Krucjatę czas kontynuować - 21 sierpnia premiera drugiego tomu "Miecza i kwiatów" Marcina Mortki, drugiej opowieści o krucjacie Gastona de Baideaux, w której każdy okruch dobra błyszczy jak złoto pośród błota.
Po "Ragnaroku 1940" autor zabrał nas w mroki Średniowiecza. Wraz z jego bohaterem, młodym Gastonem de Baideaux, którego na krucjatę nie ciągnęła żądza sławy, bogactwa ani przygód. Miała to być jego pokuta. Młodzieniec słyszał, że w Ziemi Świętej klejnotów jest tyle, co kamieni i że wbity w ziemię miecz krzyżowca aniołowie pokrywają różanym kwieciem. Nie spotkał jednak aniołów. Zobaczył za to jak kwitnie rozpusta, chciwość oraz intrygi. Trafił, gdzie sam diabeł bywa bardziej ludzki od niejednego rycerza Chrystusa.
Przybywszy - marzył o bohaterach, a zastał zdrajców i sodomitów. Walcząc - szukał odkupienia, a został wplątany w szatańską intrygę. Przeżywszy - wyruszył na dalsze poszukiwania zaginionego brata, podczas których przyjdzie mu odkryć, że nie każdy kusiciel jest Diabłem i nie każdy święty mąż aniołem.
Lecz choć czuć w niej trupem, a nie kadzidłem, jednak cudem jest Ziemia Święta. Gdzież indziej chciwy Italczyk zasłoni cię własną tarczą, a sześciu ruszy do szarży na, sześciuset, bo „Bóg tak chce!”, jak wołali krzyżowcy.
Premiera tomu 2 "Miecza i kwiatów" 21 sierpnia!
Przeczytaj fragment książki:
Na pokładzie wielkiej galery panowała cisza, jedynie fale ustępowały przed ostrym dziobem okrętu z pełnym wzburzenia sykiem. I to one właśnie, a nie odległy, zatopiony wśród mgieł ląd, przyciągały teraz uwagę Gastona de Baideaux.
Niedawno pasowany rycerz stał na dziobie okrętu oparty łokciami o burtę i wbijał wzrok w kotłujące się masy wody.
„Kiedy to odbyłem tę samą podróż? - zapytywał sam siebie w myślach. - Kiedy przybyłem morzem do Tyru? Dwa miesiące temu? Trzy?"
Im staranniej próbował policzyć dni, tym większe ogarniało go zdumienie. Z rachuby jasno wynikało, że nie spędził w Ziemi Świętej więcej niż trzech miesięcy, lecz jemu samemu wydawało się, że od chwili przybycia do Tyru minęły całe lata. Patrzył na swoje pięści, jak zwykle kurczowo zaciśnięte, ale twardsze, poznaczone bliznami. Co chwila odgarniał włosy wymykające się spod hełmu, nadal jasne, ale pozbawione dawnego połysku, wyprażone syryjskim słońcem. Pocierał policzki, wychudłe i zszarzałe od zarostu, przymykał oczy ongiś roześmiane, pełne życia, teraz zetlałe, pociemniałe.
Nigdy dotąd nie sądził, że można się tak bardzo zmienić w tak krótkim czasie.
„Jestem innym człowiekiem – pomyślał po raz setny. – Całkiem innym”.
Nie mógł oderwać wzroku od rozcinanych dziobem okrętu fal, kotłujących się i syczących. Żaden inny widok nie oddałby jego nastroju tak doskonale. Żaden inny nie podkreśliłby tak bardzo chaosu panującego pośród jego myśli. Z szaroburej kipieli wyłaniały się twarze, niektóre wzburzone, inne smutne, zrozpaczone, nienawistne. Vivienne de Grenier. Adalbert. Balian z Ibelinu. Robert de Sablé. Ismail ibn Abdul. Joscelin de Royes.
Vivienne de Grenier.
Gaston poczuł nagły skurcz w sercu i odwrócił załzawione oczy ku horyzontowi skrytemu za szklistymi, nieruchomymi wodami. Słońce, które wychynęło zza postrzępionych, zimnych chmur, powlekło je srebrzystym blaskiem, równie bezdusznym i obojętnym jak błysk stali. Czarna bandera zakonu łopotała ze wzgardą.
– Coś mi mówiło, że trzymając się ciebie, robię dobry interes z przeznaczeniem – usłyszał za sobą. – Anibym jednak przypuszczał, że stanę na dziobie galery szpitalników jako rycerz barona Ibelinu.
Vittorio oparł łokcie o okrężnicę i zapatrzył się w blade słońce pochłaniane przez chmury. Blask na grzbietach odległych fal gasł, lecz nie przestawał jarzyć się w oczach Italczyka, gdy ten obrzucał towarzysza badawczymi spojrzeniami.
– Nie jesteś rycerzem barona Ibelinu – powiedział sucho Gaston. – Podobnie jak ja. Gdyby miał nas za takowych, nie pozwoliłby nam odejść.
– Wiesz to ty, wiem to ja – wydął wargi Vittorio. – Nie wiedzą inni, a ja mam zamiar zrobić z tego użytek. Imię Balian otwiera w tym świecie wiele drzwi.
– W tym świecie nie ma już wielu drzwi.
– O właśnie! – Oczy Vittoria rozbłysły nieco mocniej. – Przyglądam ci się od rana, jak sterczysz tu na dziobie i wbijasz wzrok w wodę, a od twojej miny solone ryby się psują. Myślę sobie: „Oho, młody de Baideaux znowu toczy boje z czarnymi myślami”. Podchodzę, by się przekonać, i od razu wiem, że mam rację.
– A co cię to obchodzi?
– Co mnie to obchodzi? – powtórzył Italczyk, prostując się. – Widzisz, Gaston, zawdzięczam ci sporo. Zaskarbiliśmy sobie wdzięczność barona Ibelinu, zostaliśmy przez niego pasowani i opatrzeni na drogę, wreszcie zwolnieni z obowiązku walki o Akkę, co, nie ukrywam, powitałem z wielką ulgą. Oblężenia to kiepski interes, jest coś wart dopiero w chwili przedarcia się przez mury, co zważywszy na stan umocnień, nastąpi raczej nieprędko. Nosiłbym cię, chłopie, na rękach, gdyby nie to, że chcesz wrócić do Tyru. Czyli tam, gdzie wszystko się zaczęło.
– A co jest złego w Tyrze?
– Co złego? – Vittorio odgarnął włosy, złośliwie cisnące się do oczu. – Ano choćby komandoria templariuszy, którzy z ochotą zacisną nam szpony na gardłach.
– Nie boję się templariuszy.
– Ba, ja też nie. Sęk w tym, że Tyr to miasto niemałe, ale oblężone. Saraceni nie czyhają co prawda pod samymi bramami, za to blokują wszystkie trakty prowadzące w głąb Outremer. Trudno będzie uciec, gdy te diabły z czerwonymi krzyżami zechcą nas dorwać i zbawić rozżarzonymi prętami.
– Nie ma ich tam wielu. Wysłali pod Akkę znaczny hufiec.
– Ja też mam taką nadzieję. A wiesz, czyją matką jest nadzieja?
– Vittorio, ja tam muszę dotrzeć!
– Musisz – znów powtórzył Italczyk. – To też wyczytałem z tych twoich grymasów. Dlaczego, Gastonie? Inwestycja? Cóż, w to bym raczej powątpiewał. Należysz do tych ludzi, którzy zdają sobie sprawę z wagi pieniądza dopiero wtedy, gdy zacznie im go brakować. Lęk przed templariuszami? Brak ochoty, by piąć się na mury Akki? Nie, to też nie wchodzi w rachubę. Ciebie nie stać na zdrowy rozsądek. A zatem zemsta? Ba, przyklasnąłbym takiej decyzji, ale coś mi się nie wydaje, by którykolwiek z twoich adwersarzy był teraz w Tyrze. Chyba że wiesz coś więcej niż ja. A zatem, o zgrozo, pozostaje nam miłość.
– Nie! – parsknął Gaston i odwrócił wzrok ku rufie, za którą śmigały mewy, błyskając podbrzuszami w nagłych zwrotach.
– Jasne, że nie, jasne... Gaston, wierzę w to, że kiedyś nauczysz się robić mieczem, ale tracę nadzieję, że kiedyś opanujesz szlachetną i jakże opłacalną sztukę łgania w żywe oczy. Skąd ten szalony pomysł, że Vivienne de Grenier dotarła do Tyru?
Młody de Baideaux przymknął powieki i z całej siły zacisnął dłonie na okrężnicy, jakby chciał udrzeć z niej kawał drewna i walnąć nim Italczyka w czaszkę.
– Nie interesuje mnie hrabianka de Grenier – wykrztusił. – Nic a nic.
– A zatem? Gaston, Bernard jest twoim sługą i pójdzie za tobą wszędzie, bo tak mu rozkażesz, ale ja i Anzelm związaliśmy swój los z tobą dobrowolnie. Chcemy...
– Roger – rzucił nagle zasępiony rycerz.
– Co? – zdziwił się Vittorio.
– Roger de Baideaux. Mój brat. Chcę odnaleźć mego brata.
– Aha – z głosu Italczyka przebijało rozbawienie. – No tak. Zaskoczyłeś mnie. Ba, i to bardzo! Problem jednakże pozostaje problemem. Bez względu na to, czego będziemy szukać w Tyrze, trzeba nam dwóch rzeczy: bezpieczniejszego powodu naszego przybycia, takiego, w który ludzie uwierzą. No i niezawodnej drogi ucieczki, najlepiej morskiej.
Gaston otworzył oczy i aż zamrugał, jakby spojrzał prosto w słońce – bezlitosne słońce Ziemi Świętej, nie ten nikły blask spływający z nieba w morze. Nad lądem wisiały mgły gęstsze niż dotychczas, połyskliwe fale odbijały blade światło zachmurzonego nieba. Wiatr osłabł i ogromny trójkątny żagiel załopotał ostrzegawczo. Obaj odwrócili się ku rufie, gdzie czuwał brat Giovanni, dowodzący galerą rudobrody szpitalnik w czarnej tunice bojowej zakonu. Z jego ust nie znikał wzgardliwy uśmieszek, z którym przyglądał się zarówno swej załodze, jak i żywiołom. Widząc go po raz pierwszy, de Baideaux pomyślał, iż być może ów grymas maskuje brak doświadczenia, lecz starczyła pierwsza seria rozkazów, by zrozumiał, że się mylił. Załoga – głównie italscy i prowansalscy żeglarze – wykonywała jego polecenia sprawnie i bez szemrania.
Fabryka Słów /F.N.
Komentarze (0)