oświatę i kulturę bikiniarzom damy w skórę”, „Jarosław Polskę zbaw”, i „Płacze Anglia, płacze Francja, tak się kończy tolerancja”. Cytat cytatem pogania, wszystko to, co na polskich sztandarach ucieka z ciała denata, a potok nie ma końca.

Od śmierci Głowackiego świat ani trochę nie nabrał urody, nie złagodniał, tylko zdaje się popadać w jeszcze większe szaleństwo, na czele którego stoi pomarańczowy blondyn z ukochanej Ameryki pisarza. Pozostaje wziąć ten prezent do losu, jakim jest „Bezsenność w czasie karnawału”, na pamiątkę jednego z najbardziej oryginalnych polskich pisarzy, który nigdy nie pozwolił się zaszufladkować ani przyprawić sobie gombrowiczowskiej gęby.