„U progu lat 90. pracowałem w "Gazecie Wyborczej". Przy próbie napisania reportażu o bogacącym się w błyskawicznym tempie biznesmenie z Lubelszczyzny usłyszałem od Heleny Łuczywo znamienne pytanie: "Czy uważasz, Jacku, że wszyscy, którzy mają duże pieniądze, musieli je ukraść?". Nie dostałem zgody na pisanie o biznesmenie”. Pisze Jacek Łęski w dzisiejszym wydaniu „Rzeczpospolitej”. Jest to kolejny glos w gorącej dyskusji na temat raportu PO o stanie mediów.

"To nie politycy podzielili dziś media. To wreszcie ci, którzy przez lata byli spychani do dziennikarskiego getta, odzyskali prawa obywatelskie i różnice poglądów ukazały się z całą ostrością. "Towarzystwu" to się nie podoba i podobać nie może.

Podobnie jak wielu ludzi mojego pokolenia nie wyobrażałem sobie pracy w mediach przed rokiem 1989. W końcu lat 80. zaangażowałem się w wydawaną bez cenzury i oczywiście nielegalnie prasę studencką. Upadek systemu zastał mnie tuż po końcu studiów i na progu dorosłego życia. Wtedy naiwnie wydawało mi się, że w nowych warunkach politycznych pojawią się wolne media, w których będzie możliwość badania wszystkiego i pisania naprawdę tego, co się myśli. Postanowiłem zostać dziennikarzem.

Na początek trafiłem do "Gazety Wyborczej" w Lublinie. Nauczyłem się tam, jak pisać teksty i zbierać materiały. Tam zorientowałem się też, że dziennikarstwo w ogromnej mierze polega na uprawianiu polityki. Nie podobało mi się to. Tym bardziej że "Gazeta" uprawiała polityką powstrzymywania zmian w Polsce, których ja osobiście bardzo oczekiwałem. Nie potrafiłem pojąć, jak można osłaniać byłych esbeków, twórców stanu wojennego i pochwalać ewidentne łamanie demokratycznych mechanizmów".