„Właśnie skończył się Tour de France, ale wszystko i tak było wiadome wcześniej. Wygrał po raz siódmy z rzędu, po czym już przypuszczalnie zrezygnuje z dalszej kariery, amerykański kolarz Lance Armstrong. W związku z jego zapowiedzianym odejściem “Gazeta Wyborcza” tytułowała: “Ostatni taki Tour de France”. Można tylko dodać: na szczęście ostatni.” – pisze politycznie niepoprawnie, chociaż na łamach „Polityki”, Ludwik Stomma.
 
I dalej cytując wspomnianą „Wyborczą”, w której nazwano Armstronga „żywą legendą wyścigu” polemizuje z uświęconym wizerunkiem sławnego kolarza. Ludwik Stomma przypomina bowiem czytelnikom, że  Armstrong przez lata był całkiem przeciętnym sportowcem, a rozgłos zdobył dopiero wtedy gdy ogłosił, że ma raka i na trzy lata wycofał się ze sportu. „Wrócił “pokonawszy chorobę”, jak zachwycała się prasa, w 1999 r. i od razu w cuglach zwyciężył. Tak zrodził się bohaterski i jakże publiczności potrzebny mit wielkiego zmartwychwstania”. Jednak niekoniecznie swoje triumfy zawdzięczał talentom sportowym. …„nieliczni sceptycy, przypominający, że w trakcie kuracji nowotworowej szpikowany był Amerykanin środkami kategorycznie zakazanymi wszystkim innym cyklistom, które sztucznie podniosły jego wydajność fizyczną na niebywałe wyżyny, zostali natychmiast wyciszeni i skarceni. Po pierwsze bowiem, jak można wsadzać nos w chemię, kiedy chodzi o życie. Po drugie, stała się rzecz podniosła, niebywała, pozytywna, taka właśnie, jakiej pragną kolorowe magazyny, więc istnym łajdactwem jest psucie zbiorowego święta, a nawet rzucanie nań najmniejszego choćby półcienia” pisze Stomma. I ma rację. Oj miód to na moje serce. Już mi się wydawało, że nie ma granic absurdu, napędzanego wszechogarniającą polityczną poprawnością. I że nikt tego absurdu nie dostrzega, a jeżeli nawet, to nie ma odwagi publicznie wygłosić swoich sądów. Na szczęście jest inaczej. Są jeszcze tacy dla których białe to białe, a czarne analogicznie.  
Iza J.
Pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".