30.07.2020
Jeśli ktoś nie chce czytac całego długiego tekstu, oto powody, dla których warto kupić tę płytę: +wyjątkowa wydajność z hektara, trwa aż 75 minut, +przebojowość (wydano z tej płyty aż 7 singli, a mogłoby być ich więcej), + przystępność utworów przy ich szlachetności, wyrafinowaniu stylistycznym (mieszanka pop-rock-country-bluesowo-musicalowa), +sławy muzyki udzielające się we wszystkich utworach (dawne gwiazdy jak i te z młodego pokolenia), + mnóstwo treści w komentarzach dołączonych do płyty. Muzyka świetna do samochodu jak i dla wrażliwego słuchania przez słuchawki (bo mamy wielość instrumentalistów, znakomitą robotę dźwiękowo-studyjną, kunszt wykonania). ----------------------------------------------------------------------------------- Płyta jest bardzo długa, zawiera 75 minut muzyki, 17 piosenek (chyba nigdy nie kupiłem płyty, która nie będąc składanką ma tak dużo nagrań). W każdej z piosenek słyszymy zaproszonych cenionych w USA, a bywa że na świecie, muzyków. Przy aż 12 utworach postawiłem znaczek "bardzo dobry" lub "celujący", a przy 3 "dobry plus". Nie muszę omijać żadnego z utworów, każdy prezentuje coś ciekawego. Jeśli wymienię obecne na płycie style i oprócz popu, rocka, elementów bluesa wpiszę "country" pewnie niektórzy doznają rozterki, bo w Polsce nie jest to gatunek powszechnie lubiany, ale zapewniam: country funkcjonuje tu na takiej zasadzie jak w muzyce zespołu The Eagles, czyli jest to country łatwe do przyswojenia przez np.Europejczyka, choć należałoby podkreślić: NIE JEST TO PŁYTA Z MUZYKĄ COUNTRY. Owszem, Sheryl Crow na ogół śpiewa rejestrem "jaśniejszym" niż w utworach tak świetnie znanych jak "All I wanna do" lub "If it makes you happy", śpiewa bardziej melodyjnie, że czasem z trudem odróżniałem jej głos od śpiewającej w duecie z nią piosenkarki - ale to mimo wszystko jest głownie muzyka popularna, nie niszowa, a domieszki wzmacniają oryginalność tych utworów. Słychać to choćby w warstwie instrumentalnej(słuchanie przez słuchawki lepiej wydobywa poszczególne instrumenty) - jesli gra Eric Clapton lub Gary Clark Jr, to domieszka bluesa jest jak przyprawa bez której "zjedlibyśmy" płytę, ale bez apetytu; albo gdy mniej rytmicznie, a bardziej barwowo gra na gitarze elektrycznej Neil Young, to mamy z kolei silną przyprawę rockową, bo znamy barwy gitarowe tego rockowego muzyka. Do wymienionych stylów należy koniecznie dodać jeszcze dwa, jeden nazwałbym stylem musicalowym, drugi jakby z okresu Tamla Motown z lat 60. Oba się nakładają na siebie (w dodatku brzmiąc równocześnie jakby po linii The Eagles!) w najlepszym chyba utworze na płycie "Don't". Artystka pisze na płycie, że składa tą płytą jakby hołd muzyce, w której wzrastała, a za młodu słuchała wielu gatunków muzyki popularnej. Mimo to "Thread" jest spójna, a scaliły ją talenty producenckie J. Trotta, S. Crow i perkusisty St. Jordana oraz... Ameryka. Dżinsy na okładce są nieprzypadkowe. A w ogóle moim zdaniem mimo wszelkich odnóg stylistycznych dla mnie duchem dominującym w tej muzyce jest... The Eagles. Nie chodzi tylko o połączenie popu i rocka z country, nie chodzi tylko o osobę J. Walsha w jednym z utworów (silnie tam są obecne jego gitara i śpiew), nie chodzi tylko o melodyjność, bo jest też... sekcja smyczków, wspaniale wkomponowana w popową resztę, a włączona do kilku utworów (dwóch lub trzech). Nie mogę nie wspomnieć o utworze nadspodziewanie nowocześnie brzmiącym, z udziałem rapera Chucka D. i Andry Day ("Story of everything"), z fascynującym ściegiem szyjącego basu.