Każdy sprzedawca w empik.com jest przedsiębiorcą. Wszystkie obowiązki związane z umową sprzedaży ciążą na sprzedawcy. Za wysłanie produktu odpowiada sprzedawca.
Opis produktu
„Historię tworzą masowe tęsknoty”.
„Podziemia” to monumentalna wielowątkowa narracja, która jest próbą zmierzenia się Dona DeLillo, uznawanego za Oceanem za jednego z najciekawszych współczesnych pisarzy, z mitem wielkiej amerykańskiej powieści. Jej akcja rozpoczyna się w Nowym Jorku w 1951 roku podczas legendarnego meczu baseballa. Radość ze wspaniałego wyniku New York Giants mąci wiadomość o próbnym wybuchu bomby atomowej przeprowadzonym w ZSRR. Symbolicznym przewodnikiem w tej postmodernistycznej odysei jest pamiątkowa piłka baseballowa z legendarnego finału, przekazywana z rąk do rąk przez kolejne dekady. W tle prawdziwa esencja Stanów Zjednoczonych drugiej połowy XX wieku: błysk fleszy i medialny szum, kultowe chevrolety, prezerwatywy symbolizujące rewolucję seksualną i strony internetowe jako znak drugiej wielkiej rewolucji – technologicznej – oraz ikoniczne postacie jak J. Edgar Hoover, Mick Jagger czy Lenny Bruce. Jednak głównym bohaterem pozostaje amerykańskie społeczeństwo, bacznie obserwowane i punktowane z sarkazmem przez autora, który bezlitośnie odziera je z patosu i narodowych mitów.
DeLillo jest pisarzem na miarę Steinbecka, a jego przełomowe dzieło ukazujące całą złożoność amerykańskiego świata drugiej połowy XX wieku dziś nabiera nowych znaczeń. To, co kilka dekad temu było codziennością Ameryki, dziś jest dniem powszednim zglobalizowanego świata i może stać się jego trudnym dziedzictwem.
Z perspektywy Polaków zamkniętych w radzieckiej strefie wpływów, Ameryka była „zieloną wyspą”, krajem dostatku i spełniania marzeń. Czy kolejne pokolenia dalej ją gloryfikują? Czy moda na „Amerykę” ciągle trwa? Chyba już przemija, a ci którzy posmakowali dobrobytu szukają bardziej egzotycznych uciech, a na dawniej uwielbiany kraj patrzymy z zawiścią, a może i pogardą. W tym kontekście jakże podniecająca jest dekonstrukcja amerykańskiego mitu jaką oferuje nam amerykański pisarz Don DeLillo. Mowa tu o powieści „Podziemia”. Wydaje mi się, że jest ona mało znana w Polsce, ale ci, którzy ją znają mówią jednym głosem: „Arcydzieło”. Przygodę z tą książką rozpoczynamy obszernym prologiem. Rok 1951 i mecz baseballu. Energia, radość, euforia, a obok nich strach, niepewność wywołana informacją o próbnym wybuchu bomby atomowej przeprowadzonym w ZSRR. Piłka złapana podczas tego meczu będzie nam towarzyszyła w wędrówce przez Amerykę drugiej połowy XX wieku. A właściwie będziemy się cofać, bo z lat 50 przeskoczymy do 90, aby krok za kroczkiem wracać do przeszłości. Bohaterowie będą młodnieć, a zniszczone przedmioty nabiorą świetności i blasku. Przyznacie, że jest to nietypowa forma. Ja chyba pierwszy raz spotkałam się z tak napisaną powieścią. Dodać do tego należy pięknie dopracowane sceny. Don DeLillo poświęca każdej z nich wiele uwagi, a czytelnik może się w nie zagłębiać zapominając o „bożym świecie”. W tym przypadku słowa oddziałują na wszystkie zmysły. Poza wyrazistymi postaciami i ich emocjami oraz wartościami będziemy mogli zobaczyć, poczuć, a nawet literacko dotknąć. „Podziemia” to powieść wielowątkowa. Na początku trochę czułam się, jakbym czytała zbiór opowiadań, przez to całkowite oddanie poszczególnym scenom. Z czasem losy bohaterów zaczynają się przecinać, zazębiać i sieć tkana przez Dona DeLillo zaczyna nabierać kształtu. Kontekst w jakim pisarz pokazuje nam Amerykę 2 połowy XX wieku jest szeroki. Pisząc o tych czasach autorzy skupiają się na zimnowojennej problematyce. Można odnieść wrażenie, że nuklearne zagrożenie wręcz paraliżowało amerykańskie społeczeństwo. A u DeLillo codzienne sprawy też nabierają wielkiej wagi. Złapana na meczu piłka staje się wielkim skarbem, a radość z jego posiadania potrafi przyćmić wszystko. W „Podziemiach” przemykają się też globalizacja oraz popkultura i ich ikony. Symbole które rozpalały wyobraźnię i stały się znakiem rozpoznawczym kolejnych dekad, a także zmian, jakie przyniosły. Powieść „Podziemia” może trochę odstraszać. Po pierwsze objętością – mój egzemplarz ma ponad 900 stron. Po drugie początkiem, w którym trudno złapać czytelnikowi jakiegoś bohatera czy linię fabularną, której będzie się trzymał. Musimy sobie uświadomić, że głównym bohaterem tego przedsięwzięcia jest Ameryka. Kraj złożony, barwny. Kraj nadający bieg dziejom i przez to kultowy. Don DeLillo proponuje nam, aby spojrzeć na niego z różnych perspektyw. Nie tylko wielkich problemów, ale też codziennych trosk i radości.
Bookendorfina Izabela Pycio
24.07.2025
„Historię tworzą masowe tęsknoty.” Zdanie przytoczone z pierwszej strony powieści natychmiast mnie zaciekawiło, wpisało się w nurt podążania tropem interpretacji współczesnej cywilizacji. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie Ameryka stała się dla innych wzorcem spełniania się w społecznej wolności. Mieszkańcy różnych państw, oczywiście ze względu na indywidualne uwarunkowania historyczne, polityczne, kulturowe i religijne, w różnym stopniu przypisywali Ameryce przymioty, za którymi warto podążać i angażować się w nie. Można powiedzieć, że powstało swego rodzaju zauroczenie amerykańskim stylem życia. Jedni głęboko chcieli wejść w ten nurt obietnic, inni nie dali się złapać na haczyk niepewności. Łatwo oceniać z perspektywy czasu, trudniej rozumieć na bieżąco. Czy Ameryka zawiodła swoich obywateli i zapatrzonych w nią wielbicieli spoza reszty świata? A może podążała nieuniknioną ścieżką rozwoju przy uwzględnieniu natury ludzkiej i determinujących powszechnych trendów? Do DeNillo w ciekawym stylu prezentuje opis Ameryki drugiej połowy dziewiętnastego wieku. Stawia na wielowątkową narrację, na przykładzie konkretnych postaci, z wstecznym naruszeniem osi czasu. Bohaterowie z krwi i kości, normalni ludzie, zwykłe losy, a ich suma wpisuje się w amerykański mit i sen o cudzie. Kolorowe portrety postaci, obdarzone przekonującymi emocjami, podążające tropem marzeń i codzienności, mieszane i zazębiające się, stają się filarem książki. I to świetnie zbudowanym, oddającym ducha czasów, obaw, nadziei, ponadto nieustannych zmian, także technologicznych wraz z dawanymi przez nie możliwościami. Z jednej strony wydawałoby się cudowne perspektywy, z drugiej zderzenie z wypełnionym strachem spojrzeniem na świat zewnętrzny, w którym nie brakuje wojen, terroryzmu, groźby destrukcyjnego ataku... więcej na: https://bookendorfina.blogspot.com/2025/07/podziemia.html
Efemerycznoscchwil
13.02.2024
Zawsze z pewną dozą niepewności sięgam po opasłe tomiszcza. Przyzwyczajona jestem do tego, że wielu autorów lubi się rozgadywać, na siłę przeciągać poszczególne wątki. Nad szczęście DeLillo jest znakomitym gawędziarzem, ma niewybredne poczucie humoru i potrafi wyciągać esencję z absurdu istnienia. Uczy- bawiąc. Mimo gabarytów, dzięki lekkości pióra i ironizowaniu nie miałam poczucia przesytu. Powieść postmodernistyczna, wielowątkowa, wielopłaszczyznowa. Portretująca mechanizmy kierujące rzeczywistością Amerykanów w drugiej połowie XX wieku. Rozpoczyna się w 1951 roku, gdy na meczu baseballowym w Nowym Yorku do mieszkańców dociera wieść o próbnym wybuchu bomby nuklearnej przeprowadzonej przez Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. DeLillo w paranoicznej otulinie peroruje o pokłosiu wojny i postaciach zapisanych na jej kartach. Przypomina o tym, że konflikty zbrojne lubią zatoczyć koło. Rozprawia o różnych formach terroryzmu i indoktrynacji człowieka na człowieku, wszechobecnej dezinformacji i kulturze masowej. Odnosi się do skutków globalizacji, śmierci ,sportu wypełniającego dni i postępu technologicznego. Uderzające są błahe priorytety bohaterów. Wykorzystuje najciekawsze elementy, które znajdziemy w kryminale i sensacji, budując zróżnicowane postacie,by przybliżyć nam dokąd zmierza ludzkość. Wrzuca w fabułę sztukę. Tak jak w ,,Ciszy" wraca do Einsteina,co uzmysławia,jak ważna jest ta persona. Głośno dywaguje nad istotą „wolności” jednostki w Amerykańskim społeczeństwie, wszędobylską dezinformacją, która zostaje często niezauważona oraz nad trybami kierującymi jego codziennością. Konstatacja tegoż wizjonera jest przerażająca. Otwiera oczy na losy matki ziemi i naszych dzieci, jeśli największa bestia, jaką jest człowiek,nie zmieni niszczycielskiego wektora wymierzonego niczym Boży palec w samego siebie.
Aleksandra Gratka
12.02.2024
Ależ to była przygoda! Monumentalne dzieło, panorama dziejów, przegląd lat, misterny kilim, który wyszedł z wielu nici snutych w różnych kierunkach. Wielowątkowość, która układa się w porządek z chaosu, bohaterowie, którzy łączą się ze sobą w zaskakujące konfiguracje. Autor wychodzi od meczu baseballowego z 1951 roku, by wraz z użytą wtedy piłeczką przejść z nami przez lata - w porządku od 90. do przeszłości. Ten zabieg sprawia, że obrazek układa się w sposób nieoczywisty i bardziej zaskakujący. Wraki samolotów będące instalacją artystyczną, później polecą niosąc mordercze bomby. Artysta graffiti żyjący wśród zakażonych narkomanów za chwilę będzie dopiero wschodzącą gwiazdą street artu. Podstarzała malarka chwilę później będzie młodą kobietą rozkładającą zapasowy materac przed podnieconym chłopakiem. Uciekająca dziewczynka stanie się cudem, który wstrząśnie tłumem... Taka narracja wymaga wzmożonej uwagi, bo autor podrzuca tropy, drobiazg fabularny za chwilę stanie się kluczowy. Detektywistyczna robota bardziej niż zwykłe czytanie. Refrenem, który powraca, są tu dwa tematy: sport i śmierć. Baseball, który jest ważniejszy niż próba atomowa. Bomba, która niesie śmierć, ale i magię. Piłka, która staje się największym skarbem. Składowiska odpadów, które kiedyś nas pochłoną. Kluczowa jest tu sztuka. Doskonały, psychodeliczny opis pokazu zaginionego filmu Eisensteina i dzieła Bruegla, których postacie kojarzą się z ofiarami chorób popromiennych. Człowiek jest wszechstronny - stworzy i arcydzieło, i bombę atomową. Ta powieść jest jak wzburzone morze. Zachwyca, czasem odbiera oddech, onieśmiela swoją głębią. Zostawia czytelnika w emocjach, z wdrukowanym w pamięć okrzykiem Lenny'ego Bruce'a: "Wszyscy umrzemy!"