Długi majowy weekend to czas, w którym naród oddaje się grillowaniu, paradom wojskowym, piciu alkoholu i wylegiwaniu na słońcu. Z tym większą atencją należy podejść do paru tysięcy ludzi, którzy porzucili tradycyjne formy rozrywki i zgromadzili się w katowickim Spodku, by wystawić swe ciała na nawałnicę dźwięków, jakie przywiozła ze sobą do stolicy Śląska angielska formacja Prodigy.
Jeśli ktoś sądzi, że łamanie narodowych tabu przypisane jest jakieś określonej grupie społecznej, zdziwiłby się bardzo widząc przekrój ludu miast i wsi, jaki wypełnił po brzegi płytę główną Spodka i rozsiadł się na trybunach tego zacnego obiektu: studenci, wielbiciele psychotropów, panowie z wydatnymi karkami, modnisie w dresach, nastolatki, punkowcy, a także przedstawiciele starszego pokolenia pamiętającego jeszcze zamierzchłe czasy kiedy na scenach naszego kraju królował Mietek Fogg..
Wszyscy oni, zanim znaleźli się wewnątrz wspomnianego już przybytku, musieli przecisnąć się przez Sito Śmierci, jak bez wątpienia można nazwać wejście do Spodka. Ścisk, przepychanki, porykiwania, płacz zgniecionych niewiast, ten obrazek od lat jest niezmienny niezależnie od tego, czy na katowickiej scenie występuje Prodigy, Sepultura czy zespół pieśni i tańca Mazowsze. Aż dziwne, że jeszcze nikt tego nie zauważył i nie wpadł na jakikolwiek pomysł, by ludziom przybywającym na koncerty nie oferować stania w godzinnych kolejkach i obściskiwania się z przypadkowymi osobnikami.
Ale do rzeczy, czyli koncertu Prodigy. Przed występem Anglików publiczność mogła zakosztować dźwięków generowanych przez krakowianina DJa MK Fevera. Młodzieniec ów występował przed koncertami wielu gwiazd światowego formatu, takich jak na przykład MJ Cole. Trzeba przyznać, że chłopak radził sobie naprawdę nieźle. Jeśli jednak przyjąć, że suport ma za zadanie rozgrzać publikę przed występem dania głównego, to Feverowi przypadła tego wieczoru wyjątkowo niewdzięczna rola. Nie znaczy to oczywiście, że krakus nie dał na scenie rady, jednak wystarczyło porównać żegnające go oklaski z eksplozją aplauzu, jaka rozeszła się po Spodku w chwili, gdy na zaciemnionej scenie pokazały się sylwetki muzyków Prodigy, żeby zrozumieć, że suportowanie potworów z Anglii lekkim chlebem nie jest.
Prodigy po wyjściu na scenę, której tło stanowiła ogromna flaga Zjednoczonego Królestwa, bez patyczkowania przystąpili do wykonania egzekucji. Łupnęli ścianą ciężkiego transowego dźwięku, dopalili salwą świateł, tłum oszalał i rozpoczęła się blisko półtoragodzinna potańcówka. O dziwo, mimo cudnej reakcji publiki na płynące ze sceny dźwięki, rewelacyjnej sekcji rytmicznej w postaci pałkera, który napierał na bębny z finezją i mocą godną perkusisty Napalm Death, szalejącego na scenie gitarzysty oraz Liama Howletta, który generował to, z czego słynie Prodigy, czyli ciężki, elektroniczny trans, panowie Keith Flint i Maxim Reality - wokaliści oraz wodzireje zespołu - wyglądali na lekko znudzonych i zmęczonych. Przez pierwsze trzy numery - wśród nich wyśmienicie zagrany „Braethe” - można było odnieść wrażenie, że są zdziwieni faktem, iż ktoś wypchnął ich na scenę. Szybko jednak obudzili się z letargu i przez resztę koncertu spisywali się wyjątkowo dzielnie. Nie można jednak pominąć milczeniem faktu, że są oni najsłabszym koncertowych ogniwem Prodigy. Jak wielu zapewne wie, zespół ten jest typową grupą studyjną, której utwory są dopracowywane do doskonałości za pomocą sprzętu elektronicznego - tutaj ponowny ukłon w kierunku muzyków którzy w perfekcyjny sposób przenieśli warstwę muzyczną na scenę Spodka. O ile jednak instrumentaliści znają się na swojej robocie, o tyle wokaliści, pozbawieni obróbki stołu mikserskiego, wypadają niedaleko od niedawnych wyczynów Mandaryny pozbawionej playbacku.
Przy całym szacunku dla kunsztu Prodigy, przydałoby się przepuścić koncertowe wokale przez filtry i efekty. Rewelacyjne w występie Anglików było jednak to, że pomimo mocno kulejących wokali, dali genialny, energetyczny występ, a muzyka broniła się sama, wprowadzając blisko 10 tysięcy widzów w amok i trans.
Zapełnione do ostatniego metra, wielkie jak stadion do hokeja miejsce pod sceną wyglądało jak żywy organizm. Ludzie tańczyli w tłoku, wskakiwali sobie na głowy, bawili się fluorescencyjnymi gadżetami i poruszali zgodnie z szaleńczym rytmem podawanym ze sceny. A było przy czym szaleć: „Wake The Fuck Up”, „Their Law”, „Back 2 School”, „Warning”, „No Good”, „Voodoo People”, „Blow Ya Mind”, „Spitfire”, „Hotride” to numery, które nawet w płytowych wersjach powodują nagły przypływ adrenaliny. Jakby tego było mało, Prodigy na potrzeby koncertów przearanżowało te utwory, dodając do szybkiego i obliczonego na szeroką publiczność transu elementy rodem z industrialu, co w połączeniu z tanecznymi liniami melodycznymi dało niesamowicie silny efekt. Jeśli ktoś szedł na koncert i kojarzył Prodigy z płytowymi wersjami utworów typu „Charly” czy „Jerycho”, to mógł być mocno zdziwiony widząc na scenie miast grupy techno zespół grający ciężkiego, agresywnego, acz tanecznego i pulsującego transem rocka. Zresztą nawet ci, którzy znają i cenią Prodigy za „The Fat Of The Land”, mogli zostać ścięci z nóg szybszą i pozbawioną niuansów hard core punkową wersją „Firestartera”.
Po godzinie ostrego grania, kiedy publiczność w rozkręciła się na dobre, Anglicy postanowili dać sobie przerwę na odpoczynek. Trudno się było temu dziwić widząc, co wyprawia pałker. Można było jedynie zastanawiać się, kiedy wreszcie padnie z wyczerpania lub połamie ręce. Od strony rozbawionej i szalejącej widowni wyczuwało się jednak zawód równy temu, który towarzyszy każdemu wybudzonemu nagle ze snu z Lolą Ferrari w roli głównej, bądź zaskoczonego nagłym uderzeniem w drzewo przy prędkości 200 na godzinę. Nikt więc zbytnio nie zdziwił się, gdy chłopcy ponownie weszli na scenę, żeby zagrać wyczekiwane przez tłum „Smack My Bitch Up” i „Poison”.
Jeśli przed bisami publiczność szalała, to nie ma słów, które opisałyby to, co działo się w trakcie tych numerów. I tylko wredocie Angoli - bądź odwodnieniu muzyków - można przypisać fakt, że rozbujawszy Spodek genialnie zagranym „Out Of Space”, przy którym w tany ruszyły nawet najbardziej zasiedziałe w swych krzesełkach sektory, Prodigy zakończyli koncert.
Aktualności
Prodigy - an(g)ielska nawała
Długi majowy weekend to czas, w którym naród oddaje się grillowaniu, paradom wojskowym, piciu alkoholu i wylegiwaniu na słońcu. Z tym większą atencją należy podejść do paru tysięcy ludzi, którzy porzucili tradycyjne formy rozrywki i zgromadzili się w katowickim Spodku, by wystawić swe ciała na nawał
Komentarze (0)