Czy PiS i PO „zagrają się na śmierć”? Czyja wizja Polski zwycięży – państwa jako dobra samego w sobie, jak chce PiS, czy raczej jako instrumentu do bogacenia się jego obywateli – wedle koncepcji Platformy? Zastanawiają się Michał Karnowski, Piotr Zaremba i Amelia Łukasiak na łamach najnowszego „Newsweeka”.

„W tej wojnie liczą się tylko dwie armie: PiS i PO. To one toczą bój o realizację swojej wizji państwa i warunki, na jakich powstanie ewentualna koalicja. Samoobrona w rządzie, choć media już to przesądzają, jest wciąż bardziej straszakiem Kaczyńskiego
na Tuska niż realnym partnerem. Ale to brutalne targowisko polityczne może wymknąć się spod kontroli i przynieść wcześniejsze wybory
”.
Chociaż to ostatnie nie wydaje się być czymś co się wymyka spod kontroli, bo jak piszą autorzy artykułu „za wcześnie witamy się z wizją wicepremiera Andrzeja Leppera. Bo choć chaos ostatnich dni faktycznie otworzył drogę do koalicji PiS-Samoobrona, to do osadzenia ludzi Leppera w rządzie jest bardzo daleko. Z dziesiątek rozmów, jakie odbyliśmy z politykami, wynika, że jeśli nie będzie jakiegoś trzęsienia ziemi - PiS nie zdecyduje się na koalicję z Samoobroną. W grę wchodzi tylko porozumienie PiS z PO lub wcześniejsze wybory. Choć nie można wykluczyć, że mistrzowi politycznej strategii Jarosławowi Kaczyńskiemu nie przyjdzie do głowy jakiś inny genialny plan”.
A wszystko poszło o uchwalenie budżetu. A raczej dogodny przy tej okazji pretekst, ponieważ zdaniem autorów „w budżetowej awanturze najmniej chodziło o budżet. W próbie odwołania marszałka Sejmu nie szło wcale o Marka Jurka. A w rozmowach o koalicjach nie chodzi o skład rządu. - To absurdalne, gdy mówi się Polakom, że interpretacja regulaminu Sejmu była przyczyną kryzysu - mówi senator PO Jacek Bachalski.
Szamotanina ostatnich dni to spór pomiędzy dwoma wizjami państwa - wyśnioną przez braci Kaczyńskich i prezentowaną przez Tuska i Rokitę. To ich wojna i ich dylemat”.
Pozostałe partie właściwie nie liczą się w tej rozgrywce. Awantura o budżet mogła jednak zaowocować „największym w najnowszej historii Rzeczpospolitej kryzysem parlamentarnym”, jako że rzeczywiście istniał zamysł przejęcia sejmu przez opozycję. „Doszło do serii kilku spotkań liderów czterech partii (PO-LPR-Samoobrona-PSL). SLD był informowany o działaniach opozycji przez PO. Akcje zorganizowali szef LPR wspólnie z przewodniczącym PO Donaldem Tuskiem. Tajny plan opozycji wyglądał następująco: jeśli marszałek Sejmu Marek Jurek uniemożliwiłby opozycji przyspieszenie prac nad budżetem, np. ogłaszając długą kilkutygodniową przerwę w obradach., wówczas kluby opozycyjne zebrałyby się bez marszałka w Sali posiedzeń Sejmu. Tam przegłosowałyby, że marszałek nie chce lub nie jest w stanie pełnić swoich obowiązków i poprosiłyby komisję regulaminową i spraw poselskich o wykładnię, co należy dalej robić. Komisja prawdopodobnie odpowiedziałaby, ze decyzja w tak ważnej kwestii Należy do prezydium Sejmu, czyli pozostałych wicemarszałków. To gremium z kolei upoważniłoby jednego ze swoich członków do prowadzenia obrad. Dalsza droga byłaby już prosta. Upoważniony przez kolegow wicemarszałek zwołuje posiedzenie i zarządza wybór nowego marszałka Sejmu”.
I „nocna zmiana” 2006 gotowa.

IJ. Całość artykułu dostępna w numerze 3/2006 "Newsweeka"