20.04.2018
Tak drapieżnie i z jajami Priest jeszcze nie brzmieli. Chyba nikt się wówczas nie spodziewał, że za sprawą tego utworu jak i całego albumu brytyjski kwintet rozrusza, jak by nie patrzeć, zatęchły i zalatujący trupem, świat ówczesnego heavy metalu. Ten zespół dojrzał, aby stworzyć takie właśnie dzieło skończone, obok którego nie można przejść obojętnie. Obwieścił światu, jak należy grać czystej krwi, rasowy, ostry i piekielnie dobry heavy metal. Takie szlagiery nie ukazują się codziennie. To muzyka, na której wychowały się całe tabuny fanów ostrej i ciężkiej muzyki na kuli ziemskiej – od power po death metalowców. A dowodem na to niech będzie choćby wyśmienity cover autorstwa nieodżałowanego Chucka Schuldinera i jego legendarnego zespołu Death. Utwór „Painkiller” otwiera genialne wręcz intro, grane na perkusji przez Scotta Travisa, nowego pałkera wypożyczonego z Racer X. Jego wybór to był strzał w dziesiątkę, powstał bowiem skład gotowy do nagrania jednej z najwspanialszych płyt w historii metalu. Pierwsze dźwięki kanonady bębnów w utworze tytułowym, otwierającym krążek zwiastują, że będziemy mieli do czynienia z szaleństwem na całego. Słychać, że ten chuderlawy jegomość nie wypadł sroce spod ogona, bo to co wyprawia na swoim instrumencie już na wejściu dosłownie zwala z nóg. Gwałtowne intro przeradza się w motoryczny rytm utworu, do którego po chwili dokooptowują ze swoimi przeszywającymi riffami K.K. Downing i Glenn Tipton. Do tego dochodzi jeszcze ciężki, miarowy bulgot basu, bezlitośnie okładanego przez Iana Hilla oraz wrzask Halforda, którego tembr wypruwa trzewia słuchaczy niczym rzeźnicki nóż. Po drugiej zwrotce i niemiłosiernym ryku Roba słyszymy mocarny riff, który balansuje na krawędzi power i thrash metalu, a następnie przechodzi w przerażający chór wokalisty, zakończony precyzyjnie wykonanym przyśpieszeniem. Moje uszy wypełnia w tym momencie łomot, który najlepiej potrafią docenić najstarsi słuchacze tego gatunku muzyki. Wtedy też zaczyna się wyborne solo Tiptona, które jest chyba najwspanialszym gitarowym popisem w historii metalu. Brzmienie, styl, technika mogą zachwycić swoją doskonałością każdego melomana, nie tylko fana gitarowego wymiatania. Również drugie, niezwykle spektakularne technicznie solo, zagrane pod koniec przez K.K. Downinga, komponuje się z agresywnością utworu i jest naprawdę brutalne. Moc, tempo, fantastyczna mięsista produkcja, nowoczesne i żywe brzmienie, bardzo naturalne w porównaniu ze sterylnie syntetycznym dźwiękiem poprzedniczki „Ram It Down”, zmasowany atak galopujących, ostrych riffów, perkusyjny ostrzał i megamocny, wszechpotężny wokal Roba Halforda to właśnie kwintesencja tej kompozycji. Jest ostro, drapieżnie, ale i niezwykle melodyjnie. „Painkiller” niewątpliwie był punktem przełomowym w karierze Priest. Śmiem twierdzić, że wszystko to co nagrał do 1990 roku, nijak się ma do geniuszu „Painkiller”. Wprawdzie przypomina on odrobinę grę z płyty „Defenders Of The Faith”, jest jednak o wiele bardziej rozbudowany, więcej w nim nowoczesności i agresji. Co rusz coś olśniewa, nawet gdy się przesłuchuje utwór po raz enty. To kompozycja która zmieniła ówczesne pojęcie o muzyce heavy metalowej, wprowadziła ją w inny wymiar i która już w momencie wydania stała się klasykiem. Jest natychmiast rozpoznawalna, będąc jednocześnie nierozerwalną częścią idealnej całości. Mimo iż od momentu premiery minęło już 26 lat, ta muzyka wciąż jest niesamowicie świeża i aktualna. Wciąż elektryzuje i poraża. Można nie lubić Judas Priest, można nie cierpieć wokali Halforda, ale jedno jest pewne, nawet przeciętny śmiertelnik z metalem nie mający nic wspólnego stwierdzi, że w tej muzyce jest to coś, jest klimat, jest magia, jest gitarowy wygar, wywrzeszczane wokale, intensywna praca perkusji, jednym słowem - czad. Jest to ponad wszelką wątpliwość najbardziej gitarowy utwór na tym albumie. Swoją bajeczną techniką Kenneth i Glenn po raz kolejny przypieczętowali swą czołową pozycję w świecie gitary. Szybkie utwory jak ten są zazwyczaj kryterium rzemiosła instrumentalnego i technicznej perfekcji zespołu, chyba od początku są też znakiem rozpoznawczym kapeli z Birmingham. Bez cienia przesady można tę kompozycję nazwać remedium na mizerną kondycję gatunku w owym czasie. Tak, to chyba istotnie najlepszy heavy metalowy album z najlepszym kawałkiem w historii ciężkiego łojenia. Rzadko się zdarza coś takiego, że wszystko jest właściwie idealne, bez ani jednego zbędnego dźwięku. Każda sekunda, każda najdrobniejsza nuta jest znakomita. Od pierwszego do ostatniego taktu zespół pewnie, zdecydowanie i bezkompromisowo rozprawia się ze skostniałymi metalowymi kanonami, tworząc na ich podstawie swoje własne i jakże ożywcze. Nie dąży jednak za wszelką cenę, by przełamywać bariery stylistyczne, nie tworzy nowego gatunku. Wydobywa na światło dzienne z tradycyjnie pojmowanej muzyki metalowej to co najlepsze, tworząc esencję, ekstrakt, creme de la creme ciężkiego grania.