03.11.2018
Kocham wszystko, co Peter wydał pod szyldem Carnivore. "Retaliation" mam jeszcze na starej, kasecie z Metal Mindu, zajechanej niemiłosiernie. O dziwo wciąż da się jej słuchać (co regularnie czynię), jest może trochę zdarta, ale to dodaje jej tylko uroku.Trochę dziwna była moja przygoda z tą kapelą, bo "Retaliation" poświęciłam mnóstwo czasu i swojego czasu naprawdę ostro ją wałkowałam, a z kolei jedynka jakoś tak zawsze mnie omijała. Raz, drugi, trzeci przesłuchałam, ale jakoś nie mogłam skupić swojej uwagi na muzyce. Nie wiem, czy była to wina ogólnego samopoczucia i rozkojarzenia czy tego, że przyszło mi zapoznawać się z jej zawartością po latach. Niemniej, "Retaliation" to klasyk. Debiut "Carnivore" oczywiście też super, ale dwójka to dla mnie kult po wsze czasy: od odgłosów rzygania we wstępniaku po ostatki szumu na drugiej stronie. :) Jedynka bardzo ok, żeby było jasne, ale dwójka to morderstwo! Momentami brzmi to jak naspeedowany Venom grający hardcore. Jesus Hitler! Okładka, teksty, brzmienie, punkowe umpa-umpa-galopady, wokal Petera, post-nuklearna otoczka - wszystko to składa się na idealną całość (razem z potężnym bagażem kontrolowanego naiwniactwa, który akceptuję bez zmrużenia oka). Zawsze lubiłam bardziej dwójkę, może dlatego że poznałam ją ze 3-4 lata wcześniej niż debiut, który już takiego wrażenia nie mógł zrobić. Lubię zresztą wracać do tego nuklearnego pocisku. Ten sabbathowy riff w "Jesus Hitler", skądinąd bardzo fajny - gdzie ja go już mogłam, kurczę, słyszeć? ;) Carnivore znam od zawsze i zawsze jawili mi się jako jeszcze mocniejsza męska wersja Plasmatics mocno zakrapiana w tym co robił Venom i nie ważne czy grali jako Fallout, Carnivore, TON, zawsze było słychać, że są z Brooklynu.