13.02.2016
Postawmy sprawę jasno. Megadeth jest zespołem z najwyższej półki, a wszystkie dzieła jakie wychodzą spod wiosła Dave Mustaine’a nie schodzą poniżej wyznaczonego przed laty poziomu. Niemniej jednak, by móc ocenić tę płytę, trzeba zapomnieć o wszystkim do czego Nas przyzwyczaił zespół i potraktować ją jak solowe dzieło „rudego”. Tak też chciała uczynić wytwórnia Capitol Records na co Dave się oczywiście nie zgodził. Nigdy się nie dowiemy na ile przyczyn należy upatrywać w dojrzałości muzycznej, a na ile w obsesyjnej chęci powtórzenia komercyjnego sukcesu Metalliki. Pewne jest jednak to, że „Risk” to po prostu bardzo dobry rockowy album. Fani cięższego grania, nie dający nawet na chwile wytchnienia swoim uszom, mogą w tym momencie przestać czytać niniejszą recenzję i puścić sobie chociażby najnowsze dziecko Megadeth – Dystopia.
Całą resztę zachęcam jednak do sięgnięcia po ten, niesłusznie, mocno zhejtowany krążek. Uświadczymy tu nieco mrocznego, tajemniczego klimatu jak w The Doctor is Calling jak i również progresywnych gitar mocno kojarzących się z Porcupine Tree w takim Ecstasy. Na typowe trashowe riffy nie ma co liczyć, jednakże, wtedy byłby to znów stary Megadeth, a tak to mamy ciekawe urozmaicenie w dyskografii zespołu. Niestety nie obyło się bez wpadek jakimi są strasznie cukierkowy, naiwny i kojarzący się z „jajecznicą” Alicji Janosz Breadline, oraz, może już bardziej poważny, I’ll Be There. Oczywiście są to bardzo dobre muzycznie utwory, niestety, jakoś sielankowy nastrój nie pasuje mi do Dave’a…kwestia gustu. Znaczącym jest również fakt, że jest to ostatni album nagrany z Martym Friedmanem, a przed ostatni z basistą Dave’em Ellefsonem. Dzieło, które kończy okres największej świetności zespołu. Na następną dobrą płytę ( The System Has Failed ) trzeba było poczekać 5 lat, ale to już inny, zupełnie nowy rozdział w historii Megadeth.