Jako dziennikarz zadebiutowałem wcześniej niż wielu moich kolegów.
Gdy byłem uczniem liceum, regularnie współpracowałem z harcerskim czasopismem „Świat młodych”. To na jego łamach opublikowałem swój pierwszy ważny tekst – reportaż o bardzo biednym i bardzo zdolnym chłopcu z Mławy. Ten chłopiec marzył o tym, by malować, a ponieważ nie miał pieniędzy na farby, postanowił namalować banknoty. I namalował je tak genialnie, że kilka z nich udało się wprowadzić do obiegu. Został złapany i oskarżony o fałszerstwo, a w tamtych czasach za przestępstwa gospodarcze można było dostać karę śmierci. Jemu to akurat nie groziło, ale dwadzieścia lat więzienia – tak. Mój tekst zrobił wrażenie i sprawił, że w bohaterze reportażu zaczęto widzieć bardziej ofiarę nędzy, niż przestępcę. Znalazło się wiele osób, które zaoferowały chłopcu pomoc. Wtedy zdałem sobie sprawę, że siła reportażu jest ogromna, a odpowiedzialność dziennikarza jeszcze większa.
Artykuły opublikowane w „Świecie młodych” ułatwiły mi zdobycie indeksu instytutu dziennikarstwa UW.
Bez tych publikacji pewnie by się to nie udało, bo jestem ciężkim dyslektykiem i robię potworne błędy ortograficzne. Gdyby władze wydziału, oceniając napisane przeze mnie na egzaminie wstępnym wypracowanie, nie uwzględniły zaświadczenia o dysleksji (a uwzględniły tylko z uwagi na mój dorobek dziennikarski), poległbym z kretesem. Studiując dziennikarstwo, współpracowałem z harcerskim tygodnikiem ilustrowanym „Na przełaj”. Kiedy skończyłem studia, redakcja zaproponowała mi etat, ale – paradoksalnie – kiedy tak naprawdę zacząłem w „Na przełaj” pracować (bo miałem etat), praktycznie przestałem tam pracować (bo już nie miałem czasu). To był rok 1980 i w Polsce zaczęły dziać się ważne rzeczy, a ja chciałem brać w nich udział.
W czasie tzw. Karnawału, czyli pomiędzy sierpniem ’80 a stanem wojennym, pracowałem w biurze informacji prasowej komisji krajowej „Solidarności”.
Ściągnął mnie tam Tomek Wołek. Rewolucja toczyła się na naszych oczach, a my byliśmy tego w pełni świadomi. Pierwszy raz od wielu lat można było mówić prawdę. Powstawały wydawnictwa, które wydawały zakazane dotąd książki. Tych książek były miliony. Nikt nie był w stanie ich policzyć –
maszyny drukarskie kręciły się dzień i noc. W ciągu półtora roku, z ludzi ogłupionych przez
PRL-owską propagandę Polacy stali się społeczeństwem znającym prawdę. Polska zmieniała się od środka. Komunizm nie mógł podnieść się po takim ciosie.
Miałem dwadzieścia kilka lat i znalazłem się w samym centrum zdarzeń.
Obserwowałem negocjacje pomiędzy rządem, a kierownictwem „Solidarności”. Negocjowano w bardzo małych grupkach, bardzo poufnie. To było pouczające doświadczenie. Miałem świadomość, że waży się przyszłość Polski. Miałem też świadomość, że ryzyko katastrofy jest ogromne. Dziś mam paranoiczny stosunek do stanu wojennego, bo z jednej strony zrujnował życie moje i milionów
Polaków, zniszczył nasze marzenia, aspiracje, kariery zawodowe. Ale z drugiej strony myślałem, i dziś myślę podobnie, że ci, którzy rządzili wtedy w Moskwie, to byli starcy na progu śmierci, stawiani siłą na trybuny. Ci niepoczytalni na skutek demencji ludzie byli nieobliczalni i mogli podjąć każdą decyzję.
Kiedy stan wojenny dogorywał, grupa dziennikarzy dogadała się ze zgromadzeniem Michalitów i zaczęła wydawać miesięcznik dla młodzieży „powściągliwość i praca”.
Trafiłem do tego pisma dzięki kolegom z „Solidarności”. Znalazłem się w doborowym towarzystwie. Wokół miesięcznika skupieni byli wybitni ludzie, m.in. Andrzej Drawicz, Jan Dworak, Tomek Wołek, Paweł Śpiewak, Lech Falandysz, Antoni Pawlak, Jarosław Szczepański. Współpracowałem z pismem kilka lat. A potem przyszedł ’89 rok i powstała „Gazeta wyborcza”.
Początki „Gazety” były harcerskie. Redakcja mieściła się w lokalu po żłobku na Dolnym Mokotowie.
Nie mieliśmy nic. Każdy przynosił, co miał. Ja przyszedłem z krzesłem i maszyną do pisania. Pamiętam naszą długą, zażartą dyskusję, czy powinniśmy zdecydować się na tak luksusowy wydatek, jak zegar na ścianę. Ja uważałem, że bez zegara nie ma roboty. Kupiliśmy zegar. Niesamowity to był entuzjazm ludzi, którzy „Gazetę” tworzyli, niesamowita była życzliwość wszystkich dookoła. Byłem kierownikiem działu wyborczego, który miał część reportażową. Dzwoniłem do największych
polskich autorów, na przykład Hanny Krall, prosiłem o teksty. Nie zdarzyło się, żeby ktokolwiek odmówił, a o honorariach nie było mowy. Zbyszek Hołdys zajmował się kolportażem i też nie pytał o pieniądze. Wszyscy pracowaliśmy po godzinach. Miałem wtedy małe dzieci, często przywoziłem je ze sobą do pracy. Jeździliśmy na rowerze – syn siedział na bagażniku, córka w foteliku na kierownicy. To nie były jedyne dzieciaki w redakcji. Ania Bikont tuż przed powstaniem „Gazety” urodziła córeczkę.
Wózek stojący w ogródku stał się częścią naszej scenografii. Każdy z nas coś poświęcał, ale nigdy nie słyszałem, by ktokolwiek z tego powodu narzekał.
Na początku lat dziewięćdziesiątych opublikowałem w „Gazecie” wywiad z Andrzejem Lepperem.
To były czasy, kiedy Lepper robił wszystkich w konia i rzucał z rękawa danymi nie do zweryfikowania.
Zadawałem mu proste pytania, na przykład, ile kosztuje jajko. Okazało się, że facet nie ma pojęcia, jak wygląda realny świat. Tekst przeczytała Maria Szabłowska. Prowadziła wtedy program „Kawa czy herbata” i wraz z wydawcą szukała współprowadzącego. Nie miała pojęcia, kim jestem, jak wyglądam, ale wywiad z Lepperem tak jej się spodobał, że zaproponowała wydawcy moją osobę. Dziś Marysia śmieje się i mówi, że zadzwoniła do redakcji „Gazety” i zapytała, czy Jacek Żakowski jest przystojny (śmiech).
Trafiłem do telewizji. Pamiętam pierwsze wejście na żywo. Byłem tak zestresowany, że jedna noga kompletnie mi zdrętwiała. Stałem tak na wpół sparaliżowany przed kamerą i myślałem tylko o tym,
że za chwilę zdrętwieje mi druga noga i telewizyjny debiut zakończy się upadkiem. Dziś telewizja już mnie nie onieśmiela.
Jako dziennikarza doceniono mnie dość wcześnie.
Przez starszych, bardziej doświadczonych kolegów byłem postrzegany jako „młody zdolny”. Dostałem kilka nagród, ale z nagrodami w dziennikarstwie jest problem, bo one są zawsze za to, co było, a my każdego dnia stajemy przed dylematem – co dalej. Zewnętrzne objawy sukcesu są dla mnie raczej obciążeniem niż źródłem satysfakcji. Bo jeżeli napisałem jeden dobry tekst, to wcale nie znaczy, że
będę w stanie napisać kolejny równie dobry. A wszyscy dookoła oczekują, że powinien być nawet lepszy. Dziennikarz nie jest sportowcem, który zdobywa kilka medali, kończy karierę i pozostaje zwycięzcą do śmierci.
W dziennikarstwie trzeba się trzymać do końca. Nie można spocząć na laurach nawet jak ma się sto dziesięć lat.
Rozmawiała: Magdalena Karst-Adamczyk
PDF – pismo warsztatowe Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, nr 8 (12) 2008
Komentarze (0)