Ja nie leczę, ja uzdrawiam. Prawdziwa twarz polskich bioenergoterapeutów (okładka miękka)

Sprzedaje empik.com 35,49 zł

Cena empik.com:
35,49 zł
Cena okładkowa:
39,90 zł
Oszczędzasz:
4,41 zł (11%)
Koszt dostawy:
Salon empik - 0,00 zł
Produkt w magazynie empiku
Wysyłamy w 24 godziny
Szybkie zakupy bez zbędnych formalności. Wybierz opcje dostawy, formę płatności i złóż zamówienie.

Dostępność w salonie empik

Zarezerwuj w salonie empik

Dodaj do listy Moja biblioteka

Masz już ten produkt? Dodaj go do Biblioteki i podziel się jej zawartością ze znajomymi.

Najczęściej kupowane razem

3 produkty

Cena zestawu:

Dodatkowy rabat:

Wysyłamy w 24 godziny

Rocznie umiera kilka tysięcy chorych na nowotwór – bo przerwali leczenie za namową uzdrowicieli.

Dlaczego niektórzy tak bardzo im ufają? Co sprawia, że zawierzają swoje życie komuś, kto uzdrawia przez telefon? Albo leczy raka witaminami?

Choć oficjalnie polegamy tylko na medycynie konwencjonalnej, na spotkaniach z bioenergoterapeutami gromadzą się tłumy. Dla niektórych jest to jednorazowa przygoda, inni jeżdżą na nie regularnie przez kilkanaście lat...

W Polsce zarejestrowanych jest ponad sto tysięcy uzdrowicieli. Żadna nisza, biznes jak każdy. Kilka tytułów prasowych, profesjonalne strony internetowe, kursy i sklepy z gadżetami. Katarzyna Janiszewska dociera do pacjentów i ich uzdrowicieli. Rozmawia z etykami, duchownymi oraz lekarzami. Przygląda się mechanizmom stojącym za przemysłem uzdrowień.

Kim naprawdę są bioenergoterapeuci? Cudotwórcami? Rzemieślnikami Pana Boga? Oszustami?

"Po tej książce spodziewałem się wybielenia szarlataństw medycznych, poszukiwania pozytywnych stron pseudozdrowotnych procederów. Podczas przeglądania kolejnych rozdziałów nabierałem przekonania, że książka jest rzetelnie napisana. Autorka prowadzi czytelnika przez kolejne gabinety „cudotwórców” – pod pozorem dotarcia do pragmatyzmu ich praktyk bezlitośnie punktuje niecne metody, cynizm, czasem szalony umysł. Nabrałem szacunku do tej pracy. Daje obiektywny obraz uzdrawiaczy, którzy wykorzystują ludzką ufność, a nawet potrafią perfidnie ryzykować życie swoich pacjentów. To portret dzisiejszych znachorów, najczęściej naciągaczy i oszustów, oferujących iluzję wyleczenia."

prof. dr hab. n. med. Janusz H. Skalski


Powyższy opis pochodzi od wydawcy.

Tytuł: Ja nie leczę, ja uzdrawiam. Prawdziwa twarz polskich bioenergoterapeutów
Seria: Reportaż
Autor: Janiszewska Katarzyna
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Język wydania: polski
Język oryginału: polski
Liczba stron: 336
Numer wydania: I
Data premiery: 2019-02-27
Rok wydania: 2019
Forma: książka
Indeks: 31097024
Kup, zrecenzuj i wygraj
średnia 4,3
5
8
4
5
3
1
2
0
1
1
Oceń:
W przypadku naruszenia Regulaminu Twój wpis zostanie usunięty.
13 recenzji
01-03-2019 o godz 19:42 Maciej Bedryło dodał recenzję:
Do przeczytania książki Katarzyny Janiszewskiej o uzdrowicielach i bioenergoterapeutach zostałem jeszcze przedpremierowo zaproszony przez Wydawnictwo Otwarte. Temat, z racji tego, że jestem początkującym lekarzem, wydał mi się bardzo ciekawy. Jak to możliwe, że w XXI wieku znajdują się ludzie wierzący w magię, niesprawdzone naukowo metody "lecznicze" i ufający komuś, kto zaleca przez kilka miesięcy poić noworodka kilkoma kroplami koziego mleka dziennie? Książka bardziej niż nad technikami pracy uzdrowicieli skupia się nad technikami, dzięki którym uwodzą nas, przyciągają; traktuje o ich charyzmie, bucie, o tym, co sprawia, że łapiemy się na ich haczyk. Dotyka też problemów polskiego systemu opieki zdrowotnej, tego, dlaczego pacjenci szukają alternatywy - dlaczego lekarze nie mają czasu, bywają oschli, często butni. (W tym miejscu chciałbym jednak zaznaczyć, bo jestem oburzony wypowiedzią prof. Włodzimierza Piątkowskiego zawartą w wywiadzie będącym częścią książki, że rezydentura, a więc czas, w którym lekarze robią specjalizację, choć jest rzeczywiście opłacana przez państwo, nie jest darowizną - młodzi lekarze pracują wówczas ciężko za wcale niewysokie pieniądze; taka wypowiedź z ust kierownika Zakładu Socjologii Zdrowia, Medycyny i Rodziny Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej jest kompromitacją.) Z racji wykonywanego zawodu jestem dość sceptycznie nastawiony do "medycyny alternatywnej" (niesłuszność tego terminu została zresztą w książce świetnie opisana). Ufam medycynie opartej na faktach (EBM), mam jednak świadomość, że do człowieka często szybciej niż suche, naukowe fakty, trafiają emocje. Na to właśnie otwiera oczy książka Pani Janiszewskiej. Czy uzdrowiciele szkodzą? Często nie, choć i rzadko pomagają. Warto też pamiętać o tym, że uzdrowiciele byli, są i będą - czy się to nam podoba, czy nie. W dobie Internetu i swobodnego dostępu do informacji część z nich zrobiła po prostu zawrotne kariery, swobodnie szerząc swoje często szkodliwe teorie. Zdecydowanie polecam tę książkę każdemu. Opisane w niej metody manipulowania chorymi być może przyczynią się do zmniejszenia odsetka oszukiwanych, choć, jak wynika z lektury, magnetyzm niektórych bohaterów reportażu jest tak silny, że żadne racjonalne argumenty nie są w stanie przebić się przez sferę mistyki i emocji...
Czy ta recenzja była przydatna? 0 0
14-02-2019 o godz 10:55 Marta sans-H dodał recenzję:
Aby skreślić kilka zdań à propos debiutu reporterskiego Katarzyny Janiszewskiej, muszę najpierw przypomnieć inną, także gatunkowo, książkę – „Duchogię” Olgi Drendy. To w niej autorka przywołuje falę zainteresowania ogólnie pojętą transcendencją, niekonwencjonalną duchowością, alternatywnymi smaczkami, jaka przelała się przez Polskę właśnie w „duchologicznym” okresie przełomu lat 80. i 90. Ludzie, mimo że zanurzeni we wciąż nieustającym, zwłaszcza w głowach, reżimie, z oddziałującym przeciwległej strony Kościołem, wydawali się wówczas bardziej poszukujący i zaintrygowani metafizyką, tym, co było dla nich nieznane, bo trudno dostępne. Za przykładowe odzwierciedlenie tego zjawiska niech posłuży fakt, iż tele-audycje Kaszpirowskiego, jak i pózniej człowieka o magicznych rękach – Zbyszka Nowaka, emitowane były w prime timie podstawowych stacji. Teraz z kolei, w naszej dość sztampowej, „basicowej” (wybaczcie) rzeczywistości, można odnieść wrażenie, że wspólnota szeroko pojętych różdżkarzy zeszła do podziemia i na odległe kanały telewizji, nadające już nawet nie tyle z ziemi co z powietrza. I oto w tej chwili uruchamia się wytwornica (wytworne [!] słowo jak na maszynę) dymu i na scenę wkracza Katarzyna Janiszewska z misją zrozumienia i uporządkowania fenomenu bioenergoterapii w Polsce oraz przedstawienia dzisiejszego krajobrazu usług uzdrowicielskich. Reporterka wykonuje następującą rundkę: sylwetki współcześnie działających uzdrawiaczy, w tym też tych osławionych i najlepiej prosperujących, zestawia z rozmowami z lekarzami i naukowcami (krakowskimi, co podkreślę, bo może to dla niektórych jakiś znak jakości). Dalej głos autorka oddaje pacjentom, po czym sama pielgrzymuje po gabinetach, w aż jednym (1) rzeczywiście odczuwa energię. Do tego dokleja fragmencik o egzorcyzmach w Kościele, a także o uzdrowicielach-księżach, zwłaszcza o niejakim ks. Bashoborze z Ugandy, znanym z zaludniania ze Stadionu Narodowego i nieznanym w żadnym kraju europejskim poza Polską. W książce znalazło się też miejsce na rys historyczno-antropologiczny znachorstwa na ziemi tej ziemi, rozpoczęty od wywiadu z prof. Zbigniewem Liberą z Instytutu Etnologii i Antropologii UJ, oraz przegląd figur „zasłużonych” dla do sprawy, m. in. Clive'a Harrisa (padł na niego cień, gdy przyznał, że uzdrawia przez demony; bohater krótkiego metrażu Marcela Łozińskiego „Dotknięcie”), Stanisława Nardelliego (pojawiły się pogłoski, że po jego dotyku komuś odrosła amputowana ręka lub noga), Anatolija Kaszpirowskiego (zanim z jego ust padło mityczne: „adin…”, wpadł na pomysł terapii telewizyjnych, mających wyleczyć dzieci z nietrzymania moczu i kału). Przedostatnim krokiem jest część, przez którą emocjonalnie przejść najtrudniej, mówiąca o nielegalnych praktykach, o których dowiadujemy się najcześciej wtedy, gdy w wyniku pseudoleczenia dochodzi do śmierci, uszkodzenia ciała, choroby. Na finiszu Janiszewska biega już po rozżarzonych węglach. Uff, dużo zróżnicowanego materiału do przetrawienia, zatem wywołajmy wnioski. Po pierwsze zainteresowanie tego typu „serwisem” nie maleje, a wręcz przeciwnie – rośnie. Zresztą, jak mogłoby inaczej: mimo że bioenergoterapię sklasyfikowano jako działalność paramedyczną, a „uzdrawiacze podlegają tym samym zasadom co personel medyczny średniego szczebla, czyli pielęgniarki, fizjoterapeuci, ratownicy medyczni”, to żeby spróbować sił w zawodzie, wystarczy zarejestrować działalność gospodarczą, nie trzeba kursów (choć istnieją cechy), daru, zdolności. No chyba że mówimy o predyspozycjach interpersonalnych, inteligencji emocjonalnej, umiejętności słuchania i przemawiania do pacjenta, odczytywania go, także na podstawie sygnałów pozawerbalnych. Nierzadko sama osobowość „specjalisty”, jego arbitralność, potrafi wywrzeć niezaprzeczalne wrażenie, zwłaszcza u osób o niskiej samoocenie, ludzi prostych, z którymi trudno dyskutować, „bo wykształcenie rodzi wątpliwości […] ludzie prości wszystko wiedzą”. W odróżnieniu od bezdusznych, niekiedy trudno dostępnych wizyt u lekarzy, obdarzonych fałszywym poczuciem prestiżu, traktujących chorych z góry i zajętych wpisywaniem danych do komputera, „healerzy” oferują klientom czas, uwagę i wrażenie indywidualnego traktowania. Prof. Włodzimierz Piątkowski, kierownik Zakładu Socjologii na Uniwersytecie Marie Curie, podsumowuje, że pomimo moralnie dyskusyjnych działań, „uzdrowiciele pokazują, czego brakuje w medycynie”. Katarzyna Janiszewska to reporterka taka, jaką lubię – z rzadka wychyla się zza kotary, nie wychodzi na proscenium. Bada problem z każdej strony, pilnie przedstawia sprzeczne ze sobą opinie. Swoich bohaterów i rozmówców traktuje z dystansem i szacunkiem, z ciszą. Mało tu błahostek, dziwnych ciekawostek, które można by przesłać znajomym z pozdrowieniami i z żartem, niewiele LOLków. To pełen powagi reportaż, a nawet kompendium wiedzy na temat stanu pseudo- i w ogóle lecznictwa w Polsce. „Ale najważniejsze, to myć ręce” – taka porada bioenergetyczna na koniec.
Czy ta recenzja była przydatna? 0 0
12-02-2019 o godz 16:59 czesia dodał recenzję:
Czy bioenergoterapeuta leczy, pomaga czy okłamuje? Dlaczego metody niekonwencjonalne tak oddziałują na ludzi? Dlaczego bioenergoterapeuci są tak powszechni, a tak mało o nich wiemy? Ja o bioenergoterapeutach nie wiedziałam praktycznie nic. Tylko szczątki informacji płynących z mediów w żaden sposób nie zweryfikowane. Książka Katarzyny Janiszewskiej przybliżyła mi temat uzdrawiania, metod niekonwencjonalnych czy bioenergoterapii. Pierwszy raz spotykam się z reportażem od Wydawnictwa Otwartego i do tego z tematem nad którym nigdy się specjalnie nie zastanawiałam. Bardzo odległy ode mnie temat, ale warto czasami wyjść ze swojej strefy komfortu i spróbować czegoś nowego. Ja z lektury dowiedziałam się masę informacji, moje poglądy na niektóre ze sfer poruszanych w książce się zmieniły i zaczęłam zauważać to czego kiedyś nie widziałam. Książka Katarzyny Janiszewskiej pozwoliła mi na zgłębienie i zanalizowanie tematu medycznego, ale ja patrzyłam na niego z bardziej pedagogicznej strony. „Ja nie leczę, ja uzdrawiam” to książka dla niektórych kontrowersyjna, niejednoznaczna i bulwersująca niektóre środowiska. Lecz reportaż ten opisuje działalność bioenergoterapeutów, ludzi zajmujących się uzdrawianiem osób chorych, umierających, zmagających się z bólem. Pokazuje charakter pracy przysłowiowych „znachorów” podpatrując ich w czasie uzdrowień, zbierając opinie różnych ekspertów i samych bioenergoterapeutów. Książka ta w obiektywny i różnorodny sposób przedstawia szereg kwestii związanych z leczeniem alternatywnymi metodami, wyjaśnia problematyczne pojęcia, ukazuje statystyki i fakty, a także historie bioenergoterapii. Rozpatrywanie tematu jest dość szerokie i na prawdę można się z niej dowiedzieć wielu ciekawych informacji (np. ja dowiedziałam się że sami bioenergoterapeuci nie negują lekarzy i medycyny; są tylko dopełnieniem leczenia, wsparciem dla duszy, choć zawsze myślałam że jest inaczej). Książka składa się z kilku części. Znajdziemy tu opis historyczny bioenergoterapii w Polsce i na świecie, kilka ważnych dat oraz proces zmian związanych z zawodem uzdrowicieli pod względem moralnym i prawnym. Autorka rozmawia też z wieloma psychologami, lekarzami, prawnikami, którzy pokazują jak bioenergoterapia odnosi się do ich dziedzin pracy i ciekawe było zaznajomienie się z ich punktami widzenia. Kulminacyjnym punktem książki są same historie prawdziwych ludzi, które korzystały z medycyny alternatywnej, jeździły do uzdrowicieli i zaufali im bezgranicznie. Dla mnie ta książka opowiada o bezgranicznym zaufaniu ludzi chorych, przygnębionych, szukających sposobu na wyleczenie, na zmniejszenie bólu czy na wydłużenie życia. Uważam, że lektura tej książki otworzy oczy na pewne tematy, edukuje i skłoni do refleksji nad sprawami, o których w życiu codziennym nie myślimy albo je spłycamy. Autorka rzetelnie podeszła do tematu z różnych perspektyw; obiektywnie i nieoceniająco opisuje historie ludzi i sytuacje z ich życia. W tym reportażu Janiszewska wchodzi i uczestniczy niejako w procederze bioenergoterapii. Jeździ za bioenergoterapeutami, słucha historii w poczekalniach, obserwuje zachowania czekających na wizytę i sama dociera do informacji. Nie oszukuje czytelnika, nie wmawia mu rzeczy nieprawdziwych i pokazuje prawdę. Do tego czyta się szybko, łatwo i język jest dość prosty, ale to nie umniejsza tej książce. Myślę, że dzięki temu każdy może do niej sięgnąć. Z pewnością nie jest to książka dla wszystkich. Dużo osób może się oburzyć tematem i przedstawieniem najważniejszych kwestii dotyczących bioenergoterapeutów, którzy w Polsce istnieją. To jest jednak nasza rzeczywistość, dlatego Janiszewska przekazuje nam historie, przybliża pracę, ukazuje emocje ludzi korzystających z pomocy i wsparcia. Polecam ten reportaż osobom, którzy lubią dowiadywać się smaczków z życia ciekawych ludzi, którzy lubią zagłębiać się w tragiczne wybory ludzkie lub po prostu osobom zaczytujących się w reportażach.
Czy ta recenzja była przydatna? 0 0
11-02-2019 o godz 00:26 Anonim dodał recenzję:
"Ja nie leczę, ja uzdrawiam. Prawdziwa twarz polskich bioenergoterapeutów" to książka, która w bardzo rzetelny sposób przedstawia temat polskich przedstawicieli medycyny niekonwencjonalnej. Wydaje mi się, że nie ma na polskim rynku reportażu, który tak uczciwie i otwarcie podchodził do tego tematu. Autorka wykonała ogromną pracę docierając do szeregu polskich bioenergoterapeutów, przeprowadzając szeregi rozmów, analizując wyniki badań i testów. Nie ocenia, nie wyśmiewa, nie wykpiwa. Stawia pytania, buduje wątpliwości, szuka rozwiązań, ale niczego nie próbuje narzucić czytelnikowi. Muszę powiedzieć, że bardzo mi się takie podejście podoba. W ostatnim czasie o "znachorach" słyszymy w zasadzie wyłącznie w negatywnym kontekście, przy okazji historii o leczeniu raka witaminą C, czy śmierci dziecka karmionego rozwodnionym mlekiem i kaszką. Jednocześnie nie maleje popularność alternatywnych metod leczenia. Czy są skuteczne? Nie mnie oceniać. Być może cudowne wyleczenia to tylko źle zdiagnozowane choroby. Być może rola psychiki jest dużo większa niż farmakologii, a wizyta u bioenergoterapeuty pozwala ludziom odzyskać wiarę w wyleczenie. Takich "być może" jest wiele. Lektura otwiera głowę na wiele aspektów medycyny alternatywnej, nad którymi na codzień sie nie zastanawiamy.
Czy ta recenzja była przydatna? 0 0
09-02-2019 o godz 11:55 Czechożydek dodał recenzję:
Jako dziecię wczesnych lat dziewięćdziesiątych spotkałam się (podobnie jak wiele innych osób) z programami typu "Ręce, które leczą" - w tamtych czasach zarówno dzieci, jak i dorośli z mojego otoczenia często robili sobie z tego żarty (funkcjonowało też stwierdzenie "Ręce, które kaleczą"). Coś tam na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat słyszałam a to o bioenergoterapeutach, a to o ludziach latających z różdżką, tropiących żyły wodne i innych im podobnych. Nigdy jednak nie zgłębiłam tematu. I kiedy to nadarzyła się okazja, chętnie sięgnęłam po reportaż Katarzyny Janiszewskiej, coby wiedzę poszerzyć i uporządkować. Muszę powiedzieć, że pojęcia nie miałam o skali tego zjawiska (jak również wszelkich innych opcji paramedycznych), o jego różnorodności i zinstytucjonalizowaniu (o dziwo). W tym kraju bioenergoterapeuci, uzdrowiciele, radiesteci i inni mają się świetnie i pewnie będą mieli jeszcze przez długie, długie lata. Autorka świetnie opisała zarówno praktyki, jak i początki bioenergoterapii i rozmaitych jej pochodnych. Mogłaby potraktować temat "na odwal", ale nie - pisze o specyfice naszego narodu (a także narodów byłego ZSRR w przypadku postaci Kaszpirowskiego), o jego podatności na praktyki poza oficjalną medycyną (tradycja zielarek, wiejskich akuszerek, felczerów), wreszcie o tym, jak dobrze się u nas wiedzie bioenergoterapeutom. Dla mnie lektura rozdziałów o genezie sukcesu uzdrowicieli była fascynująca, widać, że autorka długo myślała nad tematem i porządnie się przygotowała. Wielkie brawa należą się autorce za to, że z jej tekstu nie przebijają osobiste opinie, stwierdzenia czy wywody na tematy, które opisuje. A bioenergoterapia aż się o to prosi! Bardzo łatwo jest bowiem przypiąć osobom parającym się tego typu praktykom łatkę oszołomów czy szarlatanów. Tymczasem Janiszewska traktuje swoich rozmówców z szacunkiem i dystansem, co mi bardzo zaimponowało. Wysłuchała ich uważnie, przedstawiła poglądy (coś tam się wyczuwało, jak opowiadała o tym, że jeden z uzdrowicieli nie chciał z nią rozmawiać, ale to mogło być tylko moje odczucie). Książka jest napisana spójnie, bez zbędnych dłużyzn (aczkolwiek końcowy tekst wydaje mi się być trochę nieprzystający do całości). Gorąco polecam. Jesteście ciekawi, na jakiej zasadzie działają bioenergoterapeuci, radiesteci i inni oraz co na ich temat sądzą lekarze? Reportaż Janiszewskiej jest dla Was. Za książkę pięknie dziękuję wydawnictwu Otwarte.
Czy ta recenzja była przydatna? 0 0
07-02-2019 o godz 11:52 ira dodał recenzję:
Po czym można poznać dobry reportaż? Moim zdaniem po tym, że pozostawia czytelnika z mieszanymi uczuciami, nie jest ocenny, wskazujący jedną, słuszną myśl. Taki jest reportaż Katarzyny Janiszewskiej. Temat był mi całkowicie obcy - o bioenergoterapeutach słyszałam, zwykle źle, w kontekście wydarzających się od czasu do czasu głośnych tragedii. Sama jednak nie byłam zainteresowana tymi sprawami, choć z dzieciństwa pamiętam telewizyjne programy Kaszpirowskiego, ile osób gromadziły przed ekranem, jak oddziaływały na widza. Sąsiadki z zapartym tchem wpatrywały się w ciemne oczy uzdrowiciela, szeptem wymieniały wrażenia. Ciekawe przeżycie. "Ja nie leczę, ja uzdrawiam" to bogaty obraz i środowiska, i jego otoczki. Przedstawione zostały osoby aktualnie praktykujących bioenergoterapeutów, ich pacjentów (klientów?), ale także stanowisko Kościoła, opinia prawnika, komentarz lekarzy medycyny. Książka zawiera także pobieżny rys historyczny zawodu jako takiego. Czytało się to bardzo dobrze, autorka sprawnie posługuje się piórem, choć nie do końca potrafi ukryć swoje sympatie - to było widoczne zwłaszcza w części, w której przedstawiała poszczególnych "healerów". Od razu można było poznać, kto budzi jej zaufanie, kto wręcz przeciwnie. Nie uważam tego za wadę. Przyczepić się mogę jedynie do źródeł - czasem autorka przytacza dane na temat Polaków sprzed dziesięciu lat, czasem nawet starsze. Nie wątpię, że dostępne są świeższe informacje, i to trochę raziło. Ale tylko trochę. Książkę Katarzyny Janiszewskiej mogę polecić każdemu, nie tylko osobom zainteresowanym tematem. Wiadomo, że ludzie w sytuacji krytycznej są łatwowierni, podatni na wpływy, ulegają emocjom - autorka pokazuje, jak działają te mechanizmy, próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, na ile są pomocne, na ile zaś szkodliwe. Warto sprawdzić, na ile jej się to udało. Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Otwarte. :-)
Czy ta recenzja była przydatna? 0 0
04-02-2019 o godz 08:33 Anonim dodał recenzję:
Znachor. Hipnotyzer. Bioenergoterapeuta. Medycyna niekonwencjonalna. Homeopata. Te słowa wydają się na pierwszy rzut oka nacechowane negatywnie. Zawierają w sobie nutkę grozy, która płynie z nieznajomości lub tylko powierzchownym poznaniu tematu jakim się zajmują się bioenergoterapeuci. Tym bardziej jest to temat ciężki w Polsce, gdzie różnego rodzaju szamani mają posłuch wśród ludzi mniej wykształconych, a przy okazji duża większość z nas deklaruje wiarę Chrześcijańską. Katarzyna Janiszewska z olbrzymią dokładnością przybliża nam ten temat. Sama kontaktując się z największymi guru w naszym kraju, rozmawiając z cudownie uzdrowionymi stara się przybliżyć fenomen bezbolesnego leczenia. Zestawia ze sobą cuda dokonane przez paramedyków oraz opinie profesorów z największych uniwersytetów medycznych w Polsce. Zostawia jednak miejsce na własne zdanie dla czytelnika, który w trakcie lektury może wyciągnąć wnioski. Spodziewałem się, że ten typ reportażu będzie nie dość że ciężki, to jeszcze nie w moim klimacie. Jednak na szczęście myliłem się. To książka ciekawa, nie mamiąca czytelnika. Zawiera momenty śmieszne, irytujące oraz bulwersujące. Jednak w tym wszystkim poparta jest faktami, artykułami i rozmowami z ludźmi, będącymi autorytetami w swoich dziedzinach. To wspaniałe, jak dzięki takiej literaturze faktu każdy z nas może pogłębiać własną wiedzę o najbliższym otoczeniu. Bo momentami sam miałem ochotę udać się do Bioenergoterapeuty z bólem w kolanie. jednak teraz postawiłem sobie pytanie - czy magiczna moc jest w stanie mnie uleczyć?
Czy ta recenzja była przydatna? 0 0
03-02-2019 o godz 11:01 Anonim dodał recenzję:
Znachor. Hipnotyzer. Bioenergoterapeuta. Medycyna niekonwencjonalna. Homeopata. Te słowa wydają się na pierwszy rzut oka nacechowane negatywnie. Zawierają w sobie nutkę grozy, która płynie z nieznajomości lub tylko powierzchownym poznaniu tematu jakim się zajmują się bioenergoterapeuci. Tym bardziej jest to temat ciężki w Polsce, gdzie różnego rodzaju szamani mają posłuch wśród ludzi mniej wykształconych, a przy okazji duża większość z nas deklaruje wiarę Chrześcijańską. Katarzyna Janiszewska z olbrzymią dokładnością przybliża nam ten temat. Sama kontaktując się z największymi guru w naszym kraju, rozmawiając z cudownie uzdrowionymi stara się przybliżyć fenomen bezbolesnego leczenia. Zestawia ze sobą cuda dokonane przez paramedyków oraz opinie profesorów z największych uniwersytetów medycznych w Polsce. Zostawia jednak miejsce na własne zdanie dla czytelnika, który w trakcie lektury może wyciągnąć wnioski. Spodziewałem się, że ten typ reportażu będzie nie dość że ciężki, to jeszcze nie w moim klimacie. Jednak na szczęście myliłem się. To książka ciekawa, nie mamiąca czytelnika. Zawiera momenty śmieszne, irytujące oraz bulwersujące. Jednak w tym wszystkim poparta jest faktami, artykułami i rozmowami z ludźmi, będącymi autorytetami w swoich dziedzinach. To wspaniałe, jak dzięki takiej literaturze faktu każdy z nas może pogłębiać własną wiedzę o najbliższym otoczeniu. Bo momentami sam miałem ochotę udać się do Bioenergoterapeuty z bólem w kolanie. jednak teraz postawiłem sobie pytanie - czy magiczna moc jest w stanie mnie uleczyć?
Czy ta recenzja była przydatna? 0 0
01-02-2019 o godz 05:55 lukaska dodał recenzję:
Książka "Ja nie leczę, ja uzdrawiam" jest zbiorem reportaży i wywiadów na temat bioenergoterapeutów. Katarzyna Janiszewska, zabrała się, moim zdaniem, za temat bardzo trudny i kontrowersyjny. Autorka zamieściła w książce teksty, które napisała na podstawie własnego doświadczenia oraz wywiady pokazujące stanowisko lekarzy medycyny konwencjonalnej, psychologów, socjologów, prawników i Kościoła katolickiego. Wyłania się tu bardzo wiele wątków, problemów i zagadnień, których nie sposób zamknąć w jednym tomie reportaży, ponieważ temat jest zbyt obszerny. Dyskusja na temat bioenergoterapii toczy się od samych jej początków i jest jednocześnie sporem starym jak świat, bo dotyczy tak naprawdę rzeczy, które są trudne do udowodnienia, a istnieją (na pewnym poziomie świadomości, czy odczuwania). Subiektywne odczucia ludzi są trudne do zbadania nie tylko w tym przypadku, ale tutaj chodzi o zdrowie i życie, dlatego w tym sporze jest tyle emocji. Autorka podjęła próbę zebrania informacji i opinii na temat bioenergoterapii z różnych punktów widzenia, ale te opinie, moim zdaniem, skażone są błędem już z założenia, bo wypowiadają je ludzie, którzy zbyt mocno zaangażowani są w temat - dla lekarzy i księży bioenergoterapia jest konkurencją, która zabiera im pacjentów, klientów i wyznawców. I taki ogólny, charakterystyczny obraz wyłania się z tych rozmów. Widać też tendencję naszych czasów do zamykania się i "okopywania" na swoich pozycjach. W latach osiemdziesiątych próbowano badać zjawisko - tutaj plus dla Pani Janiszewskiej za poruszenie tego w książce - ale niewiele z tego wyszło, dziś już jakby wszystko wiadomo, oceny są jednoznaczne i tendencyjne (tak, jakby nauka i badacze nie poruszali się do przodu - raz zostało ustalone, jak jest i nie ma co do tego wracać). Są takie miejsca w tych tekstach, gdzie możnaby sobie zamiast "bioenergoterapeuta" podstawić "lekarz" albo "ksiądz" i świetnie by pasowało, bo, niestety, medycyna w Polsce (jeśli chodzi o traktowanie człowieka) ma się nie za dobrze, a Kościół chyba jeszcze gorzej. I tu minus dla Autorki - z rozmów z lekarzami wyłania nam się obraz polskiej służby zdrowia rodem z "Leśnej Góry", a tymczasem... służba zdrowia, jaka jest, każdy widzi. Gdyby tak to wyglądało, jak opowiadają Ci lekarze, to nikt nie chodziłby do bioenergoterapeutów (przyznaję, jeden z lekarzy mówi, że na badanie u niego czeka się osiem miesięcy - cóż, to chyba wiele wyjaśnia). Stanowisko Kościoła jest jeszcze bardziej kontrowersyjne już z samego założenia (wszystkie religie opierają się na "wierze", której nie sposób udowodnić naukowo), a w dodatku poszczególni księża wydają sprzeczne opinie na te tematy, co w książce świetnie widać, a ocena bioenergoterapii z punktu widzenia egzorcysty jest dla mnie, niestety, kompletnie pozbawiona sensu. Podsumowując, książka zbiera wszystkie kontrowersje i obiegowe opinie na temat, jest też trochę obrazem naszego rozwarstwionego i pogubionego społeczeństwa, co jest ciekawe, zabrakło mi jednak większego skupienia na wartościowych i bardziej "przebadanych" aspektach związanych z bioenergoterapią (jedna rozmowa o hipnozie to trochę mało), ale może to temat na następny reportaż? Książkę (egzemplarz recenzyjny) przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Otwarte.
Czy ta recenzja była przydatna? 0 0
31-01-2019 o godz 19:07 Renata Szynalska dodał recenzję:
Czytanie tej książki zaczęłam z otwartą głową- nie korzystałam z pomocy bioenergoterapeutów, znachorów, uzdrawiaczy , jasnowidzów, radiestów czy hipnotyzerów. Nie robił tego też nikt z moich bliskich i znajomych więc moja wiedza na ten temat zaczynała się i kończyła na głośnych sprawach medialnych takie jak zagłodzone dziecko bo Boski Człowiek , kazał rodzicom podawać mu tylko kilka kropel koziego mleka. Gdy o tym czytałam zastanawiałam się jak to możliwe ,że młodzi, wykształceni ludzie dali z siebie wyrugować cały rozsądek, wiedzę , ba , nawet intuicję. Katarzyna Janiszewska napisała reportaż podzielony na części. Najpierw zabiera nas w podróż po różnych miejscach w Polsce i słucha bohaterów- uzdrawiaczy , bioenergoterapeutów- ludzi , którzy przedstawiają swoją historię dojścia do odkrycia swojej mocy, talentu, biopola, magnetyzmu , aury itd. i itd. Uczestniczy w ich spotkaniach otwartych z ludźmi, słucha jak sugestywnie mówią, patrzy jak dmuchają w zwitek waty , który dzięki temu staje się naenergetyzowany i leczy , uzdrawia,pomaga. Odwiedza piramidy, pokoje, salki. Słucha o sukcesach, chorobach - które jak ręką odjął - znikają. Następnie przeprowadza rozmowy z lekarzami, duchownymi, kulturoznawcą , prawnikami i "pacjentami" . Na końcu jest króciutki rozdział o tym jak sama przechodzi po rozżarzonych węglach. Autorka stara się dociec skąd bierze się fenomen uzdrawiaczy, jacy ludzie korzystają z ich usług, gdzie jest granica między pomaganiem a naciąganiem; medycyną naturalną, wiarą w czakry, przepływy energii a manipulacją, szarlatanerią i całkowitym negowaniem zdobyczy medycyny akademickiej. Opisuje pozwalając czytelnikom na wyrobienie sobie własnego zdania.Stara się dociec - czy jeśli ludzie mówią ,że im pomaga to co to jest- potęga autosugestii, placebo czy może coś innego? Jak uchronić ludzi przed takimi błędem jaki popełnili rodzice zagłodzonej dziewczynki? Bardzo ciekawa pozycja, polecam.
Czy ta recenzja była przydatna? 0 0
30-01-2019 o godz 13:06 Justynkaaa dodał recenzję:
Dostałam do recenzji przedpremierowy egzemplarz od wydawnictwa. Przyznam, że byłam nieco sceptyczna, ale książka jest świetna i przeczytałam ją w jeden wieczór. Rzetelny, wielowymiarowy reportaż,w którym utorka pokazuje mnóstwo różnych punktów widzenia,nikogo nie ocenia (chociaż jej stanowiska można się domyślić, to nie jest to książka stronnicza) i daje naprawdę szerokie spektrum informacji na ten temat. Bardzo polecam - niezależnie czy ktoś jest krytyczny czy nie wobec bioenergoterapii
Czy ta recenzja była przydatna? 0 0
29-01-2019 o godz 18:45 rajdowaG dodał recenzję:
Dlaczego ludzie wybierają leczenie u bioenergoterapeutów, zamiast u lekarza? Czemu odrzucają skuteczne i zbadane naukowo metody leczenia? Kim są sami bioenergoterapeuci i co sprawia, że mają tak wielu "pacjentów"? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Katarzyna Janiszewska w swoim reportażu "Ja nie leczę, ja uzdrawiam. Tajemnice bioenergoterapeutów" Rozmawia, a właściwie słucha opowieści bioenergoterapeutów, a są to opowieści barwne i bardzo liczne. Jednak autorka nie ogranicza się do ukazania tematu jednostronnie i jednopłaszczyznowo... Rozmawia z lekarzami, socjologami, psychologami, duchownymi. Pokazuje szeroki obraz, nie skupia się jedynie na opowieściach uzdrawiaczy i ich dokonań. Ukazanie tematu z różnych stron, pozwala odpowiedzieć na pytanie kto i dlaczego korzysta z usług paramedycznych... Pokazuje jak ważny dla człowieka jest aspekt psychologiczny w chorobie. Rozmowa i poświęcenie odpowiedniej ilości czasu. Czego niestety brakuje w służbie zdrowia. Ta książka to spojrzenie na działalność paramedyczną z różnych perspektyw i punktów odniesienia. Rozmowy jakie autorka prowadzi z przedstawicielami różnych gałęzi nauki to niezaprzeczalny plus tej książki pozwala spojrzeć z różnych stron i zastanowić się czemu dane działania zarówno ściśle medyczne jak i związane z tzw. alternatywnym metodami leczenia budzą w ludziach niekiedy skrajne emocje. Katarzyna Janiszewska słucha opowieści bioenergoterapeutów, znachorów uzdrawiaczy, ale nie ocenia. Autorka odnosi się również do głośnych medialnie spraw z udziałem znachorów. Daje czytelnikowi pełny bo przedstawiony z różnych stron i aspektów materiał do przemyśleń i wyciągania własnych wniosków. To do czytelnika należy ocena prawdziwości lub fałszu bioenergoterapii, a ten reportaż stanowi narzędzie do dyskusji. Za możliwość przeczytania tej książki przedpremierowy, oraz możliwość napisania recenzji dziękuję Wydawnictwu Otwarte.
Czy ta recenzja była przydatna? 0 0
28-01-2019 o godz 19:54 Iwona dodał recenzję:
"Ja nie leczę, ja uzdrawiam. Tajemnice bioenergoterapeutów" to książka, którą dostałam od Wydawnictwa Otwartego do recenzji. Uwielbiam reportaże, więc z chęcią przystąpiłam do lektury. Książka podzielona jest kilka części. W każdej z nich zapoznamy się z zapisem rozmów z praktykującymi bioenergoterapeutami, psychologami, profesorami nauk medycznych, wykładowcami uniwersyteckimi, ludźmi kościoła czy samymi "pacjentami". No właśnie? Leczą czy nie leczą? Wchodzą w buty medyków czy nie? Są bezkarni czy nie? By zostać bioenergoterapeutą nie trzeba mieć żadnego wykształcenia - wystarczy wpis do Ewidencji Działalności Gospodarczej. Nie wymagane są żadne kursy, szkolenia, studia. Ważne by odprowadzać podatek i składki ZUS. Czy wszyscy to są kanciarze i naciągacze? Hm... Książka jest pełna świadectw ludzi, którym pomogło przykładanie dłoni, picie magicznej wody czy przykładanie watki. Z drugiej strony są lekarze, którzy w racjonalny sposób tłumaczą jak wygląda leczenie schorzeń, także tych nieuleczalnych. Jest coś takiego jak nadzieja. I ona jest bezcenna. Łapiemy się wszystkiego co może nam lub naszym bliskim pomóc. Nawet jeśli musimy za to słono zapłacić - rekordzista zapłacił ok. 500.000 zł (pół miliona!). Lekarz ma dla nas za mało czasu, nie zawsze potrafi z pacjentem rozmawiać, widzi tylko chore miejsce - nie patrzy na organizm jako całość. A bioenergoterapeuta? Pochyli się nad nami, wysłucha, poklepie po ramieniu (lub innym bolącym miejscu), da cudowne specyfiki i powie "do zobaczenia za dwa tygodnie". Pełni wiary i nadziei wracamy i znów czerpiemy energię. Reportaż odsłania kulisy tych praktyk: nie zawsze dostajemy mieszankę ziół; czasem jest ona wzmacniana szkodliwymi substancjami. Często są to ludzie nastawieni tylko na zysk - no bo jakie pojęcie o leczeniu ludzi może mieć mechanik samochodowy... Stajemy się uzależnieni od spotkań i dzięki nim żyjemy. Ale są też w środowisku ludzie, którzy potrafią przynieść ulgę w cierpieniu. Niektórzy lekarze nie mają nic przeciwko takiej współpracy: ja leczę, ty przynosisz ulgę. Niestety często jest tak, że jedni drugich wykluczają z działania. "Te leki są złe i zaburzają energię. Musisz je odstawić". Albo wyśmiewanie się lekarzy z szukania ratunku u zielarzy. Każdy łapie się ostatniej deski ratunku! Gdy cierpimy jesteśmy w stanie zrobić wszystko by było nam lepiej! Nawet jeśli trzeba jechać do pana Zenka na drugi koniec Polski i zapłacić grubą kasę. Marketing szeptany jest najlepszym nośnikiem informacji - nie zawsze wiarygodnych i sprawdzonych. Bioenergoterapia to nie jest wymysł dzisiejszych czasów. Ona jest w naszym życiu od dawna i na przemian święci triumfy lub schodzi do podziemia. Któż z nas nie zna Kaszpirowskiego? Sama pamiętam jak w dzieciństwie mama z babcią zasiadały przed telewizorem i chłonęły. Tylko co? Energię? Przez szklany ekran? Grunt, że na drobne przypadłości działało. Zawsze po seansie ból głowy czy pleców przechodził :) Nie mam nic przeciwko korzystaniu z rzeczy niewyjaśnionych, ale trzeba to robić z głową. Media coraz częściej donoszą o tym, że w wyniku spotkań z szarlatanem zmarł pacjent. Przerażające jest to, że poza płaczem nic nie możemy zrobić - ciężko udowodnić winę, bo spryciarze potrafią się wykpić. "- Mam nadzieję, że to nie będzie poradnik dla guślarzy. - Nie, obiecuję, że nie." Katarzyna Janiszewska dokładnie zgłębiła temat. Nie opowiada się po żadnej ze stron. Nikogo nie dyskredytuje w rozmowach, z nikogo nie kpi, nie szydzi. Przyjmuje świadectwa tak jak zostały przedstawione. Nie sugeruje po której stronie mamy się opowiedzieć. Chciałoby się powiedzieć „suchy reportaż”. Ale on nie jest taki. Zasiewa w nas ziarnko niepewności. Co z nim zrobimy?
Czy ta recenzja była przydatna? 0 0
Więcej recenzji
Prezentowane dane dotyczą zamówień dostarczanych i sprzedawanych przez empik.

Klienci, których interesował ten produkt, oglądali też

Opinie, uwagi, pytania

Jeśli masz pytania dotyczące sklepu empik.com odwiedź nasze strony pomocy.
Jeśli widzisz błąd lub chcesz uzyskać więcej informacji o produkcie skorzystaj z formularza kontaktowego: zgłoszenie błędu / pytanie o produkt

Twoja wiadomość została wysłana. Dziękujemy.

Administratorem podanych przez Ciebie danych osobowych jest Empik S.A. z siedzibą w Warszawie. Twoje dane będą przetwarzane w celu obsługi Twojej wiadomości z formularza kontaktowego, a także w celach statystycznych i analitycznych administratora. Więcej informacji na temat przetwarzania danych osobowych znajduje się w naszej Polityce prywatności.

Wybierz temat a następnie wypełnij dane formularza:

Pole Email jest wymagane

Pole imię i nazwisko jest wymagane

Pole Twoja wiadomość jest wymagane

pola wymagane

Jeśli chcesz skontaktować się z nami telefonicznie, skorzystaj z naszej infolini:

Centrum Wsparcia
Klienta
+48 22 462 72 50

+48 22 462 72 50

Czynne całą dobę

* z wyjątkiem świąt ustawowo wolnych od pracy

Ostatnio oglądane

Podobne do ostatnio oglądanego

Korzystając ze strony zgadzasz się na używanie plików cookie, które są instalowane na Twoim urządzeniu. Za ich pomocą zbieramy informacje, które mogą stanowić dane osobowe. Wykorzystujemy je w celach analitycznych, marketingowych oraz aby dostosować treści do Twoich preferencji i zainteresowań. Więcej o tym oraz o możliwościach zmiany ich ustawień dowiesz się w Polityce Prywatności.