W żadnym z wywiadów Marylin Monroe nie odkryła się aż tak jak w tej fikcyjnej rozmowie. Swoje myśli, obawy, lęki i frustracje powierzała notatnikom i kartkom papieru, na których pisała listy do przyjaciół. Jej zapiski, wiersze i listy odnalezione w latach 80. ubiegłego wieku dopiero teraz zostały udostępnione czytelnikom.
Jak pani sądzi, jaki jest wpływ przeżyć z dzieciństwa na życie dorosłego człowieka?
Dzieciństwo każdego człowieka nieustannie odgrywa się na nowo. Nic dziwnego, że nikt nie zna ani nie może w pełni zrozumieć drugiego. Nie wiem, czy wraz z tą konkluzją po prostu poddaję się albo rezygnuję. A może po raz pierwszy jestem podłączona do rzeczywistości? Skąd mamy wiedzieć o cierpieniach drugiego człowieka sprzed lat, a tym bardziej o wszystkim, co ze sobą wlecze? W najlepszym razie trzeba mieć dla niego szeroki margines. Mimo wszystko jakże niezdrowo jest to znosić. Myślę, że najlepiej jest kochać dzielnie i akceptować - tyle, ile można znieść.
Podobno pani dzieciństwo upływało najczęściej w gronie ludzi starszych od pani.
Zawsze czułam potrzebę, by dorównać oczekiwaniom starszych ode mnie osób. Nie byłam przedwcześnie dojrzałym, ale niezwykle jak na swój wiek rozwiniętym dzieckiem. A w wieku 10, 11, 12 i 13 lat, kiedy wszyscy moi najbliżsi towarzysze byli o 4-6 lat starsi ode mnie, otoczenie ludzi, w które wpadłam nieopatrznie, wywołało wszystkie problemy wieku dojrzewania, tego bolesnego wieku pośredniego, kiedy się marzy bardziej intensywnie jedynie o akceptacji swoich rówieśników. Kiedy miałam 15 lat, silnie odczuwałam brak poczucia bezpieczeństwa, który się we mnie wytworzył - było mi dobrze tylko z ludźmi młodszymi lub starszymi i przy nich stawałam się rozwiniętym ponad wiek dzieckiem, łatwo się przystosowującym, z wyjątkiem spraw, które dotyczyły mojej grupy wiekowej od 15 do 21 lat. Prawdopodobnie moje frustracje nie były większe niż frustracje każdej nastolatki, ale niektóre dziewczyny przezwyciężają je, rezygnując z zasad i inteligencji w stopniu, który, czułam to, przynosi więcej szkody niż pożytku.
I właśnie wtedy po raz pierwszy stanęła pani przed kamerą...
Jako 15-latka zagrałam główną rolę w sztuce telewizyjnej, od czasu do czasu pozowałam jako modelka z niezliczonymi możliwościami angażu w filmie i nikt z zewnątrz nawet by nie pomyślał, że z nawarstwienia moich małych lęków powstało napięcie nerwowe, które co prawda czasem się rozładowywało, ale z niejasnych dla mnie przyczyn zawsze wydobywało się na wierzch w obecności pewnych ludzi. W trakcie roku zdarzały się dni lub tygodnie, kiedy tylko okazjonalnie miałam chęć na towarzystwo, gdy akurat mi to odpowiadało - tak mnie zajmowało czytanie, że każda próba przystosowania się do sytuacji, która wyglądała na choćby trochę niepokojącą, stawała się wyczerpująca. Pewnie byłam straszną introwertyczką.
Na wielu zdjęciach pojawia się pani z książką w ręku, pogrążona w lekturze. Po jakie książki sięga pani, poza literaturą piękną?
Zeszłej nocy znowu nie spałam. Czasem zastanawiam się, czemu służy czas nocny. Dla mnie prawie że nie istnieje - wszystko zdaje się jednym długim, upiornym dniem. Tak czy owak pomyślałam, że spróbuję wykorzystać go konstruktywnie i zaczęłam czytać listy Sigmunta Freuda. Kiedy otworzyłam książkę, zobaczyłam w środku, naprzeciw strony tytułowej, jego fotografię i wybuchnęłam płaczem - wyglądał na bardzo przygnębionego (zdjęcie musiało być zrobione pod koniec jego życia), tak jakby umierał z poczuciem rozczarowania - dr Kris powiedziała mi, że bardzo cierpiał fizycznie, o czym już dowiedziałam się z książki Jonesa - wiem jednak, że tak było, bo wierzę swojemu instynktowi i widzę smutek rozczarowania na jego łagodnej twarzy. Z tekstu wynika (jakkolwiek nie jestem przekonana o słuszności publikowania czyichkolwiek listów miłosnych), że wcale nie był sztywniakiem! Chodzi mi o jego łagodny, smutny humor, a nawet męstwo, które zawsze w sobie miał. Nie przeczytałam na razie zbyt dużo, bo jednocześnie zapoznaję się z pierwszą autobiografią Seana O’Caseya. Ta książka bardzo mnie porusza, bo w końcu takie rzeczy powinny poruszać człowieka.
A co pani czuje przystępując do pracy nad nowym materiałem?
Obawę przed nowym tekstem. Może nie będę zdolna się go nauczyć? Może będę się mylić? Ludzie pomyślą, że jestem niedobra albo mnie wyśmieją, albo zlekceważą, albo uznają, że nie umiem grać. Boję się, że reżyser pomyśli, że jestem niedobra. Pamiętam, jak czasami nie byłam zdolna zupełnie do niczego. Ale próbuję podbudować się faktem, że pewne rzeczy robiłam prawidłowo, a nawet dobrze i że miałam doskonałe momenty. Ale ciężko nieść to, co złe, czuję, że brak mi pewności siebie.
Pani, ikona kina, czuje się niepewnie?
Coś się stało jak sądzę i to odebrało mi pewność siebie. Nie wiem, co to takiego. Wiem jedynie, że chcę pracować. Gdybym wiedziała, dlaczego jestem tak udręczona... Myślę, że może jestem szalona jak wszyscy pozostali członkowie mojej rodziny. Kiedy byłam chora, miałam co do tego pewność.
Skąd to poczucie zagubienia?
Chodzi o to, że nie mogę się pozbierać. Moim zdaniem powód jest taki, że wszystko działa przeciwko mojej koncentracji - wszystko, co się robi lub przeżywa, jest prawie niemożliwe. Lee Strasberg powiedział kiedyś w Actors Studio, że „jedynie koncentracja dzieli aktora od samobójstwa”. Natychmiast po wejściu w scenę z jakiegoś powodu tracę całe odprężenie umysłowe, a właśnie ono jest moją koncentracją. Mam słabą wolę, lecz niczego nie jestem w stanie znieść. To brzmi po wariacku, ale myślę, że wariuję. Chodzi po prostu o to, że kiedy staję przed kamerą, opuszcza mnie koncentracja i wszystko, czego staram się nauczyć. A wtedy czuję się tak, jakbym w ogóle nie należała do rodzaju ludzkiego.
Czy nie są to zbyt skrajne emocje?
Od lat staram się zapanować nad swoimi emocjami i osiągnąć jakie takie poczucie bezpieczeństwa, co niezbyt mi się udaje z wielu różnych powodów. Dopiero w ostatnich miesiącach doszłam do skromnych osiągnięć w tej dziedzinie. Przyznaję, że terapia z dr. Greensonem raz idzie lepiej, raz gorzej. Mimo wszystko moje ogólne postępy dają mi nadzieję, że ostatecznie poczuję grunt pod nogami i przestanę stąpać, jak zawsze dotąd, po ruchomych piaskach. Dr Greenson uważa, że muszę pracować, jeśli mam żyć przyzwoicie i produktywnie! A pracować znaczy nie tylko profesjonalnie grać, ale też kształcić się i w pełni poświęcić. Praca jest dla mnie jedyną nadzieją, jaką mam i czymś, w co wierzę.
Wypowiedzi legendarnej aktorki pochodzą z książki „Marylin Monroe. Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy”. Dla przejrzystości tekstu wprowadzono kilka drobnych zmian redakcyjnych i interpunkcyjnych.
Opracowała Magdalena Walusiak
Wywiady
Stąpanie po ruchomych piaskach
W żadnym z wywiadów Marylin Monroe nie odkryła się aż tak jak w tej fikcyjnej rozmowie. Swoje myśli, obawy, lęki i frustracje powierzała notatnikom i kartkom papieru, na których pisała listy do przyjaciół.
Komentarze (0)