Każdy sprzedawca w empik.com jest przedsiębiorcą. Wszystkie obowiązki związane z umową sprzedaży ciążą na sprzedawcy. Za wysłanie produktu odpowiada sprzedawca.
Opis produktu
Tracklista:
1. Insomnia 4:34
2. Prince of Darkness 6:25
3. Enter the Arena 0:52
4. Crush 'Em 4:57
5. Breadline 4:24
6. The Doctor Is Calling 5:40
7. I'll Be There 4:20
8. Wanderlust 5:22
9. Ecstasy 4:28
10. Seven 5:00
11. Time: The Beginning 3:04
12. Time: The End 2:26
Niestety najsłabszy Megadeth obok "Super Collider" z 2013r. Wcale to jednak nie oznacza że nie warto si ę z nią zapoznać i mieć jej na półce. Płyta mocno hard-rockowa bez elementów charakterystycznych dla metalu. Kompozytorsko jest niemal wyłącznie dziełem Dave'a Mustaine'a. W pamięci pozostają zdecydowanie pierwsze 4 (a właściwie 3 gdyż "Enter the Arena" to tylko wstęp do "Crush 'Em"). Następne 2: "Breadline" oraz "Doctor is Calling" są bardzo dziwne, niby chwytliwe i dość lekkie, a jednak brak im energii są aż przerażająco apatyczne. Pozostałe kawałki nie są w zasadzie warte wspomnienia. Płyta jest jednak ogólnie inna i ciekawa. W pewnym sensie chora i tajemnicza. Za 20 zł dodatkowo z serii Remasterów, których grzbiety tworzą głowę Vica Rattleheada zdecydowanie warto.
gunn3r87
Zweryfikowany zakup
30.04.2013
"Risk" jest powszechnie uważana za najgorszą płytę w dotychczasowej twórczości zespołu Megadeth. Czy słusznie? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Na pewno nie znajdziemy na niej utworów w stylu klasyków, takich jak: "Holy Wars...", "Tornado Of Souls" czy "Symphony Of Destruction", ale jest w niej coś, co może zaintrygować słuchacza. Przede wszystkim jest to wokal Mustaine'a. "Risk" jest prawdopodobnie najbardziej melodyjną płytą w historii zespołu.Do najmocniejszych punktów płyty należą przede wszystkim otwierający płytę utwór "Insomnia" (z zaskakującymi partiami smyczkowymi), a także "Prince Of Darkness" oraz "The Doctor Is Calling. Być może czynnik melodyjności płyty nie jest tym najważniejszym mającym spowodować zakup tego albumu. Czynnikiem tym jest sam zespół - przecież to cały czas Megadeth...
shader
Zweryfikowany zakup
04.12.2014
Opinia słuchaczy co do albumu na pewno jest spójna, płyta jest... dziwna, inna, nie w stylu Megadeth. Słychać znaczną zmianę stylu, brzmienia. Jest bardzo nowocześnie, komercyjnie, chwytliwie. Nie ma tu takich killerów jak na choćby RIP. Ma ona tak wielu wrogów wśród fanów "Rudego", że chyba walczyć z nią może tylko Super Collider. Przyznam jednak, że znajdą się tu ciekawe kawałki. Nie jestem wrogiem tej płyty. Do Thrashu jednak jej daleko, takie Hard rockowe granie, nawet zahaczając o radiowe granie "Breadline","Ecstasy". Jakby wydała ją inna kapela, myślę, że może by się niczym szczególnym nie wyróżniła, jednak na pewno by mogła się obronić.
Krzysztof
Zweryfikowany zakup
22.08.2020
# Jest moc a energii jak na MEGADETH jakby brakowało. Nieco inna płyta w dorobku zespołu pod względem brzmienia. Ósmy i ostatni album z M. Friedmanem a zarazem pierwszy z J.DeGrasso...no ale jak nie patrzeć to i tak ta sama kapela MEGADETH. Kup a z pewnością nie pożałujesz...a i będziesz zaskoczony/-a...skoro cenisz Sobie ambitną muzę a nie jakieś tam zmierzłe i gejowskie disco-polo. Polecam ! ! ! #
Anonim
Zweryfikowany zakup
12.07.2014
Ta recenzja została ukryta, ponieważ jej treść była niezgodna z regulaminem
Robert Bojarski
Zweryfikowany zakup
26.09.2015
Są płyty Megadet, które moim zdaniem są zdecydowanie lepsze, ale i tą warto mieć.
Marek Struski
Zweryfikowany zakup
24.07.2017
Brakowało mi tej płyty w kolekcji, aż wreszcie ją mam - 100% trash
Mariusz
25.02.2016
Postawmy sprawę jasno. Megadeth jest zespołem z najwyższej półki, a wszystkie dzieła jakie wychodzą spod wiosła Dave Mustaine’a nie schodzą poniżej wyznaczonego przed laty poziomu. Niemniej jednak, by móc ocenić tę płytę, trzeba zapomnieć o wszystkim do czego Nas przyzwyczaił zespół i potraktować ją jak solowe dzieło „rudego”. Tak też chciała uczynić wytwórnia Capitol Records na co Dave się oczywiście nie zgodził. Nigdy się nie dowiemy na ile przyczyn należy upatrywać w dojrzałości muzycznej, a na ile w obsesyjnej chęci powtórzenia komercyjnego sukcesu Metalliki. Pewne jest jednak to, że „Risk” to po prostu bardzo dobry rockowy album. Fani cięższego grania, nie dający nawet na chwile wytchnienia swoim uszom, mogą w tym momencie przestać czytać niniejszą recenzję i puścić sobie chociażby najnowsze dziecko Megadeth – Dystopia.
Całą resztę zachęcam jednak do sięgnięcia po ten, niesłusznie, mocno zhejtowany krążek. Uświadczymy tu nieco mrocznego, tajemniczego klimatu jak w The Doctor is Calling jak i również progresywnych gitar mocno kojarzących się z Porcupine Tree w takim Ecstasy. Na typowe trashowe riffy nie ma co liczyć, jednakże, wtedy byłby to znów stary Megadeth, a tak to mamy ciekawe urozmaicenie w dyskografii zespołu. Niestety nie obyło się bez wpadek jakimi są strasznie cukierkowy, naiwny i kojarzący się z „jajecznicą” Alicji Janosz Breadline, oraz, może już bardziej poważny, I’ll Be There. Oczywiście są to bardzo dobre muzycznie utwory, niestety, jakoś sielankowy nastrój nie pasuje mi do Dave’a…kwestia gustu. Znaczącym jest również fakt, że jest to ostatni album nagrany z Martym Friedmanem, a przed ostatni z basistą Dave’em Ellefsonem. Dzieło, które kończy okres największej świetności zespołu. Na następną dobrą płytę ( The System Has Failed ) trzeba było poczekać 5 lat, ale to już inny, zupełnie nowy rozdział w historii Megadeth.