Historia Varius Manx to opowieść o nieustannej walce, uporze w dążeniu do sukcesu i w efekcie o tym, że warto się nie poddawać. Po kolejnych zmianach składu, po sytuacjach dramatycznych i pozornie beznadziejnych, zespół kolejny raz zebrał w sobie siłę i wraca na scenę, do radia i na półki sklepów muzycznych. Album „ELI” to nowa odsłona Varius Manx, z nową wokalistką Anną Józefiną Lubieniecką i nową energią. Po sukcesie pierwszego singla, można śmiało stwierdzić, że jego tytuł „Przebudzenie” to dla zespołu bardzo dobry omen. O powrocie do aktywnego grania rozmawiamy z Robertem Jansonem i… Józią.
Jak się czujecie wracając na scenę po tak długim i trudnym okresie?
Robert: W zależności od oceny sytuacji, każdy czas może być dobry aby wrócić i tak samo jak każdy może być zły. Po siedmiu latach od ostatniego albumu i czterech od wypadku zespół stanął przed dylematem, czy wrócić do grania pod inną nazwą i grać piosenki Varius Manx, co byłoby totalną hipokryzją, czy kolejny raz spróbować się otrząsnąć, związać z nową wokalistką i podjąć wyzwanie. To nie była łatwa decyzja. Nie chcieliśmy szukać nikogo na drodze konkursu czy castingu, to była zbyt delikatna i osobista sprawa, aby tak to rozwiązać. Postanowiłem wtedy jedno, jeżeli nie znajdzie się nikt odpowiedni to ten zespół przestanie istnieć i będziemy musieli szukać innych muzycznych zajęć. Na szczęście opaczność czuwała nad nami i pojawiła się Józia…
To było jedno z moich kolejnych pytań do Ani, czy koledzy nazywają Cię Józia…
Józia: Tak! Od samego początku (śmiech). Wydaje mi się, że chłopaki nareszcie czują, że żyją, że dzieje się coś co dodaje im siły.
Robert: Potwierdzam. Nowa sytuacja to dla nas powrót do życia, do muzyki bez której żyć nie umiemy. Muzyka nas uskrzydla. Cały okres istnienia zespołu to naprawdę piękny czas, pełen wzruszeń, emocji, śmiechu i łez. Bez tego nie umielibyśmy funkcjonować…
Macie tremę?
Robert: Powrót na scenę już nastąpił jakiś czas temu, ale przyznaję, że kiedy wchodziłem na scenę to nogi mi drżały nawet pomimo tego że wszedłem tylko na bis. Wtedy stwierdziłem, że chcę to dalej robić, pomimo bólu i różnych niedogodności. Inna sprawa, że ten koncert był naprawdę wyjątkowy, publiczność śpiewała z nami wszystkie teksty i widać było, że nasza muzyka daje im mnóstwo radości. To nas umocniło w decyzji o powrocie.
A Józia?
Józia: Początek był trudny, szczególnie w czasie wywiadów miałam czarną dziurę w głowie, nie wiedziałam co mówić. Menagerka mnie czasami pilnowała, ale często nie miała wpływu na to co ja wygaduję w czasie programu na żywo (śmiech).
Robert: Józia jak widać i słychać jest bardzo wesołą osobą i umie zawsze wszystkich rozbawić. My na użytek mediów jesteśmy starszymi, mądrymi i stonowanymi panami, którzy do wszystkiego podchodzą bardzo serio i to dobrze, że mamy taką dawkę optymizmu i młodzieńczej energii. To nam daje zdrową równowagę. Chociaż prawdą jest też, że prywatnie my też potrafimy dać czadu, ale to nie każdy może zobaczyć (śmiech).
Jak powstał materiał na album? To nowe kompozycje, czy były gotowe już wcześniej?
Robert: Wszystko co jest na płycie zostało napisane od zera. Mieliśmy trochę materiału pisanego już od dawna, ale wszystko ostatecznie odpadło. Na „ELI” napisaliśmy dużo nowych kompozycji z których na album trafiło jedenaście. Razem z Józią powrócił duch starego Variusa, do stanu w którym nie interesuje nas co jest modne, czego wymaga rynek. Gdybyśmy chcieli się tym przejmować to musielibyśmy nagrać płytę taneczną. A to jest niestety bardzo miałkie i szybko traci swoją atrakcyjność.
Tego ducha starego Varius Manx bardzo wyraźnie słychać. To kwestia jakiegoś specjalnego podejścia do pracy?
Robert: Czasami nagrywanie płyty to ból i udręka a czasami radość. Myśmy się bardzo dobrze czuli w studio tym razem, to była przyjemność. Cały czas czuliśmy, że tego materiału nie będziemy się wstydzić. Osobiście wolę grać to co mi dusza podpowiada zamiast szukać na siłę czegoś co będzie odpowiedzią na potrzeby rynku. My po prostu jesteśmy sobą…
Józia: Dla mnie ważne było także aby warstwa tekstowa była na odpowiednim poziomie. Żeby to nie było o niczym, żeby był przekaz a nie „pisanie na kolanie”. Kilka napisałam sama, są też teksty autorstwa Anity Lipnickiej, Andrzeja Ignatowskiego i Budynia z Pogodno.
Robert: Już po wszystkim, dowiedziałem się, że ponoć Budyń przynosi szczęście. Tam gdzie się pojawi jest dobra karma. Szkoda, że wcześniej nikt mi tego nie powiedział, dałbym mu więcej do napisania (śmiech).
Praca we własnym studio z własnym producentem to chyba spory luksus?
Robert: Paweł to facet, który bardzo poważnie podchodzi do tego co robi…
Józia: A ja się cały czas z nim kłóciłam (śmiech).
Robert: W Polsce być może dziesięć procent producentów wykonuje swój zawód z poczucia pasji. Reszta robi to, bo tak akurat wyszło i nic innego nie mieli do roboty a zarabiać trzeba. Może to okrutne, ale takie mam doświadczenia. Jeżeli Pawłowi udaje się wyjść z tego polskiego kokonu to jestem bardzo szczęśliwy. Staramy się równać do góry, do najlepszych produkcji, nie do tych średnich czy słabych… a kłótnie? Były bardzo inspirujące i chodziło w nich o to żeby było lepiej w sensie artystycznym. Myślę, że to dało dobry efekt.
Józia: Robert jako lider, pozwolił nam wyrażać się w nieskrępowany sposób i być naprawdę sobą. Każdy miał dużo do powiedzenia i każdy miał szansę być wysłuchanym.
Spodziewałaś się, że tak będzie? Że pozwolą Ci mieć swoje zdanie?
Józia: Na początku zupełnie nie. Myślałam, że to będzie sytuacja typu „siedź cicho i rób co my powiemy”. Ale okazało się, że Robert stworzył mi bardzo dobre warunki do pracy, uwierzył we mnie i pozwolił na dużo. A ja kiedy tylko poczułam, że mogę, zaczęłam tupać nóżką (śmiech).
Robert: Tak. Daliśmy jej palec, a ona od razu wzięła całą rękę…
Tytuł „ELI” ma zdaje dość ciekawą historię?
Robert: Chcieliśmy, żeby wspomogli nas słuchacze. Zaproponowaliśmy, żeby w konkursie wymyślili tytuł pasujący do koncepcji Varius Manx i o dziwo przyszło kilka tysięcy odpowiedzi. Z tej masy wybraliśmy wstępnie kilkaset, a ostatecznie stanęło na „ELI”. Z wielu względów ten tytuł był najlepszy, zarówno jako słowo nasycone wieloma znaczeniami jak i skrót od słów „evolution, love, inspiration”. Kto nie szuka tych rzeczy w życiu? Każdy chce ewaluować, każdy szuka miłości i inspiracji. Te trzy zjawiska są nam niezbędne do życia. Kiedy pojawiła się ta nazwa, poczuliśmy, że nie musimy już niczego więcej szukać…
Jakie plany na przyszłość?
Józia: Chcę wyjechać po letniej trasie koncertowej do Islandii! Tam chcę posłuchać płyty Varius Manx! (śmiech).
Fot. Marcin Cecko
Rozmawiał
Piotr Miecznikowski
Wywiady
Ewolucja, miłość, inspiracja - Varius Manx
Historia Varius Manx to opowieść o nieustannej walce, uporze w dążeniu do sukcesu i w efekcie o tym, że warto się nie poddawać.
Komentarze (0)