W artykule znajdujemy barwną relację z ostatnich chwil życia Jeana Charlesa de Menezes, czyli mieszkającego w Anglii Brazylijczyka, wziętego przez londyńską policje za terrorystę: „Jean Charles de Menezes nie mógł wiedzieć, że to ostatnie chwile jego życia. Brazylijski elektryk odebrał wezwanie. Jednemu z klientów na londyńskim Kilburn zepsuł się alarm przeciwpożarowy. 27-letni imigrant, od trzech lat mieszkający w Anglii, ubrał się i pośpiesznie wyszedł z domu. Nie wiedział, że jego blok na Scotia Road od kilkunastu godzin jest pod stałą obserwacją policji, a tuż obok niego mieszkają domniemani terroryści. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że może zostać pomylony z jednym z nich.(…) Na stacji Stockwell Menezesa otoczyło kilkunastu mężczyzn po cywilnemu. Kazali mu stanąć, krzyczeli. Brazylijczyk zaczął uciekać. Być może przestraszył się, że chcą go wylegitymować, być może – czemu stanowczo zaprzecza jego rodzina – miał nieważną wizę. A może po prostu nie zrozumiał, o co chodzi. Policjanci wbiegli za nim do wagonu. Pasażer Mark Whitby doskonale zapamiętał scenę. – Powalili faceta na podłogę, wsiedli na niego, a jeden z nich z bronią władował mu pięć strzałów – mówił telewizji BBC”. Finał wszyscy znamy, Brazylijczyk został pomyłkowo zastrzelony. Zaczęły się protesty. „Brazylijczycy mieszkający w Londynie przyszli z demonstracją pod siedzibę Scotland Yardu. – To, co zrobili Jeanowi, to barbarzyństwo – mówił brazylijskim dziennikarzom 40-letni górnik Milton Avila. – Tylu naszych ma dosyć przemocy w Brazylii, a teraz widać, że tutaj może być jeszcze gorzej. – Jean był spokojnym człowiekiem, takim, który chodzi do pracy, wpada do pubu na drinka, a potem wraca do domu – mówił kolega zabitego Fausto Soares”. Oburzenie cywilizowanego świata, powszechne larum i debaty czy zasada „strzelać aby zabić” jest słuszna. Podaje się przykłady podobnych pomyłek, lub wręcz mistyfikacji. Robi wrażenie…Jak zawsze zresztą, kiedy giną niewinni ludzie. Tak sobie jednak myślę, że walka z bezwzględnym wrogiem, takim jak terroryści, wymaga brutalnej determinacji. Tutaj zasada jest prosta: albo oni nas albo my ich. Czy w takiej sytuacji zostaje miejsce na humanitarne dywagacje?
Iza J. 29.07.2005 r.
Więcej: www.przekroj.com.pl
Komentarze (0)